piątek, 13 lipca 2012

Historia bluesa

Rok 1931. Do studia nagrań Paramount Records znajdującego się w fabryce krzeseł wchodzi czarnoskóry mężczyzna z gitarą. Ma tak kiepski instrument, że trzeba mu znaleźć inny. Skip James, bo tak nazywa się muzyk, bierze w dłonie zupełnie nieznaną mu gitarę. Jest w szoku. Nigdy nie miał w rękach tak dobrego instrumentu. Po chwili zaczyna grać. Tego dnia zostanie zarejestrowanych szesnaście jego kompozycji! Następnego dojdzie osiem kolejnych, tym razem nagranych z Jamesem przy pianinie, bo jak się okaże gra też na tym instrumencie i to dużo lepiej niż inni. Skip opuści studio z 40 dolarami zaliczki. Większość nagranych utworów zostanie przebojami. Będzie grana w radiu. Lecz Skip James nie dostanie ani centa. Trwa wielki kryzys, radio gra, ale nie płaci. James przez następnych trzydzieści lat nie nagra niczego. Został kaznodzieją. Wiadomo, że choruje na raka. W roku 1960 trafia do szpitala, który opłacają entuzjaści jego twórczości. Podleczony, cztery lata później zostaje zaproszony na Festiwal w Newport. Prawdopodobnie przez ostatnich trzydzieści lat nie grał wcale. Ale to nie ma znaczenia. Skip James porywa 18 tysięcy ludzi zgromadzonych pod sceną. Potem udaje mu się nagrać jeszcze dwie płyty. Nowotwór powraca. Wtedy to zespół Cream z Erikiem Claptonem nagrywa jego „I’m so glad”. Pieniądze pomagają na trzy kolejne lata leczenia. W roku 1969 Skip James przegrywa walkę z chorobą. Jego piosenki grają do tej pory Deep Purple, Lou Reed, Back, Bonnie Raitt.
Rok 2003. Nick Cave na scenie. Po nim pojawiają się Los Lobos i Cassandra Wilson. Grają kompozycje J.B. Lenoira, bluesmana z Chicago, który grał na tamtejszych scenach w latach 50. i 60. Odkrył go sam John Mayall. J.B. Lenoir nie ograniczał się do grania swoich kompozycji. Zaangażował się w walkę z Ku Klux Klanem, z wojną w Wietnamie, o równouprawnienie. Chodził ubrany w złotą marynarkę i czerwone skarpetki. Ekscentryk. Umarł w wieku 38 lat po tym, jak uległ wypadkowi samochodowemu. Przed śmiercią pracował w knajpie jako pomywacz…
To tylko dwie z wielu historii, jakie opowiada Martin Scorsese w filmie pt. „Historia bluesa”, który po blisko dziesięciu latach od premiery można zobaczyć w polskiej telewizji. Sławny reżyser do swojego projektu zaprosił wielu reżyserów. Wczorajszy odcinek zrealizował Wim Wenders. Pomimo późnej pory emisji warto oglądać. Rewelacja!

czwartek, 12 lipca 2012

Trzeci odcinek „Bookriders”

Tym razem Joanna Wilengowska wyruszyła z kamerą na Mazury i odwiedziła pisarza Kazimierza Orłosia w jego domu nad Krutynią. Autor niedawno opublikowanej powieści „Dom pod Lutnią" opowiadał m.in. o świecie, który już zniknął, o Mazurach czasów powojennych. Całość rozmowy można znaleźć tutaj: http://www.tvp.pl/olsztyn/magazyny/bookriders/rozmowy.

środa, 11 lipca 2012

Wakacje z kryminałem

Tylko jakim?, warto zapytać. „Gazeta Wyborcza” w artykule Ryszarda Kozika pt. „Osiem gorących kryminałów na gorące, wakacyjne dni” http://kultura.gazeta.pl/kultura/1,114528,12056652,Osiem_goracych_kryminalow_na_gorace__wakacyjne_dni.html zamieszcza ową listę najciekawszych jego zdaniem pozycji w tymże gatunku. Nie będę wymieniał autorów i tytułów. Dość powiedzieć, że na tej liście nie znajdziecie ani jednej polskiej książki. Wynika z tego, że krajowi autorzy zdaniem Kozika nic dobrego nie są w stanie wyprodukować. Diagnoza, trzeba przyznać, okrutna. Czy inaczej wygląda to w konkurencyjnej „Rzeczpospolitej”? Proszę bardzo. Piotr Gociek w tekście zatytułowanym „Wakacje z kryminałem” http://www.rp.pl/artykul/895805.html?p=3 publikuje swoją listę pozycji koniecznych. Na dziesięć książek znalazła się tylko jedna napisana przez polskiego pisarza!
Mówiąc wprost. Między bajki należy włożyć rzekomą troskę opiniotwórczych dzienników o stan naszej literatury. „Gazeta Wyborcza” ogranicza się do zamieszczenia zdjęcia autora kryminału – niekryminału Witkowskiego w koszu na zakupy, który informuje o tym, że pisze książkę na… listopad 2013 r.! Gratuluję Michałowi świetnej promocji, ale jak to się ma do przedstawiania stanu naszego rodzimego kryminału? Apele o polskiego Chandlera, Larssona trącą fałszem i obłudą. Nie jest żadną tajemnicą, że sprzedają się książki medialnie nagłośnione. Czytelnicy wezmą to, co im się poleca. Wydawcy z kolei wolą kupić byle co ze Skandynawii, bo na fali mody i tak to się sprzeda, niż wyłożyć pieniądze na polskiego debiutanta. Księgarnie zawalone są książkami uczestników kursów pisarskich spod Sztokholmu czy Oslo. Przeglądając co niektóre pozycje ma się wrażenie, że w wydawnictwach czytali je jedynie tłumacz i korektor. Nasi recenzenci po rodzime tytuły sięgają niechętnie, by nie powiedzieć w ostateczności. Podobnie jest i z ocenami. Łatwość określania kogoś piętnastą królową czy dwudziestym królem gatunku jest zadziwiająca. Ale i bezpieczna, jak to zwykle przy powielaniu opinii bywa.
Ktoś powie, że tak jest wszędzie. Otóż nie. Można świadomie i konsekwentnie promować rodzimą twórczość. Poniżej zamieszczam fragment artykułu Ernsta Fischera, który opisuje rynek książki w Niemczech. Zamieszczono go na stronie Instytutu Goethego. http://www.goethe.de/ins/pl/lp/kul/dup/lit/mar/deu/pl8326705.htm Dane pochodzą z października zeszłego roku i jest mało prawdopodobne, aby drastycznie uległy zmianie do lipca 2012 r. Profesor Fischer pisze: „Po ograniczeniu produkcji książek w latach 2008 i 2009, w roku 2010 ukazało się 95.838 tytułów (z czego 84.351 to pierwsze wydania), co stanowi rekordową ilość wydanych pozycji. W tej liczbie największy udział ma beletrystyka, 17,2 procent (z czego 12,5 procent to literatura niemiecka), która odpowiada za jedną trzecią obrotów branży. Wyraźny wzrost odnotowują także wydawnictwa dla dzieci i młodzieży, których udział w ogólnej produkcji książek wynosi 9,6 procenta”.
Zdaje się, że za naszą zachodnią granicą rankingi wakacyjnych tytułów polecanych na lato przez gazety wyglądają zupełnie inaczej. Czegoś ta jedna trzecia jest pochodną. I raczej wcale nie chodzi tu o opatrznie pojmowany patriotyzm, a o autentyczne docenianie i promowanie rodzimych twórców.

wtorek, 10 lipca 2012

Tomasz Pułka 1988 - 2012

Miał tylko 24 lata. Pamiętam, jak wiosną roku 2007 zaprosiliśmy go na olsztyńską odsłonę „Pory Poezji”. Czytał swoje wiersze w towarzystwie Izy Smolarek i Maćka Gierszewskiego. Ze swadą odpowiadał na pytania prowadzącego Konrada Kędera. Wcześniej zaproponował nam swoje wiersze do druku. Miał raptem osiemnaście lat, a już pisał świetnie. Niektóre z nadesłanych wierszy powstały nawet w 2004 roku! Na jesieni zaplanowaliśmy wydanie w „Portrecie” tomu pt. „Paralaksa w weekend”. Pamiętam, że mieliśmy duży problem z okładką do tej książki. „Paralaksa w weekend”!? Grafik przynosił różne projekty, nic nam nie pasowało. Wreszcie zdesperowany sięgnąłem po aparat i poszedłem do kuchni, opróżniłem lodówkę i zrobiłem zdjęcie oszronionych drutów. Odwróciłem obraz o sto osiemdziesiąt stopni. Pokazaliśmy to dziwaczne zdjęcie Tomkowi. „Tak, jest super”, powiedział. I z taką niezwykłą okładką w listopadzie 2007 roku wyszła jego druga książka. Na promocję przyjechał z dziewczyną. Spotkanie w Książnicy Polskiej prowadziła Anita Frankowiak. W kącie sali stały stoły, przy których odbywały się turnieje szachowe. Tomek wziął jeden z zegarów i postawił między sobą a prowadzącą. Dowcipny, inteligentny, młody człowiek. Potem poszliśmy do knajpy. Trafiliśmy na koncert. Tańczył. Opowiadał mi o „Sowie córce piekarza” Hłaski. Bardzo mu się ta powieści podobała. Poproszony o dedykację napisał tylko „Sto lat!” Na drugi dzień pojechał do Krakowa, gdzie studiował. Rok później przysłał tekst prozatorski. Zamieściliśmy go w 39 numerze internetowego miesięcznika. Tomek zdążył napisać cztery książki poetyckie. W wierszu z "Paralaksy" zatytułowanym  "Niezobowiązujące siedem i pół minuty" napisał, że nigdy nie był we Wrocławiu i nigdy nie będzie. Los sprawił, że to w tym mieście w tragicznych okolicznościach stracił życie. Wczoraj odszedł na zawsze jeden z najbardziej utalentowanych poetów najmłodszego pokolenia. Pozostały po nim wiersze.

Paralaksa w weekend

Dzisiaj przycinałem z matką winorośl,
byłem głodny, tajałem na słońcu.
Matka wybierała pędy bez owoców
zielone, lekkie. Łamałem je, a sok lepił
palce. Ręce umyłem w stawie.

Matka w słońcu wygląda jak rdza.
Patrzę na nią i widzę tylko mgiełkę dymu.
Jest w tym jakiś sprzeciw, ale pełen
ciała.

Jest w tym jakiś sprzeciw, na skórze,
pod skórą; daleko, wzdłuż tego co jadalne.


Rozdział


Bo pewnego rodzaju ręka, na ramieniu
przewodnika, w pełnym deszczów
lipcu, gdy można pozwolić sobie
na dwuzdaniowe pożegnanie: od teraz
do tutaj. Bo już piąty dzień oglądam
odjeżdżające samochody, a moje ręce
i brak pracy świadczą o nadmiarze
snu. Bo kiedy się budzę, zawsze
jest jakieś morze. I może pachnie
rybami i solą.

Bo warto było czekać. I teraz jest lipiec
jak ta noc, gdy potrąciliśmy sarnę.
Patrzyła na szybę, nie widząc
nas zupełnie.

Bo są takie załamania, jak wtedy, gdy
ze światła do świata, jak od ciebie do mnie.

Jeszcze o „Teorii”

Ponad rok minął od premiery „Teorii ruchów Vorbla” a ja ciągle jeszcze natrafiam na omówienia tej pozycji. Oto co napisała Justyna Gul na portalu „Granice.pl”: "Teoria ruchów Vorbla" Białkowskiego to książka poruszająca problematykę sensu ludzkiego życia, nawiązanych kontaktów czy skomplikowanych losów. Tu żadna droga nie jest łatwa. Autor prowadzi swoich bohaterów bocznymi uliczkami, które często okazują się ślepe. Plejada postaci, które poznajemy, zadziwia wspaniałą konstrukcją, a Białkowski niczym malarz słowa tworzy ich portrety psychologiczne w taki sposób, że czytelnik czuje się z nimi bezpośrednio związany. Tym samym książka angażuje emocjonalnie, a niewiele pozycji na rynku może się tym poszczycić. Może to dlatego, że bohaterowie "Teorii ruchów Vorbla" są tacy jak my - poruszają się w życiu zygzakowatym ruchem, to wpadają na innych, to znów się od nich odbijają w bezsensownym dążeniu do… No właśnie: do czego”. Całość tutaj: http://www.granice.pl/recenzja,,5023

poniedziałek, 9 lipca 2012

Nagroda

W sobotni wieczór przyznano kolejną nagrodę w świecie literackim. Tym razem był to „Orfeusz” – Nagroda Poetycka im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego za najlepszy tom poetycki oraz „Orfeusz Mazurski” za najlepszą książkę poetycką w Polsce północno-wschodniej. Do ścisłego finału „Orfeusza” weszło pięć tomów poetyckich. Janusza Stycznia „Furia instynktu”, Jacka Łukasiewicza „Stojąca na ruinie” (obie wydane przez „Biuro Literackie”) oraz Przemysława Dakowicza „Place zabaw ostatecznych”, Wojciecha Kudyby „Ojciec się zmienia” i Krzysztofa Karaska „Wiatrołomy” (wszystkie trzy wydane przez „Topos”). Pamiątkową statuetkę i 20 tysięcy złotych otrzymał ostatni z wymienionych poetów. „Orfeusza Mazurskiego” nie przyznano. Jak podaje w rozmowie z Eugeniuszem Sobolem goszczący finalistów w Praniu redaktor „Toposu”, a zarazem sekretarz nagrody Wojciech Kass, cyt.: „Orfeusz” ma wypełniać, o czym piszemy w idei nagrody, dotkliwą lukę w pejzażu krajowych instytucji literackich”.

niedziela, 8 lipca 2012

„Drzewo morwowe” c.d.

Na poczytnym blogu „Od deski do deski” kolejna recenzja „Drzewa morwowego”. Clevera pisze: „Autor podjął się karkołomnego zadania ukazania zła wynikającego z dobrych pobudek człowieka uwikłanego w system zależności, pozostawiając ocenę rozgrywanych wydarzeń mnie. Udało mu się stworzyć dylemat wyboru mniejszego zła, chociaż nadal zastanawiam się, czy zabicie człowieka może nim być, skoro życie jest największym darem, dobrem i wartością […] Bardzo udany początek nowego cyklu z dziennikarzem śledczym w roli głównej, który nie chciał nim być, a został”.

sobota, 7 lipca 2012

„Papierowy żołnierz” – historia spalania

W 1992 roku Wiktor Pielewin napisał minipowieść pt. „Omon Ra”, która w Polsce ukazała się drukiem w towarzystwie innych opowiadań dopiero w roku 2007. Główny bohater tej historii – Omka jest uczestnikiem kursu dla kosmonautów mających odbyć lot na Księżyc. Inną perspektywę, bo tego, który wybiera kandydatów do lotu w Kosmos, przyjął reżyser Aleksander German Jr. Wczoraj wieczorem TVP Kultura pokazała jego film pt. „Papierowy żołnierz”. Świat w tej opowieści jest wypełniony obrazami brudnoszarego stepu, błota, torów donikąd, po których suną platformy z rakietami. Po bezkresnych przestrzeniach na koniach i wielbłądach przemieszczają się byli lotnicy, teraz będący jakimiś odrealnionymi domokrążcami sprzedającymi odzież. Awarie są na porządku dziennym. Lekarz–internista Daniła obserwuje mężczyzn wyselekcjonowanych do pierwszego lotu. Wybór tego jedynego powoduje u niego stany chorobowe. „Za kilka dni wyślemy człowieka na śmierć”, notuje. Ogarnęła go obsesja spalania. Wszędzie czuje spaleniznę. Obserwuje spadające z nieba popalone i roztrzaskane manekiny. Żołnierzy palących obozy karne, w których ciągle żyją ludzie zamknięci w nich nawet w latach trzydziestych, a teraz przepędzani donikąd. „Gdzie ja się podzieję?”, pyta stara więźniarka. Wszędzie wałęsają się głodne psy, do których strzelają żołnierze. „Po co psy? One tylko potrafią pilnować”, mówi jeden z żołdaków. Psy spłoną. Być może spłonęli również rodzice Daniły – cenieni lekarze, którzy nie przeżyli obozu. Syn spotyka ich w wizjach. „Umrzesz – mówi ojciec – i znów będziemy razem”. Moskiewscy koledzy Daniły, z którymi po obronie doktoratu spotyka się na daczy, też się spalają. Piją wódkę i śpiewają balladę Bułata Okudżawy o papierowym żołnierzyku, który „poszedł w ogień, zginął w mig”. Małżeństwo Daniły płonie. Nina chce mieć dziecko. O jego pracy mówi: " Te rakiety są po to, żeby zrzucać bomby". On w stepie znalazł sobie inną kobietę, która przecież też się nie liczy. Ważny bowiem jest tylko lot odliczany w kolejnych odsłonach. Lot w Kosmos, niczym czarodziejska różdżka, ma wszystko zmienić. Rakiety mają wyzwolić od strasznej przeszłości, być powodem do dumy. Dać podstawy nowego, sprawiedliwego życia. Wyselekcjonowani kosmonauci rywalizują o pierwszeństwo. W pamięci zapadają obrazy mężczyzn w kombinezonach i hełmach próbujących przejażdżki rowerami po sięgającym połowy kół błocie. Imitujących normalność, wewnątrz przerażonych. Nazywają siebie Łajkami, od imienia psa. Ćwiczą na polach, w cerkwiach, z których usunięto dzwony. Jeden z nich podczas ćwiczeń zapala się w komorze, inny podejmuje samobójczą próbę. „Trochę się boję, ale kim byłbym, gdyby nie ten lot?” – mówi Jura i dodaje: „Nie ma żadnego losu, to wymysły”. Lecz kiedy już wraca na Ziemię, dziękuje Bogu. To śmierć Gagarina dziesięć lat później doprowadza do spotkania przyjaciół na daczy. Nie ma wśród nich Daniły, który umarł w dniu pierwszego udanego lotu. Nie ma też części uczestników spotkania sprzed blisko dekady. Ktoś się powiesił, ktoś emigruje, rozwiódł się, stracił pracę. Żona Daniły jest już kimś innym, zabrała ze stepu jego kochankę. Zamieszkały razem. Obie są wewnętrznie wypalone. Film Germana jest gorzką opowieścią o epoce „kroków na skróty”, która musiała zakończyć się niepowodzeniem. Warto obejrzeć.

piątek, 6 lipca 2012

„Qfant” o „Drzewie morwowym”

„Powieść Tomasza Białkowskiego wpisuje się więc w nurt modnych obecnie, „miejskich” utworów z kryminalnym dreszczykiem. A ponieważ opisywany przez autora region puszczański jest, i jezior pełny, nie zabraknie w „Drzewie morwowym” także leśnych gęstwin, zrujnowanych, poniemieckich pałaców i wodnych otchłani. Każdemu według gustu jego! Sama formuła utworu – szczypta perwersji, nietypowe zbrodnie, tajemnica sprzed lat i biblijne motywy – i tym razem sprawdza się nieźle. Tego rodzaju koktajl, o ile przyrządzony zostanie w sposób zdatny do spożycia, gwarantuje dobrą rozrywkę. Czytelnik śledzi wątki, zbiera poszlaki, wiąże zdarzenia w sensowną całość – i usiłuje rozwiązać zagadkę „Motyla”, chcąc wyprzedzić w tym zadaniu głównego bohatera. Powodzenia, łowco skarbów! „Drzewo morwowe” zapewni ci kilkugodzinną ucieczkę od rzeczywistości, a może nawet nakłoni do wyprawy na północ, do królestwa jezior. Książka w sam raz na wakacje: lekka, łatwostrawna i wciągająca”.
Tak ocenia powieść Natalia Bilska i dołącza do już sporej grupy życzliwie oceniających „Drzewo morwowe” czytelników. Całość tutaj:

czwartek, 5 lipca 2012

Łukasz Jarosz „Pełna krew”

Krakowskie wydawnictwo „Znak” zbyt wielu tomów poetyckich nie wydaje. Tym uważniej należy przyglądać się każdemu tego typu przedsięwzięciu. A już szczególnie zbiorowi wierszy, których redakcji podjął się sam redaktor naczelny Jerzy Illg. Mowa tu o nowej książce poetyckiej Łukasza Jarosza pt. „Pełna krew”. Od kilku dni niezmiennie wracam do tych wierszy. Illg – wydawca noblistów, po raz kolejny pokazał, że ma umiejętność wyłuskiwania autorów znakomitych, bo do takich należy zaliczyć Jarosza. To poezja bardzo piękna, skupiona, ważna. Umiejscowiona na polskiej prowincji, bliskiej samemu autorowi, który zamieszkuje na co dzień w niewielkiej Żuradzie pod Olkuszem. Łukasz Jarosz ma niezwykły dar wsłuchiwania się w głosy napotkanych ludzi - świadków historii (wiersze z cyklu „Opowiadanie starego sąsiada”). Również najbliższych – matki i babki. Obrazy przeszłości kojarzą mi się ze światem powieściowym Wiesława Myśliwskiego. Sam autor nie ukrywa również inspiracji twórczością autora „Nagiego sadu” (wiersz „Długa podróż”). W świecie Jarosza opisy codziennej ludzkiej krzątaniny są wplecione w świat zwierząt, roślin, pól, rzek. Ten świat wydziela zapachy, kolory, smaki. Jest w nim ogień, wiatr, deszcz, gwiaździste niebo. Życie i śmierć. Raz jest upalny(„Czarne jezioro”), by potem stać się mroźnym („Jutrznia”). Toczy się w cyklicznym rytmie zmieniających pór roku. Można w nim spotkać ojca ścinającego suche pędy kukurydzy, ale zaraz potem Boga, Diabła a nawet Śnieżną Matkę Boską. Autor powraca do swojego dzieciństwa, lat szkolnych, czasów studenckich. Los bliskich mu ludzi okazuje się być często okrutny („Ziemia”), ale i też łaskawy, kiedy pisze: „Obudzili mnie Ci, którzy mnie kochają”. Piękne są opisy chwil spędzanych z żoną i córką („Eluwium”, „Płótna”, „Fresk”, „Dom”). „Pełna krew” Łukasza Jarosza to liryka najwyższej próby. Gorąco tę książkę polecam! Poniżej dwa wiersze z tomu:

„Wyspa”
Wieś zapada się w słońcu. Oszronionym
i mglistym. Rośnie świt: klasztor wykuty
w mrozie, szyszki.

Rzeka chwieje się – śliska jak paznokieć,
zrogowaciała jak kopyto.
Na dzwonnicę wchodzi ksiądz

Z twarzą czerwoną od żelaza, ciemną:
kto nie idzie do nieba, zamienia się w proch.
W jego oddech.


„Grynberg”
Gęste łyko wieczoru, woda spływa
z porcelanowych talerzy. Psy obwąchują się
w ciszy i opadają ciężkie płaty ptaków

Tylko śmierć jest sprawiedliwa.
Jest jak chusteczka w kieszeni,
co zaśnieża resztę prania.

Tylko śmierć – gdy zamykam oczy,
widzę każdego z was, pojedynczo,
który niesie swój grób. Spękany i suchy.

środa, 4 lipca 2012

Wywiad na stronie „Zbrodni w Bibliotece”


Jolanta Świetlikowska pyta mnie m.in. o to, kim jest główny bohater powieści „Drzewo morwowe”? Odpowiadam:
- „Paweł Werens jest młodym, przystojnym i inteligentnym mężczyzną, który ma chorą duszę. Za gadżetami w postaci dobrego samochodu i modnych ciuchów kryje się nieszczęśliwy półsierota. Opuszcza wielkomiejską Warszawę. Musi wrócić do rodzinnych stron, chociaż tego nie chce. Jest przekonany, że to tylko kilka dni, po których wróci do swojego naturalnego środowiska. Uważa, że Zło, które wydarzyło się przed laty, było jego udziałem. Wnikliwy czytelnik odnajdzie tu ślady przypowieści o synu marnotrawnym. Kwestię jego winy pozostawiam prawie do końca nierozstrzygniętą. Werens nosi maskę. Jeżeli spotyka się z kobietami, to tylko po to, aby uprawiać niezobowiązujący seks. Potrącił psa, poczucie przyzwoitości nakazuje mu odwieźć go do kliniki weterynaryjnej. Żadnych głębszych uczuć. Ale czy aby na pewno? Wielki polski pisarz Wiesław Myśliwski napisał: „Jedyna droga do tajemnicy prowadzi przez rozpacz”. W mojej powieści Werens doświadczając rozpaczy odkrywa wiele tajemnic”.
Całość wywiadu tutaj:

wtorek, 3 lipca 2012

Trzeci tydzień „Drzewa morwowego”

Książka jest raptem trzy tygodnie na rynku a ja z satysfakcją odnotowuję, że kolejna osoba po nią sięgnęła i zdecydowała się napisać kilka słów. Blogerzy też czytają „Drzewo morwowe”. Dowodem na to omówienie książki na stronie „Zwariowanej Biblioteczki”. Autorka zauważa: „Całościowo książki nie można uznać za złą, bo taką nie jest. Akcja jest dość dynamiczna, intryga świetnie zawiązana. Podczas lektury przychodzili mi na myśl najlepsi autorzy thrillerów i wydaje mi się, że z ich doświadczenia autor czerpał pełnymi garściami, co książce wyszło zdecydowanie na dobre.” Całość tutaj:

poniedziałek, 2 lipca 2012

„Bluszcz” już nie wychodzi

Padło kolejne pismo literacko-kulturalne. Jest nim miesięcznik dla kobiet „Bluszcz”, będący próbą kontynuacji wychodzącego jeszcze w dziewiętnastym wieku tytułu. Wiadomość podaję za wirtualnemedia.pl. Całość tekstu tutaj:

niedziela, 1 lipca 2012

Tulli a piłka nożna

Kiedy Magdalena Tulli otrzymywała w Szczecinie Nagrodę Gryfia, w Monachium Chelsea Londyn grała w finale z Bayernem. Wczoraj Tulli za „Włoskie szpilki” otrzymała Nagrodę Literacką Gdynia, a dzisiaj w kijowskim finale Włosi grają z Hiszpanią o Mistrzostwo Europy. Uprzedzając pytanie odpowiadam, niestety Nagroda Nike, której wręczenie zaplanowano na 7 października w Warszawie, nie pokrywa się z żadnym wydarzeniem piłkarskim…

sobota, 30 czerwca 2012

Basen

Olsztyn nie dość, że rozkopany, to i upalny. Pierwsze powoduje, że szybciej jest gdziekolwiek dojść niż dojechać. Drugie zaś sprawia, iż marsz po rozedrganych od żaru płytach chodnikowych szybko staje się męką. A jeszcze kilka dni temu lało i temperatura krążyła wokół dziesięciu stopni… Po pewnym czasie koniecznym okazuje się uzupełnienie płynów. Skręciłem zatem z trasy i wszedłem na teren przykawiarniany zajmowany przez rozłożyste parasole, pod którymi studziła się już spora grupa równie spragnionych pieszych. Bliski omdlenia zamówiłem zimne piwo i czekając na realizację zamówienia usiadłem niepewnie w wiklinowym fotelu. Dopiero po chwili zorientowałem się, że siedzę po kostki w sypkim piasku. Wcześniej piachu w tym miejscu nie widziałem, czyżbym miał omamy wzrokowe? Moje podejrzenia nabrały mocy, w chwili kiedy dostrzegłem najprawdziwszy basen, a do tego zupełnie pusty! Już chciałem wstać i ostatkiem sił poszurać w kierunku przychodni lekarskiej, kiedy smutny kelner podał mi zimną, by nie powiedzieć lodowatą, szklanicę złocistego płynu. Wypiłem łapczywie połowę. Oddech się wyrównywał, pragnienie ustępowało. Lecz piasek pod nogami niezmiennie wdzierał się do obuwia. A z basenu, jak już rzekłem, zionęła solidna dziura. Basenu z gumy warto zaznaczyć, dmuchanego jakąś megapompką, bo był to basen całkiem sporych rozmiarów. W następnej chwili na przykawiarnianej piaskownicy pojawiło się trzech prawie identycznych, pryszczatych chłopców w majtkach do kolan, którzy w milczeniu krążyli na swych patykowatych nóżkach wokół gumowego rondla. Poprawiając identyczne grzywki opadające na nosy, drapali się po głowach. Najwyraźniej mieli jakiś problem. Ciekawość. To ona zatrzymała mnie na dłużej w piaskowej zagrodzie. Może w równym stopniu i smaczny napój, lecz upierał się będę przy ciekawości. Uprzejmy kelner o wyglądzie pracownika zakładu pogrzebowego przeskakiwał zgrabnie z pryzmy piachu na kolejną. Pochwyciłem go delikatnie za mankiet zupełnie suchej koszuli. (Jak on to robił?) Dyskretnie zapytałem o niezwykłą jak dla mnie sytuację w, było nie było, ogródku piwnym. „Koniec szkoły dzisiaj”, rzucił od niechcenia i bez uszczerbku na obuwiu zniknął w kawiarnianych drzwiach. A więc to tak dzisiejsza młodzież świętuje rozstanie ze szkolnymi murami! Piaszczyste party z nogami moczonymi w basenie! Może i konkurs na mokry podkoszulek się szykuje?! Myślami wróciłem do swoich czasów szkolnych. Ech, szkoda gadać. Nie ten rozmach, nie ta skala, pomysłowość. Zamiast basenu ławka w parku. Kto z nas złociste płyny pijał? Prawdę mówiąc podłe wino, a po nim zakosy po łące, na której krowi placek się nierzadko zdarzył… A tu piasek w środku miasta, drobniutki, cieplutki. Postęp, pomyślałem, i zazdrość za historyczną niesprawiedliwość mnie ogarnęła. W tej zazdrości nagle wypatrzyłem mankament letniego party, czyli dziurę. Jak przecież wspomniałem, basen pompką dmuchany rozwalił się na pół placu, lecz basen bez wody. Suchy, powietrzem rozpalonym wypełniony. Pryszczaci na szczudlastych nóżkach dreptali wokół, na kudłatych twarzyczkach wypatrzyłem niepokój, strach jakby. Nerwowo zerkali na zegarki odmierzające czas do katastrofy. Bo to zalatywało katastrofą niczym czerwcowy asfalt magmowatą smołą. Już widziałem te rozczarowane twarzyczki blond Venus, które w kusych spódniczkach przybędą na party. Kolegów wyśmiewających trzech organizatorów. Wybiegłem w przyszłość i ujrzałem ich zrozpaczone twarze nieudolnie ukrywane za jednakowymi grzywkami. Widziałem pierwszą życiową porażkę tych młodzieńców. Nagle zrobiło mi się ich żal, zapragnąłem im pomóc. Wstałem i odnalazłem kelnera o wyglądzie pracownika krematorium. „Wąż jest do dupy. Dziurawy. Uszczelka nie trzyma”. Kelner był nad wyraz konkretny. A więc to tak. Wąż jak zawsze zdradziecki, od wieków to samo! No to wiadra! Tak, wiadrami wypełnić, zapełnić, zalać dziurę, nakarmić gumowe monstrum! Ja wiem, że ciężko będzie wam na tych szczudlastych nóżkach, lecz my tutaj razem! W jedności siła! Trudno, że młodzież dzisiaj niezaradna. Do tego słaba, niezorganizowana, każdy samotny niczym w sieci. Dzisiejszej młodzieży pomóc trzeba. Wzorce jakieś pokazać. Przez piaszczysty plac dotarłem do trzech pryszczatych. Pobudzony myślą o wiadrach, co triumf zagwarantują, honor męski ocalą, zamierzałem chłopców porozstawiać w odległościach równych. By jeden drugiemu, a ten trzeciemu wiadra podawał z wodą chłodną, która w tym słońcu jak nic nagrzeje się w porę i stópki dziewczęce ukoi. Już leciałem wiader szukać, kiedy jeden z tych pryszczatych za ramię mnie ujął, ręką włosy z oczu odsunął i głosikiem piskliwym wyrzucił: „Panie starszy, usiądź pan na krześle i szklanki swojej pilnuj”. Ale jak to, moje wzburzenie sięgało zenitu. Bose stópki dziewczęce, igraszki niewinne w baseniku, piski i śmiechy… To wszystko ma się nie odbyć, przepaść? „Kostek zadzwonił po beczkowóz. Zaraz dojedzie”, zapiał pryszczaty bardziej do wchodzących w piasek dziewcząt niż do mnie. Spokojny o przyszłość naszej młodzieży i ponaglany przez smutego kelnera (impreza beach-party była zamknięta i biletowana) opuszczałem lokal, by za chwilę rozpuścić się w upale.

