niedziela, 12 lutego 2017

Praca, plany i niespodzianka

Rzadziej pojawiają się na tym blogu wpisy, za co Państwa bardzo przepraszam! Wynika to z braku czasu, ponieważ intensywnie pracuję nad nową powieścią. Nie będę w tym miejscu zdradzał fabuły, lecz ujawnię, że jest to pierwsza moja powieść, której akcja toczy się w przyszłości. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, książka pojawi się na księgarskich półkach w roku 2018. Nie znaczy to przecież, że do tego czasu nic się nie wydarzy. Wręcz przeciwnie. Mój wydawca, czyli Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza, przygotowuje niespodziankę. W maju pojawi się książka, którą już teraz mogę uznać za szczególnie ważną w mojej pisarskiej biografii. Bardzo mi na niej zależało i moje marzenie się właśnie spełnia. Stopniowo będę w tym miejscu zdradzał Państwu szczegóły. Proszę zatem uzbroić się w cierpliwość, bo będzie co czytać na wiosnę.

wtorek, 31 stycznia 2017

Johann Joseph Claßen (1953- 2017)

Po ciężkiej chorobie zmarł Johann Joseph Claßen. Niemiecki poeta i redaktor. Miałem zaszczyt poznać Go latem 2015 roku podczas pobytu w Arnsbergu. To właśnie Claßen był głównym inicjatorem stworzenia pomostu między autorami z Warmii i Mazur a twórcami z Nadrenii Północnej-Westfalii. Organizował pobyty w Niemczech, podczas których odbywały się spotkania z tamtejszą młodzieżą i dorosłymi czytelnikami. Przybliżał polską literaturę Niemcom. Claßen odwiedzał nasz kraj, dobrze znał polską poezję. Cenił ją i propagował. Był człowiekiem o wielkiej wrażliwości, ofiarności i kulturze. Kochał rodzinny Sauerland, o którym opowiadał z pasją i wielką znajomością historii tych ziem. Przede wszystkim był jednak poetą. Tworzył poezję, żył nią i znał się na niej. Jego śmierć to wielka strata. Pozostały tomy wierszy i dzieło, które konsekwentnie, przez lata, zbudował. 

