poniedziałek, 19 września 2016

Trzy dni w Zamościu

523 kilometry. Tyle trzeba przejechać pociągiem, aby z Olsztyna dotrzeć do Zamościa. W podróż zabrałem najnowszą książkę Marka Krajewskiego, czyli „Mocka”. Z zasady nie czytam w podróży pozycji poważniejszych, bo nie potrafię w takich chwilach odpowiednio się skupić. Czy warto przeczytać powieść kryminalną o początkach pracy we wrocławskiej policji sławnego Eberharda? Mnie ta powieść się podobała. Odnalazłem w niej klimat z części pierwszej, czyli „Śmierci w Breslau”. A w pewnej chwili uśmiechnąłem się pod nosem, bo pomysł zamachu bombowego w reprezentacyjnym miejscu, którego uroczyste otwarcie właśnie jest planowane, wykorzystałem i ja w „Drzewie morwowym”. Mój terrorysta zmierza z bombą na Stadion Miejski w Olsztynie, gdzie w ramach Centralnych Dożynek w roku 1978 na otwarcie obiektu ma przybyć Pierwszy Sekretarz Partii. Marek Krajewski „otwiera” inny obiekt, który zaszczyci swoją obecnością sam Cesarz Niemiec. Chodzi o Halę Stulecia. Jak wiadomo Edward Gierek i Wilhelm II nie padli ofiarą zamachu i dokonali żywota w inny sposób. Czytelnicy lubią czytać o teoriach spiskowych i blisko czterystustronicowa opowieść autora „Głowy Minotaura” taką wersję historii im proponuje. Sławna wrocławska budowla przetrwała w znakomitej formie do dzisiaj, w przeciwieństwie do olsztyńskiego stadionu, który ledwo dycha, powoli pożera go rdza, a trybuny zarasta trawa. 


Za Lublinem odłożyłem książkę, bo za oknem zobaczyłem niecodzienne obrazy, od których nie potrafiłem oderwać wzroku. Co jakiś czas mijałem ogromne obszary pokryte niezwykłą rośliną. Amarantowe pola. Nazwę tych przyciągających wzrok roślin zdradził mi jeden z pasażerów pociągu. Amarantus, czyli szarłat wyniosły. Roślina, którą spotkać można prawie wyłącznie na Lubelszczyźnie. Ponoć jest wysoko notowana u wegetarian. Zdjęcie, które natychmiast wykonałem, tylko w niewielki sposób oddaje piękno tych pół. Ciągnęły się one do samego Zamościa, do którego dotarłem już po zmierzchu.


W czwartkowe południe pojechałem do niewielkiej biblioteki w miejscowości o nazwie Mokre. Jechałem tam pełen obaw o przyjęcie ze strony miejscowych. Wiozłem opowieść o Egonie von Rauschu. To tacy naziści jak on w roku 1942 wywieźli mieszkańców wsi do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Jechałem przecież z opowieścią o oprawcy, a nie o ofiarach. Czy taka postać może zainteresować? Trafiłem też na czas szczególny, bo w chwili kiedy odbywało się spotkanie miała miejsce tragiczna uroczystość, w której brali udział mieszkańcy. Dlatego spotkanie w kameralnym gronie należało do trudniejszych, w jakich uczestniczyłem. Ku mojej nieskrywanej radości zostałem przyjęty bardzo gościnnie i serdecznie. Z tego miejsca pozdrawiam wszystkich uczestników tej rozmowy, w szczególności panią dyrektor biblioteki Elżbietę Stankiewicz.


Wróciłem do Zamościa, gdzie dwie godziny później miało odbyć się spotkanie z mieszkańcami tego miasta. Przerwę wykorzystałem na krótkie zwiedzanie. Na jednej z ulic znajdowała się kamienica, w której mieszkał wybitny polski artysta Marek Grechuta. Wędrowałem ulicami miasta, które bez wątpienia jest jednym z najpiękniejszych, jakie odwiedziłem. Nie bez powodu tamtejsza starówka jest wpisana na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Trafiłem na świetną pogodę, co nie było bez znaczenia. Ludzie wylegli na ulice, spacerowali, biesiadowali w licznych restauracjach, czy podobnie jak ja krążyli z aparatami między kamienicami. Nie lubię pustych miast. Miasto to ludzie.


Przed spotkaniem w Książnicy Zamojskiej, które otwierało jesienny cykl spotkań w ramach Zamojskiej Biesiady Literackiej, udzieliłem wywiadów lokalnym rozgłośniom radiowej i telewizyjnej. http://www.zamojska.pl/wiadomosci/569,przesiaknieci-zlem



Potem miała miejsce rozmowa, którą moderowała pani Halina Zielińska. Jak się szybko okazało, przybyła publiczność nie znała mojej twórczości. Sytuacja dla autora niezbyt komfortowa. To właściwie temat na osobną, dłuższą refleksję pt. „Co to znaczy być w dzisiejszych czasach poczytnym autorem?” Pytanie o koszta jakie należy ponieść, o odwieczny wybór: być czy mieć? Dziesięć miesięcy wędrować od miasta do miasta, udzielać setek wywiadów, brać udział w sesjach fotograficznych, słowem bywać. Zaś potem w dwa miesiące napisać tekst, który ma udawać literaturę? A może odwrotnie, uczciwie pisać powieść, odmawiać spotkań i tym samym skazać się na anonimowość? Tłumaczyłem zatem publiczności swoją pisarską sytuację, nawiązałem do początków, do przełomu wieków, kiedy jeszcze debiutowało się w pismach literackich, w niszowych oficynach działających przy tych periodykach. W czasach kiedy recenzja krytyka coś znaczyła, a działy promocji w wydawnictwach zajmowały się wyłącznie promowaniem pisarzy. Teraz to one decydują, kto będzie wydawany, a jego nazwisko powtarzane przez masy. Bo działy promocji w naszych czasach rozdają karty w literaturze. Stwarzają albo spychają w niebyt, zakręcając finansowanie konkretnych tytułów. Potem przeszliśmy do „Rauszu”, powieści z którą przybyłem do Zamościa. Spotkanie trwało blisko półtorej godziny, większość uczestników wytrwała do końca, co upoważnia mnie do postawienia tezy, że historia o esesmanie mordującym swoich rodaków zaciekawiła ludzi, a rozmowa zachęciła do sięgnięcia po powieść.


Wieczorem wróciłem na zamojskie Stare Miasto. Krążyłem po nim, zaglądałem na podwórka gdzie na ławkach, z kubkami herbaty w dłoniach, siedzieli starzy ludzie. Prowadzili niespieszne rozmowy częściowo skryci w porastającej ściany zielonej roślinności. Zazdrościłem im tego miejsca, tego niezwykłego klimatu. Życia w pięknym mieście, które powstało wieki temu dzięki wielkiej wyobraźni Jana Zamojskiego i geniuszowi architekta Włocha Bernarda Moranda, który zaprojektował Zamość. Chodziłem po ulicach, którymi kiedyś spacerowali żyjący tu Kochanowski, Staszic, Leśmian i wspomniany Grechuta. Niebo było bezchmurne, w przyrestauracyjnych ogródkach słychać było wielojęzyczny gwar, wybuchy śmiechu, płacz sennych, marudzących dzieci. Para nowożeńców uczestniczyła w sesji fotograficznej. Ciepłe powietrze wolno wypierał nocny chłód. Czułem wielki spokój i dawno niedoświadczaną błogość. Wtedy postanowiłem przyjechać do Zamościa jeszcze raz.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz