wtorek, 19 czerwca 2012

Fotorelacja ze spotkania autorskiego

Wczoraj w Książnicy Polskiej odbyło się spotkanie autorskie promujące "Drzewo morwowe". Choć na dworze był upał, publiczność dopisała. Poniżej kilka zdjęć:


Spotkanie prowadziła Urszula Witkowska

Była telewizja, byli dziennikarze...

Sala była wypełniona do ostatniego miejsca, co odnotowuję z satysfakcją.

Fragmenty powieści świetnie przeczytał aktor Teatru im. S. Jaracza Grzegorz Gromek.

Głos z publiczności.

I kolejny.

Na koniec rozmowy z czytelnikami...

...i podpisywanie książki.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Być jak Dan Brown!

Na portalu „Wiadomości 24.pl” Adam Kraszewski pisze o „Drzewie morwowym” porównując książkę do samego „Kodu Leonarda da Vinci”. Być Danem Brownem byłoby nieźle. Przynajmniej jeżeli chodzi o aspekt finansowy takiej sytuacji. Cytuję: „W książce Tomasza Białkowskiego znajdziemy wszystko czego wymagać możemy od dobrego kryminału. Seryjnego mordercę ściga detektyw z przypadku, są też piękne kobiety, a cała akcja ma drugie dno i oczywiście zaskakujące zakończenie. Wszystko to dzieje się w pięknej scenerii Warmii. Znawca kryminałów dostrzeże wpływ na pisarstwo Tomasza Białkowskiego książek Conan Doyle, Hammeta czy Forsythe'a. Z tych najlepszych wzorców autor wziął co najlepsze i z powodzeniem przeniósł w polskie realia”.

A już dzisiejszego popołudnia w Książnicy Polskiej spotkanie ze mną. Nieustająco zapraszam!

niedziela, 17 czerwca 2012

W „ArtPapierze” o „Drzewie morwowym”

Ani słowa o tym przeklętym meczu!
Za to w śląskim internetowym dwutygodniku „ArtPapier” zamieszczono recenzję mojej nowej książki. Piotr Przytuła w tekście "Intryga jedwabnymi nićmi szyta" stwierdza: „Pisarz snuje narrację niczym „okładkowy” jedwabnik swój kokon – efektem misternie utkanej intrygi jest solidny i wartościowy surowiec fabularny. Najnowsza powieść Białkowskiego to jednak przede wszystkim doskonała rozrywka, nie obrażająca inteligencji odbiorcy i pisana z pełną świadomością konwencji”. Całość recenzji tu: http://artpapier.com/?pid=2&cid=1&aid=3341

sobota, 16 czerwca 2012

Nowa – stara „Lampa”

Kupiłem nowy numer „Lampy”. Kupuję ją systematycznie. Mam większość numerów, poczynając od tego pierwszego z kwietnia 2004 roku. Postanowiłem sięgnąć po ten numer najstarszy i spróbować je porównać. W tym najnowszym obszerny tekst Doroty Masłowskiej zatytułowany „Wiosna w Pekinie”. W numerze nr 1 Dorota Masłowska zdobi okładkę pisma. Na stronie 2 nowego numeru komiks Macieja Sieńczyka. W archiwalnym Sieńczyk prezentuje komiks na stronie 12. W „Lampie” najnowszej obszerny wywiad z Markiem Nowakowskim (ur. 1935 r.) – nestorem warszawskich pisarzy. W numerze 1 wywiad z Piotrem Wojciechowskim (ur. 1938 r.) również warszawiakiem. Oba przeprowadza naczelny Paweł Dunin-Wąsowicz. W nowym numerze wywiad z mistrzem literatury popularnej Markiem Krajewskim. Najstarszy numer zawiera omówienie prozy gwiazdy pop-literatury Janusza Leona Wiśniewskiego. W obu znalazły się duże nazwiska. Wtedy: Dukaj, Świetlicki, Różycki, Podsiadło. Teraz: Iwasiów, Varga. Poza tym w obu numerach jak zawsze: recenzje książkowe, płytowe.
Niby minęło już osiem lat, zaraz setny numer, ale czy coś (nie licząc ceny) się zmieniło? I by było jasne, mnie to wcale nie przeszkadza. Wielki szacun dla Naczelnego za wytrwałość w tym trudnych czasach!

piątek, 15 czerwca 2012

W TVP o "Teorii ruchów Vorbla"

W poniedziałkowe popołudnie miał swoją premierę program TVP "Bookriders". Na pierwszy rzut poszła moja "Teoria ruchów Vorbla". W kolejnych odcinkach same znakomitości, m.in. Mariusz Sieniewicz, Kazimierz Orłoś. Program można zobaczyć w Internecie tu:
http://www.tvp.pl/olsztyn/aktualnosci/kultura/program-bookriders-rozpoczyna-jazde/7657938

czwartek, 14 czerwca 2012

Spotkanie w Olsztynie

Plakat zamieszczam dzięki uprzejmości Książnicy Polskiej.
Dodam, że fragmenty powieści przeczyta aktor Teatru im. Jaracza Grzegorz Gromek, a spotkanie poprowadzi Urszula Witkowska.