piątek, 29 czerwca 2012

Kryminalnie w Radiu Dla Ciebie

Tym, którzy czytają kryminały i chcieliby o nich wiedzieć jak najwięcej polecam dzisiejszy „Wieczór w Ogrodzie”, cykliczną audycję Agnieszki Lipki. Start programu nastąpi o godz. 20:00 w warszawskim Radiu Dla Ciebie. Można słuchać tutaj:

czwartek, 28 czerwca 2012

Barański

Tatuaże

Kaj Birket-Smith w książce „ścieżki kultury”
opisał życie duchowe
Eskimosów z plemienia Netslików

Wierzą oni że tylko wielcy myśliwi
i pięknie wytatuowane kobiety dostąpią
Siedziby Powracających w której czas
będzie schodził im na łowach i zabawach

Leniwi łowcy fok i niewytatuowane kobiety
skończą w Krainie Przygnębionych
gdzie siedząc z głową opuszczoną na piersi
łapać będą zębami motyle

Wypatruję w tłumie nieśmiertelnych
— wielkich łowców
i pięknie wytatuowanych kobiet



Zamieściłem wiersz Marka L. Barańskiego pochodzący z tomu „Echo i dym”. Wydaliśmy tę książkę w „Portrecie” dwa lata temu. Barański to znany i ceniony w Olsztynie dziennikarz, znawca filmu, a także wielki fan Górnego Śląska i… lotnictwa. To tylko niewielka część jego zainteresowań. Przeprowadzał wywiady ze znanymi postaciami kultury, zagrał nawet w „Królu Olch” Volkera Schlondorffa. Dzisiejszego popołudnia Marek Barański odbiera z rąk Prezydenta Olsztyna nagrodę za swoją wieloletnią działalność. Wybieram się na Zamek, aby pogratulować poecie i życzyć mu równie intensywnej działalności w najbliższych latach. Komu jak komu, ale Laureatowi wieczność w Krainie Przygnębionych nie grozi.