wtorek, 27 grudnia 2016

Rok 2016 w literaturze Warmii i Mazur

Kończący się rok 2016 przyniósł jak zawsze wiele prozy i poezji, która powstała na terenie Warmii i Mazur, bądź też jest tematycznie związana z północnowschodnią częścią naszego kraju. Zacznę od laureata Literackiej Nagrody Wawrzynu, czyli Włodzimierza Kowalewskiego. Znany pisarz, autor słuchowisk, a ostatnio również scenarzysta, opublikował zbiór pt. „Brzydki człowiek i inne opowiadania”. To wznowienie publikowanych utworów wzbogacone o kilka opowiadań zamieszczonych w prasie literackiej i antologiach. Pora, by autor „Excentryków” oddał w ręce swoich czytelników nową powieść. Inny laureat Wawrzynu, Krzysztof Beśka, wydał „Rikszą do nieba”. To kontynuacja losów Antka, bohatera „Autoportretu z samowarem”. Wacław Radziwinowicz był już nominowany do Wawrzynu. Teraz znawca wschodniej tematyki opublikował „Creme de la Kreml. 172 opowieści o Rosji”. Z kolei laureat Nagrody Wielkiego Kalibru Mariusz Czubaj napisał dalszy ciąg przygód Marcina Hłaski pt. „R. I. P.” W tym wypadku akcja toczy się m.in. w Szczytnie i okolicach.
Scenarzysta, pisarz i dramaturg Cezary Harasimowicz wydał „Miejsce odosobnienia”. Pojawia się tutaj legendarne już i mroczne więzienie w Starych Kiejkutach. Finalista Wawrzynu Jakub Żulczyk poprawił i oddał w ręce czytelników „Instytut”. Akcja książki „Kolonia Marusia” autorstwa Sylwii Zientek toczy się m.in. w Biskupcu i Olsztynie. Na Mazurach rozgrywają się wydarzenia sportretowane w powieści „Ritterowie”, którą napisała Patrycja Pelica. Z kolei Katarzyna Enerlich wydała „Rzekę ludzi osobnych”. To powieść o starowiercach z okolic Krutyni i Puszczy Piskiej. Mieszkająca w Barczewie Renata Kosin napisała „Sekrety zegarmistrza”. W tym wypadku akcja książki toczy się na Podlasiu, ale też we Francji. Zdecydowanie bliżej, bo w Korszach, umieścił akcję swoich debiutanckich opowiadań „Korszakowo” Jakub Michalczenia. Inna tegoroczna debiutantka Katarzyna Matwiejczuk zaprezentowała czytelnikom „Jurę”. To poetycki Bildungsroman, na który składają się 22 obrazy z życia bohaterki Kiri. Felietony z okolic Kętrzyna opublikował Jerzy Lengauer w książce pt. „Ścieżki myśli”. Wojciech Krzysztof Szalkiewicz napisał i wydał „Złoto Kopernika”. Wszystko wyjaśnia podtytuł: „Opowieść historyczno-sensacyjna z XVI i XXI wieku”. Hanna Brakoniecka opublikowała książkę pt. „Głowa na piecu, czyli 77 opowieści o dzieciach”. Magdalena Kołosowska wydała powieść pt. „Trawa bardziej zielona”. Olsztyńska autorka Joanna Jax wydała kontynuację losów rodu von Becków, czyli „Piętno von Becków”. Inna mieszkanka grodu nad Łyną Wioletta Sawicka wydała „Dzień cudu”. To historia Piotra i Hanki. Ta druga postać postanawia sporządzić listę marzeń, które chciałaby zrealizować przed śmiercią. „Rozmowa z botem” wyszła spod pióra pochodzącego z podolsztyńskich Giedajt Piotra Sendera. Czterdziestoletni Julian chce popełnić samobójstwo, wcześniej jednak musi z kimś porozmawiać, wybór pada na program komputerowy, znany jako Bot. Na koniec pozwalam sobie odnotować mój „Rausz”, który pojawił się na księgarskich półkach z początkiem maja.
Poezja na Warmii i Mazurach, podobnie jak i w całym kraju, wychodzi szeroką strugą. Publikują uznani twórcy, jak i autorzy, których nazwiska niewiele mówią. Zacznę rzecz jasna od tych pierwszych. Po wielu latach milczenia nowe wiersze ogłosiła ceniona autorka słuchowisk i poetka Alicja Bykowska-Salczyńska. „Cno” finalistki Wawrzynu to poruszająca wyprawa w przeszłość, w świat po wołyńskiej Apokalipsie. Inny finalista Literackiej Nagrody Warmii i Mazur, czyli Wojciech Kass opublikował „Pocałuj światło. 89 wierszy”. To utwory z poprzednich tomów, jak i nowe teksty poetyckie. Andrzej Ballo z Lidzbarka Warmińskiego wydał „Owszem”. Halina Berezecka napisała „Per aspera ad astra”. Ewa Bułgajewska-Grygiel opublikowała „Ucieczkę Bezgrzesznej”. Magdalena Dorota Cejman z Działdowa ogłosiła „Na granicy spadających liści”. Mieszkający w Ciechanowie, a urodzony w Działdowie, Wiktor Golubski napisał „Orzeł&reszka”. Dominika Lewicka-Klucznik z Elbląga stworzyła tom pt. „Limit na cuda”. Również w Elblągu mieszka i tworzy Wiesław Piechota. W kończącym się roku wydał „Wiatr i róże”. Olsztynianka Monika Stępień zadebiutowała wierszami „Neuroteorie”. Pochodzący z Bartoszyc, lecz zamieszkały we wsi Osieka, Arkadiusz Monkiewicz ogłosił „Jestem stąd”. Mieszkający w Ostródzie Dariusz Szymanowski wydał „Żywoty polecone”.
To tytuły, na które udało mi natrafić. Przepraszam pominiętych przy tej wyliczance autorów. Nie odnotowuję w spisie publikacji naukowych, religijnych, przewodników, pamiętników, książek historycznych, poświęconych architekturze i katalogów dzieł sztuki. Nie zdecydowałem się na umieszczenie prac zbiorowych, za co z góry przepraszam poetów skupionych wokół Gminnego Ośrodka Kultury w Stawigudzie i autorów z Działdowa.