środa, 13 czerwca 2012

Dzieje się

Wczoraj była premiera „Drzewa morwowego”, a już dzisiaj rusza machina promocyjna. Marta Guzowska z Wiednia na stronie „Zbrodniczych siostrzyczek” pisze tak: „Tomasz Białkowski przetarł szlak. Thriller w „Myciskach Niżnych” jest nie tylko możliwy, potrafi chwycić czytelnika za klapy i nie wypuścić aż do końca. O czym uprzejmie donoszę po nieprzespanej, z powodu powieści, nocy”. O co chodzi z tymi „Myciskami Niżnymi” można się dowiedzieć tu:


Z kolei Qfant ogłosił konkurs. Ja bym nie dał rady, ale Wy możecie spróbować tu:

Mecz Polaków z Rosjanami był zwariowany. Moje wcześniejsze wyliczenia szlag trafił. I bardzo dobrze, chciałoby się powiedzieć. Dalej jesteśmy w grze.

wtorek, 12 czerwca 2012

To już dzisiaj!

Słów kilka o tej książce:
Wrocław ma Eberharda Mocka, Lwów Edwarda Popielskiego i Jakuba Sterna, po Lublinie krąży Zyga Maciejewski. Warmia i Mazury nie doczekały się jeszcze swojego bohatera kryminałów. Najwyższa była pora, aby go powołać do życia. Chciałem, aby w przeciwieństwie do tamtych żył współcześnie, był młody, inteligentny, podobał się kobietom. Aby nosił w głębi duszy ponurą rodzinną tajemnicę. Historia, którą opowiadam, mogła wydarzyć się naprawdę. Ktoś bardzo zły i niebezpieczny zawiązał spisek, ktoś inny był wykonawcą zbrodniczego planu. Tego kogoś wyrzuty sumienia doprowadziły do granic rozpaczy. Mój bohater, warszawski dziennikarz Paweł Werens, wędruje śladem zbrodni. Po świecie sekt i tajemnic Kościoła oprowadza go były ksiądz. Lato 2004 roku jest wyjątkowo upalne. W promieniach piekącego słońca trudno zebrać myśli. Czasu zaś jest coraz mniej…


poniedziałek, 11 czerwca 2012

Zabijanie miłości

Niedziela w TVP Kultura stała pod znakiem Janusza Głowackiego. Kim Głowacki jest, pisać nie będę, bo i po co? Lubię tego autora i cenię. Płytę DVD z inscenizacją w gwiazdorskiej obsadzie (Dymna, Peszek, Trela) „Antygony w Nowym Jorku” postawiłem pomiędzy „Cinema Paradiso” Giuseppe Tornatore a Nikity Michałkowa „Spalonych słońcem”. I nie jest to ustawienie przypadkowe, warto zaznaczyć. Wczoraj TVP Kultura pokazała „Rejs” i „Trzeba zabić tę miłość”. O „Rejsie” napisano już chyba wszystko, zatem kilka słów o tym drugim filmie, który widziałem dwukrotnie. Nakręcono go w 1972 roku. Reżyserował zmarły w zeszłym roku Janusz Morgenstern. Główne role zagrali młodziutka Jadwiga Jankowska-Cieślak (chyba właśnie wtedy obroniła dyplom PWST w Warszawie) i Andrzej Malec. Aktorka zrobiła potem wielką karierę, łącznie ze złotą Palmą w Cannes (węgierski obraz pt. „Inne spojrzenie”), zaś Malec przepadł. W roku 1988 ostatni jak dotychczas raz zagrał w filmie fabularnym („Błąd w rachunku”) i stał się aktorem serialowym („Wydział zabójstw" – rola pracownika cmentarza, „Miodowe lata” – zagrał oszusta). Tak to w tym fachu bywa. Jest w „Trzeba zabić tę miłość” wątek, który najmocniej utrwalił się w mojej pamięci. To sceny, w których Jan Himilsbach – stróż magazynu zaprzyjaźnia się z psem. Najpierw jednak jeden przygląda się drugiemu. Nieufny pies i samotny człowiek. Wysiłki tego drugiego (przekupstwo w postaci kiełbasy) przynoszą oczekiwany skutek. Pies nabiera zaufania, wkrótce zamieszkuje z człowiekiem. Z bezpańskiego, wystraszonego stworzenia zamienia się w czujnego obrońcę i przyjaciela. I tu dochodzę do sedna. Himilsbach – stróż prowadzi nielegalne interesy. Pod osłoną nocy handluje towarem z magazynu. Lecz psi stróż, ilekroć zjawiają się kupcy, podnosi jazgot, czym demaskuje złodziejstwo. Zapada decyzja. Pies musi zamilknąć lub odejść. Ponieważ, jak to pies, nie chce przestać szczekać Himilsbach, próbuje go przepędzić. Ale pies wraca. Znalazł dom i swoje miejsce przy boku człowieka. Wtedy stróż decyduje się na zabicie psa. To świetna scena. Oto zdemoralizowany człowiek dokonuje jedynego dopuszczalnego w jego umyśle wyboru. Usuwa tego, który go bezwarunkowo kocha, bo nie jest w stanie zrezygnować ze swojego dotychczasowego postępowania. Jemu nawet nie przyjdzie do głowy, żeby przestać kraść, ocalić przyjaźń ze zwierzęciem. On musi zabić tę miłość.

niedziela, 10 czerwca 2012

Ganswindt

Wczoraj pojechałem do miejsca, w którym spędziłem dzieciństwo i lata szkolne. Jeziorany to trzytysięczne miasteczko na Warmii. Założył je biskup warmiński Herman z Pragi. Prawa miejskie otrzymały Jeziorany w 1338 roku. W 670 rocznicę tego wydarzenia zaproszono mnie na spotkanie z czytelnikami, co wspominam z uśmiechem. Nigdy nie uczestniczyłem w spotkaniu, podczas którego większość zebranych zwracała się do mnie per „Ty”. Nie wynikało to z braku ogłady tych ludzi, lecz z faktu, że znaliśmy się dobrze - czy to z relacji podwórkowych, szkolnych czy towarzyskich. Ale ja nie o tym. Kiedy szedłem jedną z uliczek, drogę zastąpiła mi pewna miła pani, która okazała się być czytelniczką moich książek. Znała nawet debiutanckie „Leze” i tym zupełnie mnie rozmiękczyła. Od słowa do słowa i doszliśmy do nazwiska jej brata. Jest nim Zbigniew Mikielewicz – toruński rzeźbiarz. Jeżeli widzieliście w Warszawie pomnik Janusza Korczaka, to zapewne zwróciliście uwagę na siedmiometrowe drzewo z granitu, pod którym Korczak stoi z grupą dzieci. To robota Mikielewicza. Podobnie jak i pomnik sympatycznego Filusia na toruńskim Rynku Staromiejskim. Ta krótka uliczna rozmowa sprawiła, że po powrocie do domu zacząłem szukać innych mieszkańców Jezioran, którzy wyruszyli w świat i temu światu coś dali. I trafiłem na prawdziwą bombę. Otóż do jeziorańskiej szkoły uczęszczał Hermann Ganswindt. Kim on był? Ganswindt był wynalazcą. Zaprojektował śmigłowiec z napędem silnikowym!, który uniósł się nad berlińskim niebem w roku 1901. Pod koniec dziewiętnastego wieku wymyślił pojazd kosmiczny, z rzeczy bliższych naszej codzienności wynalazł tzw. wolny bieg w rowerach. Ganswindt ma swój krater na Księżycu, a berlińczycy nazwali jego nazwiskiem jeden z mostów. Całkiem nieźle jak na trzytysięczne miasteczko, prawda?

sobota, 9 czerwca 2012

Kibicujmy Rosjanom

Każdy to widział i nie ma co się rozpisywać. Było źle, a mogło być jeszcze gorzej. 12 czerwca wielkich szans w meczu ze świetną Rosją to my nie mamy. Serce chce, ale rozum mówi co innego. Marzeniem byłby remis. Czesi Grekom nic nie zrobią, ci drudzy zabetonują bramkę i wyprowadzą kontrę. Do ostatniego meczu z Czechami wyjdziemy zatem z dorobkiem jednego, może dwu punktów (cud w postaci remisu z Rosją) i co wtedy? Z Czechami raczej wygramy. Ale Rosja zagra ostatni mecz z Grekami. Jeżeli im się będzie chciało, to go wygrają i pomogą przejść nam dalej. Ale może im się nie chcieć, a wtedy odpuszczą i Grecy wyjdą z grupy. Dlatego kibicujmy Rosjanom, rozpieszczajmy ich, wychwalajmy pod niebiosa, obdarowujmy prezentami. Sami żeśmy sobie zgotowali ten los.

piątek, 8 czerwca 2012

Już wkrótce!

Za kilka godzin mecz, a już za kilka dni w księgarniach "Drzewo morwowe". Zaczyna się to tak:

26 stycznia 2004, poniedziałek

Wokół prostokątnego, drewnianego stołu umieszczono sześć prostych krzeseł. Na jednym z nich siedział przygarbiony, siwy mężczyzna. W pewnej chwili począł rozcierać dłońmi szczupłe, by nie powiedzieć kościste, uda i niezdarnie sięgnął do kostek. Wolno rozprostował sztywne członki i powrócił do pierwotnej pozycji. Tępo wlepiał wilgotny wzrok w leżącą tuż przed nim szarą kartkę papieru. Wskazującym palcem kreślił na niej kręgi, ostukiwał ją kciukiem. Wreszcie Rajmund Gesler, bo tak się nazywał starzec, zgniótł prawą ręką kartkę i cisnął ją na pstrokaty, wytarty dywan. Niezdarnie wstał od stołu i na obolałych, patykowatych nogach ruszył do przedpokoju. Nie bez trudu nasunął na stopy czarne, skórzane trzewiki, z wieszaka zdjął wełniany, brązowy płaszcz. Na głowie umieścił futrzaną czapę z norek. Wyłączył prąd. W ciemności stał dobrych kilka minut przed drzwiami na korytarz. Zacisnął dłoń na klamce, jakby się na niej wspierał. Potem ponownie nacisnął kontakt. Cofnął się do pokoju. Jego wzrok wędrował po pstrokatej plamie dywanu. Gesler odnalazł wreszcie pogniecioną przed chwilą kartkę. Podniósł ją i ruszył na środek pokoju. Rozprostował pomięty papier na stole kantem dłoni, po czym z kieszeni wygrzebał zapalniczkę. Wykrzesał ogień. W następnej chwili umieścił płonący list w popielnicy. Wciągał w płuca zapach gryzącego dymu, z uwagą obserwował proces spalania. Kiedy z kartki powstała popielata, delikatna skorupa, Gesler splunął do ciężkiego, szklanego pojemnika. Wolno, z namaszczeniem wcierał teraz popiół w kościste palce, tak że stały się one szare. Na jego twarzy widoczny był strach.



Mężczyzna obrócił się na zdartych obcasach i podszedł do przedwojennego radia Telefunkena. Był to utrzymany w doskonałym stanie model Fenomen Mb 713. Gesler nie zamierzał jednak słuchać muzyki. Brudnymi dłońmi pochwycił wypolerowaną obudowę i obrócił odbiornik o sto osiemdziesiąt stopni. Zdjął luźno dostawioną tylną ścianę i wyjął z wnętrza radia owinięty flanelową szmatką przedmiot. Kiedy rozwinął materiał, na jego dłoni ciążył błyszczący od smaru, czarny pistolet P64. Staruszek przetarł go szmatką i z wprawą umieścił w wewnętrznej kieszeni płaszcza.




Tym razem zapomniał o wyłączeniu kontaktu. Starannie zamknął drzwi i ruszył do wyjścia. Wyszedł przed klatkę kamienicy przy ulicy Grunwaldzkiej numer jedenaście. Obok, pod numerem dziewiątym, była niewielka hala sportowa „Budowlanych”. Z jej okien przebijało mdłe światło. Jak każdego dnia ćwiczyli w niej zapaśnicy. Gesler pamiętał z dzieciństwa, że w miejscu hali znajdowała się synagoga. To na tej ulicy zebrano w domu starców wszystkich Żydów z miasta i okolic. Potem, chyba w czterdziestym pierwszym, gdzieś ich wywieziono. Teraz taki los spotka jego. Co do tego nie miał wątpliwości. Nigdy już nie wróci na swoją ulicę.



Poczuł nieprzyjemne zimno. Poprawił futrzaną czapę, postawił kołnierz płaszcza, zerknął na zegarek. Chociaż była dopiero godzina piętnasta, ulice pokrywał mrok. Zwały brudnego śniegu zalegały trawniki i krawędzie chodników, tworząc wąskie tunele, przez które ostrożnie, w obawie przed upadkiem, posuwali się wolno ludzie. Gesler ruszył w dół, w kierunku postoju taksówek znajdującego się przy moście Jana. Po drodze minął duży, pęknięty kamienny obelisk, do którego przytwierdzono mosiężną tablicę z napisem: „3 lutego 1807 roku Napoleon przebywał tu z zamiarem stoczenia bitwy z wojskami rosyjskimi”. Zwykle uśmiechał się, czytając tę niedorzeczną informację. Napoleon przebywał z zamiarem! To wystarczyło, by ufundować pamiątkowy głaz! Cóż za tępy lud! Już zapomnieli o Dekrecie Grudniowym. Hołota! Skąd ta nieodwzajemniona miłość do tyrana?


Ale dzisiaj nie było mu do śmiechu ani rozważań. Odczekał dłuższą chwilę na przejściu dla pieszych, chociaż gdyby przyśpieszył, zdążyłby przebiec przed nadjeżdżającym zza zakrętu białym oplem. Ale Gesler wcale się nie spieszył. Przeszedł most, pod którym płynęła Łyna. Pomimo dużego mrozu rzeka ciągle nie zamarzła. W młodości pływał po niej kajakiem. To było jego jedyne hobby. Kiedy płynął, nie myślał o niczym innym. Jego świat na tych kilka godzin nabierał jasnych barw i intensywnych zapachów. Kiedy płynął, nie myślał o tym, co robi na co dzień. Teraz Łyna była surowa, ciemna i ponura. Zupełnie jak on.


czwartek, 7 czerwca 2012

Do Greków!

Szukałem w domowej bibliotece archiwalnego numeru „Literatury na Świecie” poświęconego gnozie. Tak, był taki numer z roku 1987, w którym zamieszczono tekst wyklętego Salmana Rushdie. Były nawet dwa numery. Ten z roku 1989 traktował o herezjach, sektach i schizmach. Zawierał m.in. fragment o Templariuszach z „Wahadła Foucaulta” Umberto Eco. We wtorek 12 czerwca wydaję swoją powieść o sekciarzach, którą niezmiennie polecam. Potrzebowałem odpowiedzi na, zdawało mi się ważne, pytanie. Nieważne… Archiwalnych numerów, niestety, nie znalazłem, ale za to natrafiłem na niewielką książeczkę wydaną przed laty przez wydawnictwo „Znak” pt. „O cierpieniu. O przyjemności”. A ponieważ już jutro pierwszy mecz Naszych z Grekami, pragnę tym drugim zadedykować niewielki fragment autorstwa osiemnastowiecznego szkockiego filozofa Davida Hume’a. Po namyśle dedykuję go również Rosjanom i Czechom, naszym grupowym rywalom. Więcej, dedykuję go każdemu kto stanie naprzeciwko naszej drużyny narodowej. Zanim skierują piłkę w kierunku polskiego bramkarza niechaj wcześniej dokładnie przemyślą poniższe słowa:
„Nie ma rzeczy bardziej oczywistej niż to, że każdy człowiek zdobywa naszą przychylność, albo wystawia się na naszą nieprzychylność zależnie od tego, czy doznaliśmy od niego przyjemności czy nieprzyjemności; równie oczywiste jest, że uczucia dokładnie dotrzymują kroku doznaniom emocjonalnym we wszystkich zmianach i odmianach, jakie w nich zachodzą. Kto może znaleźć sposoby, by stać się dla nas pożytecznym lub przyjemnym czy to przez swe usługi, czy przez swoją piękność, czy przez swoje pochlebstwa, ten jest pewien naszych uczuć; z drugiej zaś strony kto nam czyni krzywdę albo sprawia przykrość, ten zawsze i niezawodnie budzi nasz gniew czy nienawiść. Gdy nasz naród jest w wojnie z innym narodem, to nienawidzimy tego narodu, uważając, że jest okrutny, przewrotny, niesprawiedliwy i gwałtowny, samych zaś siebie i naszych sojuszników uważamy zawsze za sprawiedliwych, umiarkowanych, pełnych miłosierdzia”. (Traktat o naturze ludzkiej, t. II, s.102-103)

środa, 6 czerwca 2012

Strzał w okienko

Czytam „Dziennik” Jerzego Pilcha. Wcześniej, bo drugiego czerwca, zerknąłem w ranking majowych bestsellerów „Rzeczpospolitej” sporządzony przez Kamilę Bauman z komentarzem Krzysztofa Masłonia. Cyt.: „Dziennik rozłożony na dwa lata i dziesiątki numerów „Przekroju” dał się skonsumować, w całości jest, niestety, niestrawny”. Do wczorajszego wieczoru nie wiedziałem skąd się bierze ta rzekoma niestrawność. Na stronie 18 „Dziennika” znalazłem chyba odpowiedź. Za Jerzym Pilchem cytuję: „ Niedawno obraz się dopełnił – przeczytałem mianowicie w gazecie „Rzeczpospolita”, że Iwaszkiewicz, ma się rozumieć „symbol kolaboracji”, kazał się pochować w stroju górnika „dla podkreślenia związku z partią robotniczą”. Autor bezlitosnego artykułu, filar, a nawet klasyk tego pisma, puścił jeszcze parę rac tyczących właściciela dworku w „Stawiskach” (sic!). Najsmaczniejsza i swoiście prawdziwa pada w tezie końcowej, wedle której całe życie marzący o Noblu Iwaszkiewicz po wzięciu tej nagrody przez Miłosza „mógł tylko gorzknieć”. Istotnie. W grobie człowiek gorzknieje, a porankami bywa wręcz kwaśny”. Koniec cytatu. Sprawdziłem, bo pamięć już nie ta. Miłosz otrzymał Nobla 9 października. Iwaszkiewicz zmarł 2 marca. Oba wydarzenia miały miejsce w 1980 roku. Nie mógł zatem ten drugi wiedzieć o nagrodzie pierwszego ponieważ nie żył już dobrych kilka miesięcy. Miał rację Jerzy Pilch i trafił soczyście w samo okienko, używając terminologii mu bliskiej i wielce aktualnej. „Niestrawność”? Bez obaw!

wtorek, 5 czerwca 2012

Profesjonalizm vs Sumienie

Publiczna telewizja walczy o przetrwanie. Najwyraźniej nie chce robić tego kosztem swoich już historycznych produkcji, a do takich należy Teatr Telewizji. Nie ma forsy na premiery, w zamian za to są powtórki. Wczorajszego wieczoru spektakl pt. „Ballada o zabójcach” walczył o widza na przykład z koncertem z okazji diamentowego jubileuszu królowej Elżbiety II (BBC Entertainment), „Bitwą Warszawską” (HBO), „The Simpsons” (Fox), „John Rambo” (Polsat) i horrorem sf pt. „Potwór” (TV4). Szansę zatem od początku miał marne. Warto wiedzieć, że scenarzystą i reżyserem „Ballady o zabójcach” (2000 r.) jest Waldemar Krzystek. Ten sam, który wyreżyserował rok później słynną już „Balladę o Zakaczawiu” – opowieść o okrytej złą sławą dzielnicy Legnicy. O czym jest „Ballada o zabójcach”? W wielkim skrócie: Trzej mężczyźni poprzebierani w garnitury z domu przedpogrzebowego przemieszczają się po prowincji nomen omen trupem samochodu Polonez. Już w pierwszej scenie gubią pistolet. Leon (Rafał Mohr), Roman (Zbigniew Zamachowski) i Szef (Marian Opania) okazują się być płatnymi zabójcami, którzy otrzymują zlecenie odstrzelenia mechanika samochodowego Freda (Dariusz Toczek). Fred podpadł rodzicom Zosi (Magdalena Zając) ponieważ się w niej zakochał zresztą z wzajemnością. Młodzi uciekają do domu wuja Freda (Henryk Niebudek). Drogi morderców i zakochanych wielokrotnie się przecinają. W międzyczasie dobroduszny Fred naprawia im auto, podarowuje olej, częstuje jabłkiem i zupą grzybową oraz opowieścią o pewnym znalezionym pękatym portfelu, który odmienił jego los. Nie żeby przywłaszczył jego zawartość. Wręcz przeciwnie, oddał go właścicielowi i miast nagrody spotkała go niesłuszna kara. Trafił na pół roku za kraty. I z czego tu się cieszyć, chciałoby się powiedzieć? Otóż Fred po wyjściu z więzienia znalazł pracę, poznał Zosię i znalazł swe szczęście, którym nieustannie zaraża innych. Nawet naszych morderców, którzy jeden po drugim odstępują od planu mordu. Taka jest ta sztuka. Ciepła, pogodna, ironiczna i inteligentna. Jak zabić uczciwego człowieka?, zastanawiają się zabójcy i kładą do snu. Rzecz w tym, iż Waldemar Krzystek swoim poczuciem humoru rozsadza tę ponurą scenę i upycha wszystkich trzech w wąskim łóżku. – „Te, przełaź na waleta!” – rozkazuje Szef - Opania młodemu Leonowi - Mohrowi, a ten układa się w nogach wersalki przy stopach Romana - Zamachowskiego. Czy w takiej balladzie komuś może stać się krzywda? Czy młodzi dotrą na swój ślub wioząc na tylnych siedzeniach morderców? Pewnie można tę sztukę zobaczyć na DVD. Gorąco polecam na, póki co, chłodne wieczory!