Miniony rok był o tyle ciekawy, że uwidocznił zainteresowanie regionem Warmii i Mazur przez twórców związanych z Warszawą. Najwyraźniej uznali oni, że ciągle dziewicze tereny mogą stanowić doskonałe tło do opowiadania swoich historii. Wyszło kilka wznowień i zbiorów tekstów już publikowanych w prasie (Kowalewski, Kass i Żulczyk). Ostatnia sprawa, którą warto zaakcentować, to znikoma ilość debiutów. Ubolewam nad tym i mam nadzieję, że 2017 rok będzie w tym względzie znacznie bardziej interesujący i bogatszy. 

sobota, 24 grudnia 2016

środa, 7 grudnia 2016

Almanach 2016


Powoli staje się tradycją, że pod koniec roku olsztyński oddział Stowarzyszenia Pisarzy Polskich oddaje w ręce czytelników almanach. Tegoroczny zbiór tekstów członków stowarzyszenia i grupy sympatyków został zaprezentowany w Centrum Polsko-Francuskim. Publikacja zawiera głównie wiersze, utwory prozatorskie, nie zabrakło tłumaczeń i esejów. Są to teksty wcześniej niepublikowane. Jak zaznacza we wstępie redaktor tegorocznego almanachu Krzysztof Szatrawski: „Prezentacja tekstów aktualnych pozwala poczuć rytm współczesności i zbliża ludzi, służy szybszej komunikacji, wymianie idei, ekspresji poglądów, postaw”. Warto dodać, że olsztyński oddział obchodzi w tym roku dwudziestolecie istnienia. 

piątek, 25 listopada 2016

O „Rauszu” w „Opcjach”

Dariusz Nowacki postanowił zrecenzować moją książkę. Znany śląski krytyk pisze: „Tomasz Białkowski jest pisarzem ambitnym, toteż nie wypada twierdzić, że celował w beletryzację jednego z epizodów wojennych, który miał tę zaletę, że zahaczył o bliską mu przestrzeń. Owszem, w Posłowiu tłumaczy, jak doszło do odkrycia „tematu Kortowa”, jakie książki historyczne i wspomnieniowe zaczął w pewnym momencie intensywnie czytać, jak owa fascynacja tematem stopniowo narastała i ostatecznie sprawiła, że do sporządzenia powieści zatytułowanej Rausz przystąpił. Rzecz jasna, mógł uznać, że „temat Kortowa” to atrakcyjna sprawa z sensacyjnym potencjałem i warto ją pociągnąć, ale oznaczałoby to, że operowanie wojenną makabrą czy hitlerowskimi ekscesami podlega logice, jaką rządzi się przemysł rozrywkowy czy świat tabloidów; fajna, mocna rzecz – bierzemy. (…) Żeby była pełna jasność – to nie jest przypadek Białkowskiego, który makabrą operuje powściągliwie, praktycznie nie dopuszcza do siebie i do fabuły nie wkłada ryzykownych ekscytacji czy wątpliwych fascynacji okrucieństwem lub zbrodnią. Warto zamanifestowane w Rauszu umiarkowanie pochwalić”. 

sobota, 19 listopada 2016

Bernadetta Darska „Maski zła”