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Oczekiwanie

Obudził mnie rano kot Bolesław, który w zasadzie jest kotką, ale przecież dla niego to bez różnicy, jak go zwą. Był głodny, podobnie jak i dwa inne koty, delikatnie, acz uparcie, ugniatające moje zaspane ciało. Nie było rady, zwlokłem się i bez śniadania (jak wszyscy, to wszyscy) poszedłem do sklepu, który znajduje się w sporej odległości od mojego domu. W drodze towarzyszył mi sznur samochodów w części przyozdobionych biało-czerwonymi chorągiewkami. Święta majowe już były, o protestach niezadowolonych grup społeczeństwa nic nie słyszałem. O co chodzi? Gdzieś w okolicach szpitala wojewódzkiego wreszcie na dobre się rozbudziłem. Przecież to już zaraz! Za pięć, a nie licząc dzisiejszego dnia, za cztery dni Polacy skopią w swych najkach tyłki zadłużonym Grekom! Kupiłem kocią karmę i bezwiednie trafiłem na dział z książkami. Moją uwagę zwróciła publikacja związana z Euro 2012 pt. „Piłka nożna. Legendy”. Warto wiedzieć, kto jest kto, a raczej kto kim był. Pomyślałem i kupiłem. Jedyne 44,99zł. Obok dostrzegłem oficjalne mapy i kibicowskie przewodniki. Nie jadę, ze smutkiem przyznałem, to chociaż kupię i popatrzę na wielki świat, będę odbywał podróże w wyobraźni. 10,99zł razy dwa. Obok leżały sympatyczne maskotki turnieju w postaci bliźniaków, których słowiańskich imion (Strimko? Ladko?) nie jestem w stanie zapamiętać – 24,99zł. Wziąłem. W pobliżu krążyli mężczyźni i kobiety w biało-czerwonych odświętnych strojach. Poczułem się nagi w swojej sztruksowej marynarce i skórzanych trzewikach. Nabyłem zatem kolejno: koszulkę – 29, 99zł, którą zamieniłem zaraz na lepszą gatunkowo za 59,99zł, czapkę z daszkiem – 29,99zł, szalik – 29,99zł, skarpetki z logo – 19,99zł. Ponieważ ranek był pochmurny zaopatrzyłem się w gustowną pelerynę z białym orłem – 5,99zł. No i ręcznik z koroną – 39, 99zł. Pomyślałem, że przecież w czasie zawodów może powrócić słońce. Przyciemniane okulary z nadrukiem kosztowały mnie 39,99zł. Poczułem się znacznie lepiej, ale ciągle mi czegoś brakowało. Niby zamieniłem czapkę na długaśny kapelusz rodem z Krainy Oz – 17,99zł, a na ręcznik zarzuciłem złożony w kostkę koc z motywem gigantycznej piłki– 24,99zł, lecz świadomość, że moje zaangażowanie w największą medialnie imprezę w historii kraju nie jest pełne, poczęła palić sumienie. W dziale z napojami nabyłem zatem cztery dwulitrowe butle coca-coli – 14,99zł, kubek ceramiczny – 7,99zł i co tu kryć – zgrzewkę piwa Warka (6 sztuk plus 2 gratis za jedyne 15,55zł). Do piwa dorzucono mi szklankę ze Stadionem Narodowym – 5,99zł. Ale szybko zamieniłem Warkę na 12 sztuk Tyskiego – 5 stadion za jedyne 27,99zł. Zaraz po tym przed moim nosem przemknął sąsiad pchając wózek pełen pościeli z logo, chyba gdańskiej PGE Areny – 79,99zł komplet. Sąsiad ma liczną rodzinę i ten zakup musiał odczuć po kieszeni. Zza ściany telewizorów w turniejowej promocji dostrzegłem, że kupił dzieciom grę z meczami na PC – 109zł, a do auta wziął biało-czerwone narzuty na fotele plus rolety na okna – razem 99,99zł. Skromnie nabyłem gustownego pendrive’a – 44,99zł. Dodałem do tego trąbkę – 24,99zł. W porównaniu z sąsiadem i tak byłem sknerusem. Bałem się, że gdzieś, przypadkiem wpadniemy na siebie. No to przezornie, dla niepoznaki, pomalowałem twarz w biało-czerwone kolory kredką za jedyne 4,49zł, a oczy zakryłem wspomnianymi okularami słonecznymi. Z piłką pod pachą – 69,99zł i dwoma lnianymi torbami (Stadion Wrocław) – 4,99zł razy dwa, poszurałem na dział z żywnością. Nabyłem: paluszki kibica – 2,49zł, migdały kibica – 5,99zł, krakersy kibica – 4,99zł, napój energetyczny z gwizdkiem owiniętym tasiemką przy szyjce – 1,55zł, wodę kibica – 1,19zł, chipsy kibica – 3,59zł, prażynki dla odmiany kibicowskie – 2,99zł. Wszystko w biało-czerwonych barwach. Jeszcze stojąc przy kasie dorzuciłem turniejową talię kart – 9,99zł, puzzle ze wzorem pucharu – 9,99zł i bidon. Sam nie wiem, po co? Może dlatego, że kosztował jedyne 14,99zł i miał piękny wizerunek Zbigniewa Bońka? Przez plecy przerzuciłem flagę narodową, która już wisi na balkonie – 12,99zł. Za to wszystko spotkała mnie zasłużona nagroda. Ponieważ nabyłem towarów za grubo ponad setkę, dostałem jako gratis biało-czerwone drewniaki do relaksacji stóp podczas wielogodzinnych transmisji telewizyjnych. Pełen narodowej dumy do domu wracałem taksówką – 15zł. I miałem w nosie, że z tego wszystkiego karma dla moich kotów – 12,49 zł – została w samochodzie. Nasypałem im do miski rozdrobnionych kabanosów stylizowanych na drzewce sztandarów. Nawet im smakowały.
A teraz rozwalony na kanapie, pomalowany, wystrojony i okryty pelerynką nerwowo przegryzam biało-czerwone tik taki. Czekam.