Sygnalizuję Państwu premierę nowej książki Bernadetty Darskiej. „Maski zła. (Nie)etyczność postaw i zachowań jako temat współczesnego reportażu polskiego” to pełny tytuł zbioru tekstów poświęconych głośnym reportażom z kilku ostatnich lat. Recenzentka „Masek zła”, czyli Beata Nowacka, pisze o tym tomie tak: „W omawianej propozycji książkowej odnajdziemy te same cechy, które wyróżniają wcześniejsze pisarstwo Autorki wielu ważnych książek i znanej blogerki: znakomitą orientację w tematyce współczesnego reportażu, trafne rozpoznania krytycznoliterackie, uważność wobec literackich tendencji i świetne pióro”. Wszystko się zgadza. Dodam od siebie, że „Maski zła” opisują szeroko komentowane książki, m.in.: „Maestro” Marcina Kąckiego, „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?” Justyny Kopińskiej, „W rodzinie ojca mego” Marcina Wójcika, czy „Mokradełko” Katarzyny Surmiak-Domańskiej. Są też teksty poświęcone reportażom: Katarzyny Boni, Jarosława Mikołajewskiego, Mirosława Wlekłego, Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego. Książka składa się z trzech części, w których Darska opisuje: niewinnych, nieistotnych i porzuconych. Jak sama pisze: „Zabieranie głosu w sprawie za pomocą reportażu stanowi próbę odświeżenia dziennikarstwa zaangażowanego, piętnującego zło, ujawniającego je tam, gdzie skutecznie ukrywa się pod pozorem idealnie funkcjonującego porządku”. Wydawcą publikacji jest Instytut Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWM w Olsztynie. 

niedziela, 13 listopada 2016

O „Rauszu” w „Odrze”

W cenionym przez środowisko miesięczniku „Odra” ukazała się obszerna recenzja „Rauszu”. Redaktor naczelny wrocławskiego magazynu stawia tezę dotyczącą istniejących dysproporcji w przyglądaniu się przez krytykę temu, co wydawane jest w centrum, a co poza nim: „Rausz »w moim zamyśle miał być powieścią o istocie zła. W żadnym wypadku nie mam ambicji i kompetencji historycznych« pisze w posłowiu do swojej najnowszej powieści Tomasz Białkowski, związany z „Atlantydą północy” autor blisko już dziesięciu książek, z których żadna jak dotąd nie miała szczęścia trafić na listy pozycji nominowanych do nagród Nike czy Gdyni (w czym, jak zapewne w przypadku innych pisarzy zamieszkujących stolicę tego regionu warmińsko-mazurskiego, miało udział ich oddalenie od tzw. »centrum kulturalnego«). Na niezbyt sprawiedliwej ocenie tej prozy może zaciążyło i to, że twórczość Białkowskiego od początku zdradzała nadmierne zainteresowanie zadeklarowaną w tymże posłowiu »istotą zła« - kiedy w oczach krytyków i jurorów z metropolii przez dłuższy czas uznanie znajdowało raczej promowanie »istoty dobra« w literaturze po ’89 roku”. Dalej Mieczysław Orski przywołuje moje wcześniejsze książki, przybliża tematykę „Rauszu”, by zakończyć swoją recenzję następująco: „Trzeba na plus autorowi i jego umiejętnościom warsztatowym zapisać, że to przechodzenie ze sfery merytorycznej, historycznej na grunt indywidualnej fabularnej ekspozycji szaleństwa jednego reprezentanta społecznej »istoty zła« odbywa się bez zakłóceń narracyjnych i z pełną wiarygodnością”.


środa, 26 października 2016

„Rausz”, czyli czytelnicy o książce

Na Lubimyczytać.pl znalazłem opinie o książce tych, którzy już są po jej lekturze. Miło mi bardzo, że „Rausz” zbiera pozytywne opinie. By nie być gołosłownym, posłużę się cytatami. Pisze Piotr: „(…) autor doskonale pokazał jak z kata można stać się ofiarą. (…) jak zwykli ludzie stają się głęboko wierzącymi fanatykami potrafiącymi zabić niewinnych, bezbronnych ludzi i być przekonanymi, że robią to w imię dobra Państwa”. Z kolei dorotapsz uważa, że „Rausz” to „(…) książka inna niż wszystkie. Ostatnie strony dosłownie zmiażdżyły mój umysł. Nastawiałam się na zupełnie inne zakończenie, a tu szok! Jak dla mnie majstersztyk!” Dotka76 porównała książkę do innych tytułów podejmujących temat, pisze: „Książka – choć świetna – nie przebija w moim prywatnym rankingu wybitnej „Eroiki” Kuśniewicza, ale – jak dla mnie – jest lepsza od „Łaskawych” Littela i na pewno od „Strefy interesów”. Anetapzn stawia szereg pytań, m.in.: „Czy zawsze kat jest katem? Czy można kogoś, jego czyny, jednoznacznie zakwalifikować? Czy ten młody oficer sam z siebie taki jest, czy może przeszedł coś, co potocznie nazywamy praniem mózgu, uległ manipulacji, propagandzie? A może jednak nie, może jest po prostu wcieleniem zła, które tak naprawdę drzemie w każdym z nas?” I na koniec KrystynaL, zdaniem której „Rausz” to „Znakomita powieść”. Oczywiście, nie będę z tą opinią polemizował, a Państwa zachęcam do wyrażania swojego zdania na http://lubimyczytac.pl/ksiazka/299838/rausz

poniedziałek, 24 października 2016

Bukowski na początek tygodnia

„Kiedy ktoś pisze tylko po to, żeby zyskać sławę, przesrywa swoją szansę. Nie chcę tworzyć zasad, ale jeśli jakaś istnieje, to taka: jedynymi pisarzami, którzy dobrze piszą, są ci, którzy muszą pisać, żeby nie zwariować”.

Charles Bukowski, O pisaniu, Wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2016

czwartek, 6 października 2016

O „Rauszu” w Radiu UWM FM


Wczoraj popołudniu byłem gościem w studiu radiowym Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej w Centrum Nauk Humanistycznych Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Obiekt mieści się w dzielnicy Kortowo. Teraz to część pięknego campusu, który każdego dnia odwiedzają tysiące studentów i pracowników. W roku 1940 do mieszczącego się wówczas na tym terenie Zakładu dla Psychicznie Chorych Kortau przybył Egon von Rausch, fikcyjna postać, którą stworzyłem na potrzeby mojej najnowszej powieści. Właśnie o młodym esesmanie, lecz również o innych bohaterach „Rauszu”, opowiedziałem Marcie Wiśniewskiej. Rozmowę tę będzie można usłyszeć w poniedziałek w cyklicznej audycji „Dobry wieczór”, którą nadaje rozgłośnia UWM FM. Oczywiście, zachęcam Państwa do zajrzenia na stronę radia, tutaj: http://www.uwmfm.pl/artykul/1452/dobry-wieczor.html