niedziela, 3 czerwca 2012

Proces odchodzenia

Wczorajszej nocy w opolskim amfiteatrze w ramach cyklicznego festiwalu piosenki wręczono nagrody popularnym grupom śpiewaczym, ale i też pojedynczym artystom. Najbardziej zmartwiła mnie nagroda, a właściwie dwie, dla Sylwii Grzeszczak, którą telewidzowie uznali SuperArtystką, a jej płytę SuperAlbumem. Nie żebym coś miał do młodej poznanianki. Wręcz przeciwnie, jej występ był miły dla moich uszu i oczu, a sama piosenkarka skromna i sympatyczna. Powodem mojej rozpaczy jest fakt, że ja… Pierwszy raz słyszałem o Sylwii Grzeszczak. W mojej młodości każdy, kto nie znał tytułów i nazw nawet średnio popularnych bandów, budził moją pogardę i złośliwe komentarze. W większości odnosiło się to do ludzi starszych. I oto starość niepostrzeżenie dopadła też mnie. Rozpoczął się powolny proces odchodzenia z tego świata, który niczym teść powieściowego Seweryna Vorbla od dzisiaj z przerażeniem będę obserwował. Przez chwilę pomyślałem, że się nie dam zgredzeniu i nadgonię muzyczne zaległości, ale przecież zaraz kolejne Sopoty, Openery i jak nic coś przegapię. Mleko się rozlało.

sobota, 2 czerwca 2012

Chromosom „G”

Sobota, a ja z odkurzaczem przemieszczam się po mieszkaniu. W przerwie sięgam po niepozorną książeczkę autorstwa Sylwii Chutnik pt. „Mama ma zawsze rację”. Oto co modna warszawska autorka wypisuje: „Się sprząta jak się siedzi w domu i się wychowuje dzieci, ogarnia logistykę i jeszcze uśmiecha przy tym, że przecież to nic. To taki nasz chromosom: „S” jak sprzątanie. Tylko kobiety go mają, bo tak zostały urodzone i wychowane. Dostały ten chromosom w prezencie przy urodzeniu. Był związany w różową kokardę i należało go bezwarunkowo polubić. Miał swoje uzasadnienie w przedszkolu i dlatego łatwo było go również zaakceptować i zrozumieć. Pomagała w tym mała Ala z elementarza, która odkurzała półki ścierką. W tym czasie jej brat szykował się do wyprawy w kosmos. Chcę polecieć jak najdalej, mówił przy śniadaniu, i z góry spojrzeć na naszą planetę. A tata z mamą kiwali głowami z aprobatą, bo tak ten świat ułożony – chłopcy do eksploatacji wszechświata, dziewczęta do prasowania”. Poruszony tymi głębokimi przemyśleniami wracam do odkurzacza. Potem pójdę na zakupy. I pomyśleć, że Sylwia Chutnik debiutowała w 22 numerze „Portretu” całkiem udanym opowiadaniem pt. „Bazarówy”, które sam wybierałem. Potem znalazło się ono w „Kieszonkowym atlasie kobiet”, za który otrzymała Paszport Polityki. Dosyć tych rozmyślań. Odzywa się mój chromosom: „G” jak gary.

piątek, 1 czerwca 2012

Spotkanie autorskie Włodzimierza Kowalewskiego

Wczorajszego popołudnia w Starym Ratuszu odbyło się spotkanie promujące nową książkę Włodzimierza Kowalewskiego. „Ludzie moralni” to trzecia powieść w dorobku tego olsztyńskiego pisarza, który jest również autorem zbiorów opowiadań i tomu poetyckiego. Warto dodać, że Włodzimierz Kowalewski był trzykrotnie nominowany do nagrody Nike, dwa razy do Paszportów Polityki i otrzymał wyróżnienie, o którym w naszym kraju jakoś niewiele się pisze, a przecież otrzymanie tej nagrody to dla autora wielka rzecz. Może dlatego, że jest przyznawana przemiennie w niemieckiej Getyndze i naszym Toruniu. Mam na myśli Nagrodę im. Samuela Bogumiła Lindego. Od nazwisk laureatów może zakręcić się w głowie. Powinienem właściwie wymienić wszystkich. Poprzestanę na kilku: Gunter Grass, Herta Muller, Marcel Reich-Ranicki, Karl Dedecius po stronie niemieckiej. Zaś po polskiej: Wisława Szymborska, Zbigniew Herbert, Tadeusz Różewicz, Wiesław Myśliwski, Sławomir Mrożek. W tym towarzystwie znalazł się również Włodzimierz Kowalewski. Warto o tym przypomnieć w chwili, kiedy pisarz wraca i jest to powrót ze wszech miar udany.
Jak widać, publiczność dopisała.

Media również.

Fragmenty powieści przeczytał aktor Artur Steranko. Pamiętacie "Cztery noce z Anną" w reż. Skolimowskiego?

Czytał również sam autor.

Kolejka chętnych po autograf była długa.

Potem przenieśliśmy do kawoksięgarni Tajemnica Poliszynela na część mniej oficjalną.


Przy lampce wina rozmawialiśmy i...

...słuchaliśmy fragmentu przygotowanego specjalnie na tę okazję.