niedziela, 2 października 2016

„Sztukmistrz z m. Lublina” – po premierze


To ożywione obrazy Maurycego Gottlieba, pomyślałem, patrząc na główną scenę w olsztyńskim Teatrze im. S. Jaracza. Jakby przedwcześnie zmarły uczeń Matejki ukrył gdzieś szkice do scenografii, która miała zostać użyta przy tworzeniu tego spektaklu. Noblista Isaac Bashevis Singer opublikował swoje słynne dzieło w roku 1960. Genialny Gottlieb zmarł mając zaledwie 23 lata, ponad osiemdziesiąt lat wcześniej. Stworzenia scenografii olsztyńskiej inscenizacji podjął się Bogusław Cichocki. Spektakl wyreżyserował Janusz Kijowski. Warto wiedzieć, że spółka Cichocki-Kijowski ma już na koncie wspólne projekty. Należy do nich chociażby „Msza za miasto Arras” na podstawie tekstu Andrzeja Szczypiorskiego. „Sztukmistrz z m. Lublina” to zresztą projekt niezwykły, w którym wykorzystano muzykę autorstwa Zygmunta Koniecznego (któż nie zna jego „Grande Valse Brillante” w wykonaniu Ewy Demarczyk), zaś libretto to dzieło duetu Michał Komar i Jan Szurmiej. Pierwszy z nich to m.in. twórca scenariusza do „Szpitala przemienienia” na podstawie powieści Stanisława Lema, drugi reżyserował już „Sztukmistrza z Lublina” ponad dekadę wcześniej. Jeśli dodać do tego, że w spektaklu wykorzystano teksty piosenek Agnieszki Osieckiej, jasnym się staje, że przy olsztyńskiej adaptacji pracowali twórcy wybitni. Czy taki gwiazdorski zestaw nazwisk gwarantuje sukces artystyczny?
Janusz Kijowski stworzył spektakl bardzo mroczny. Główny bohater, tytułowy sztukmistrz Jasza Mazur, którego zagrał Piotr Borowski, to postać zdecydowanie wykraczająca poza stereotyp ulicznego kuglarza, z wiecznym uśmiechem na ustach. To nie jest typ współczesnego Davida Copperfielda, który wdzięczy się do swojej publiczności. Lubelski iluzjonista widzi w tym, co robi, coś więcej niż tylko efektowną rozrywkę dla mas. Mówi: „to sztuka, nie sztuczki”. Łatwość, z jaką odgrywa swoje efektowne spektakle, przenosi się w sferę prywatną. Mazur otacza się kobietami, które pragną związać z nim swój los. Jest to jednak niemożliwe. Miałem wrażenie, że bohater grany przez Borowskiego cierpi na chorobę, którą na poczekaniu określiłem „wydrążeniem”. Przez Jaszę przechodzą namiętności, emocje, uczucia, lecz nie są w stanie wypełnić jego duszy. Jakby to, co robi, miało, niczym jego sztuka, przynieść radość innym, nigdy zaś jemu samemu. Sztukmistrz to postać tragiczna przez swoje niespełnienie. Nie mogą tego zmienić kolejne podboje, popularność czy pieniądze. Te ostatnie zresztą nigdy się go nie trzymają. By je zdobyć, decyduje się na kradzież. Prezentując swoją sztukę, Mazur potrafił w kilka sekund otworzyć skomplikowany zamek, czym wprowadzał w stan euforii zgromadzonych widzów. Kiedy z artysty ma zamienić się w pospolitego włamywacza, popełnia szkolny błąd. Jasza jest twórcą. Artysta powinien zajmować się wyłącznie sztuką. To z jednej strony dar, z drugiej zaś przekleństwo. Czy sztukmistrz jest człowiekiem przeklętym?
Jasza Mazur chadza własnymi drogami. Singer był synem chasydzkiego rabina. Znaczy to tyle, że życie jego bohatera jest nierozerwalnie związane z religią i obrzędowością. Każdego dnia obserwuje pobratymców składających pokłony Stwórcy. Słyszy wymawiane niczym mantra modły, przykazania, psalmy. (brawo za świetną muzykę „na żywo” w wykonaniu Marii i Marcina Rumińskich). Mazur wierzy w rozumowe objaśnienia świata. Wie, że wszystko, co go otacza, stanowi mniej bądź bardziej udane działanie człowieka. W żadnym wypadku nie Boga. Gdyby ten był, ujawniłby swoje istnienie. Jasza zaczyna budowę skrzydeł. Pragnie oderwać się od ziemi, od jej przyziemnych spraw, nikczemności i wszechobecnego zła. Chce polecieć ku niebu. Dlaczego? By zarobić dużo pieniędzy? By udowodnić niedowiarkom, że jest wyjątkowy? A może negując Boga, w skrytości pragnie wyruszyć w przestworza, aby tam go znaleźć?
Bardzo udana inscenizacja. Ze wspaniałą scenografią i transową muzyką, która zostaje na długo. Aktorzy świetnie odrobili lekcję śpiewu. Uznany reżyser opowiedział własną wersję historii o samotnym artyście rozdzieranym ciągłymi wątpliwościami.

Sztukmistrz z m. Lublina, reżyseria: Janusz Kijowski, muzyka: Zygmunt Konieczny, libretto: Michał Komar, Jan Szurmiej, teksty piosenek: Agnieszka Osiecka, premiera: Teatr im. S. Jaracza w Olsztynie, 1 października 2016, Scena Duża.

[zdjęcia: ze strony Teatru im. S. Jaracza]

środa, 28 września 2016

Film o Akcji T-4


Sygnalizuję Państwu pojawienie się na ekranach kin filmu fabularnego o nazistowskiej Akcji T-4. „Nebel im August”, bo taki tytuł nosi film, powstał na podstawie powieści Roberta Domesa pod takim samym tytułem. Opowiada historię chłopca Ernsta Lossa, który został zamordowany zastrzykiem ze skopolaminy. Dziecko, choć zdrowe, zostało umieszczone w szpitalu psychiatrycznym. Reżyserii podjął się Kai Wessel. Rolę lekarza zagrał Sebastian Koch, znany zapewne Państwu z roli dramaturga w obsypanym nagrodami, łącznie z Oscarem, głośnym „Życiu na podsłuchu”. Niestety, póki co, będzie można go zobaczyć tylko w niemieckich salach kinowych. Tutaj trailer: https://www.youtube.com/watch?v=Mu9-NjB0vi0 Będę czekał na pojawienie się filmu na polskich ekranach. Nie bez powodu. Temat ten szczególnie mnie interesuje, ci, którzy czytali powieść „Rausz” wiedzą o tym doskonale.

poniedziałek, 19 września 2016

Trzy dni w Zamościu

523 kilometry. Tyle trzeba przejechać pociągiem, aby z Olsztyna dotrzeć do Zamościa. W podróż zabrałem najnowszą książkę Marka Krajewskiego, czyli „Mocka”. Z zasady nie czytam w podróży pozycji poważniejszych, bo nie potrafię w takich chwilach odpowiednio się skupić. Czy warto przeczytać powieść kryminalną o początkach pracy we wrocławskiej policji sławnego Eberharda? Mnie ta powieść się podobała. Odnalazłem w niej klimat z części pierwszej, czyli „Śmierci w Breslau”. A w pewnej chwili uśmiechnąłem się pod nosem, bo pomysł zamachu bombowego w reprezentacyjnym miejscu, którego uroczyste otwarcie właśnie jest planowane, wykorzystałem i ja w „Drzewie morwowym”. Mój terrorysta zmierza z bombą na Stadion Miejski w Olsztynie, gdzie w ramach Centralnych Dożynek w roku 1978 na otwarcie obiektu ma przybyć Pierwszy Sekretarz Partii. Marek Krajewski „otwiera” inny obiekt, który zaszczyci swoją obecnością sam Cesarz Niemiec. Chodzi o Halę Stulecia. Jak wiadomo Edward Gierek i Wilhelm II nie padli ofiarą zamachu i dokonali żywota w inny sposób. Czytelnicy lubią czytać o teoriach spiskowych i blisko czterystustronicowa opowieść autora „Głowy Minotaura” taką wersję historii im proponuje. Sławna wrocławska budowla przetrwała w znakomitej formie do dzisiaj, w przeciwieństwie do olsztyńskiego stadionu, który ledwo dycha, powoli pożera go rdza, a trybuny zarasta trawa. 


Za Lublinem odłożyłem książkę, bo za oknem zobaczyłem niecodzienne obrazy, od których nie potrafiłem oderwać wzroku. Co jakiś czas mijałem ogromne obszary pokryte niezwykłą rośliną. Amarantowe pola. Nazwę tych przyciągających wzrok roślin zdradził mi jeden z pasażerów pociągu. Amarantus, czyli szarłat wyniosły. Roślina, którą spotkać można prawie wyłącznie na Lubelszczyźnie. Ponoć jest wysoko notowana u wegetarian. Zdjęcie, które natychmiast wykonałem, tylko w niewielki sposób oddaje piękno tych pół. Ciągnęły się one do samego Zamościa, do którego dotarłem już po zmierzchu.


W czwartkowe południe pojechałem do niewielkiej biblioteki w miejscowości o nazwie Mokre. Jechałem tam pełen obaw o przyjęcie ze strony miejscowych. Wiozłem opowieść o Egonie von Rauschu. To tacy naziści jak on w roku 1942 wywieźli mieszkańców wsi do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Jechałem przecież z opowieścią o oprawcy, a nie o ofiarach. Czy taka postać może zainteresować? Trafiłem też na czas szczególny, bo w chwili kiedy odbywało się spotkanie miała miejsce tragiczna uroczystość, w której brali udział mieszkańcy. Dlatego spotkanie w kameralnym gronie należało do trudniejszych, w jakich uczestniczyłem. Ku mojej nieskrywanej radości zostałem przyjęty bardzo gościnnie i serdecznie. Z tego miejsca pozdrawiam wszystkich uczestników tej rozmowy, w szczególności panią dyrektor biblioteki Elżbietę Stankiewicz.


Wróciłem do Zamościa, gdzie dwie godziny później miało odbyć się spotkanie z mieszkańcami tego miasta. Przerwę wykorzystałem na krótkie zwiedzanie. Na jednej z ulic znajdowała się kamienica, w której mieszkał wybitny polski artysta Marek Grechuta. Wędrowałem ulicami miasta, które bez wątpienia jest jednym z najpiękniejszych, jakie odwiedziłem. Nie bez powodu tamtejsza starówka jest wpisana na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Trafiłem na świetną pogodę, co nie było bez znaczenia. Ludzie wylegli na ulice, spacerowali, biesiadowali w licznych restauracjach, czy podobnie jak ja krążyli z aparatami między kamienicami. Nie lubię pustych miast. Miasto to ludzie.


Przed spotkaniem w Książnicy Zamojskiej, które otwierało jesienny cykl spotkań w ramach Zamojskiej Biesiady Literackiej, udzieliłem wywiadów lokalnym rozgłośniom radiowej i telewizyjnej. http://www.zamojska.pl/wiadomosci/569,przesiaknieci-zlem



Potem miała miejsce rozmowa, którą moderowała pani Halina Zielińska. Jak się szybko okazało, przybyła publiczność nie znała mojej twórczości. Sytuacja dla autora niezbyt komfortowa. To właściwie temat na osobną, dłuższą refleksję pt. „Co to znaczy być w dzisiejszych czasach poczytnym autorem?” Pytanie o koszta jakie należy ponieść, o odwieczny wybór: być czy mieć? Dziesięć miesięcy wędrować od miasta do miasta, udzielać setek wywiadów, brać udział w sesjach fotograficznych, słowem bywać. Zaś potem w dwa miesiące napisać tekst, który ma udawać literaturę? A może odwrotnie, uczciwie pisać powieść, odmawiać spotkań i tym samym skazać się na anonimowość? Tłumaczyłem zatem publiczności swoją pisarską sytuację, nawiązałem do początków, do przełomu wieków, kiedy jeszcze debiutowało się w pismach literackich, w niszowych oficynach działających przy tych periodykach. W czasach kiedy recenzja krytyka coś znaczyła, a działy promocji w wydawnictwach zajmowały się wyłącznie promowaniem pisarzy. Teraz to one decydują, kto będzie wydawany, a jego nazwisko powtarzane przez masy. Bo działy promocji w naszych czasach rozdają karty w literaturze. Stwarzają albo spychają w niebyt, zakręcając finansowanie konkretnych tytułów. Potem przeszliśmy do „Rauszu”, powieści z którą przybyłem do Zamościa. Spotkanie trwało blisko półtorej godziny, większość uczestników wytrwała do końca, co upoważnia mnie do postawienia tezy, że historia o esesmanie mordującym swoich rodaków zaciekawiła ludzi, a rozmowa zachęciła do sięgnięcia po powieść.


Wieczorem wróciłem na zamojskie Stare Miasto. Krążyłem po nim, zaglądałem na podwórka gdzie na ławkach, z kubkami herbaty w dłoniach, siedzieli starzy ludzie. Prowadzili niespieszne rozmowy częściowo skryci w porastającej ściany zielonej roślinności. Zazdrościłem im tego miejsca, tego niezwykłego klimatu. Życia w pięknym mieście, które powstało wieki temu dzięki wielkiej wyobraźni Jana Zamojskiego i geniuszowi architekta Włocha Bernarda Moranda, który zaprojektował Zamość. Chodziłem po ulicach, którymi kiedyś spacerowali żyjący tu Kochanowski, Staszic, Leśmian i wspomniany Grechuta. Niebo było bezchmurne, w przyrestauracyjnych ogródkach słychać było wielojęzyczny gwar, wybuchy śmiechu, płacz sennych, marudzących dzieci. Para nowożeńców uczestniczyła w sesji fotograficznej. Ciepłe powietrze wolno wypierał nocny chłód. Czułem wielki spokój i dawno niedoświadczaną błogość. Wtedy postanowiłem przyjechać do Zamościa jeszcze raz.