środa, 27 czerwca 2012

Fotorelacja ze spotkania autorskiego

Miał być Ogród Literatury, była literatura, ale nie było ogrodu. Pogoda w czerwcu w Olsztynie jak pod koniec września, dlatego spotkanie zamiast w ulicznych dekoracjach odbyło się w przytulnej Tajemnicy Poliszynela. Poniżej fotorelacja:

Gości przywitała właścicielka kawoksięgarni Małgorzata Sieniewicz.

Dyskusja od poczatku była burzliwa...

...a wzięli w niej udział: Ewa Zdrojkowska jako prowadząca (Radio Olsztyn) oraz w roli kryminalnych rozgrywających - Paweł Jaszczuk ("Marionetki") i Tomasz Białkowski ("Drzewo morwowe").

Sporna okazała się kwestia, co można nazwać kryminałem retro, a co współczesnym.

Fragmenty "Marionetek" i "Drzewa morwowego" przeczytał aktor Teatru im. S. Jaracza, Grzegorz Gromek.

Zastanawiano się też nad tym, czy autor utożsamia się ze swoim bohaterem.

Pojawiły się też momenty zabawne, czego dowodem rozradowane twarze gości.

Kiedy brakowało słów, niezbędna okazywała się mowa ciała. :)

Prowadząca doskonale panowała nad emocjami autorów.

Publiczność wytrwała do końca...

...i w dobrych humorach.



wtorek, 26 czerwca 2012

Wywiad z Piotrem Śliwińskim

„O niezależności poezji, jej wielogłosowości oraz o snobizmie końca. Z prof. dr. hab. Piotrem Śliwińskim rozmawia Dominika Kotuła”. Taki tytuł nosi wywiad zamieszczony na stronie Kortowskich Spotkań z Literaturą. Kotuła pyta znanego krytyka:
Odrobinę dookoła starałam się dojść do takiego pytania – zastanawiam się, co Pan myśli o głoszonej wszem i wobec nieobecności kanonu, a może raczej – o niestałości kanonu? Czy kanon jest potrzebny, czy w dzisiejszym świecie – rozproszonym i migotliwym, tak bardzo wielowarstwowym, nie mamy do czynienia raczej z mnogością kanonów? I czy to nie jest dobre?
Tak właśnie chcielibyśmy o tym myśleć i powiedziałbym tak: gdyby to było możliwe, to byłoby to dobre. Jeśli jednak my, światek literacki, nie będziemy mieć żywego stosunku do kanonu, do zjawiska centralizowania i decentralizowania, kanonizowania i dekanonizowania, w takim napięciu autorytetu i niezależności, rzecz jasna, to zrobią to media, ktoś to zrobi za nas, to jest łatwe do przewidzenia. Gdyby zapytać człowieka oczytanego, ale nieuczestniczącego zanadto w dyskusjach o literaturze, kto jest największym polskim pisarzem, bez względu na formę, to on będzie miał na to odpowiedź – to będzie odpowiedź mediów. Bo on czytał tę gazetę, w której powiedziano, że być może Adam Zagajewski otrzyma nagrodę Nobla…
Całość wywiadu tutaj:

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Kryminalny poniedziałek

Wczorajszego popołudnia TVP Olsztyn wyemitowała kolejny odcinek programu „Wiadomości kulturalne”, w którym m.in. zaprezentowano materiał o „Drzewie morwowym”. Można go zobaczyć tutaj:
Dzisiaj zaś o godz. 20:05 w Radiu Olsztyn w audycji Ewy Zdrojkowskiej pt. „Rozmówki polsko-polskie” wraz z Pawłem Jaszczukiem będziemy opowiadali o naszych powieściach kryminalnych, bohaterach tychże i szeroko rozumianym pisaniu w tym gatunku. Zapraszam do oglądania i słuchania!

niedziela, 24 czerwca 2012

Tak się składa

W filmie pt. „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz” (1978 r.) Stanisława Barei, konferansjer (świetny Tadeusz Somogi) pyta starszą kobietę usadowioną przed kartonowymi makietami postaci ludzkich o to, kogo najchętniej zobaczyłaby na scenie. Rzecz ma miejsce podczas makabrycznego teleturnieju chirurgów polegającego na jak najszybszym przeprowadzeniu operacji pacjenta. W przerwie między turniejowymi zmaganiami odbywają się występy artystyczne. Starsza pani wyciąga karteczkę i niezdarnie sylabizuje zapisane na niej nazwisko ulubionego piosenkarza, którego występ chciałaby zobaczyć. „Tak się składa, że pan Koracz jest tu z nami!” – mówi wesoły, acz profesjonalny konferansjer. W następnej chwili na prowizoryczną scenę wyskakuje ów artysta (Ryszard Pracz) z mikrofonem i zaczyna swój występ.
Po wczorajszym meczu Hiszpanii z Francją (2:0), sam nie wiedząc czym powodowany, zatrzymałem się dłużej przy 1 programie TVP. Państwowa telewizja publiczna prezentowała premierowy program plenerowy o wdzięcznym tytule „Wianki nad Wisłą”. Był to ciąg występów śpiewaczych przeplatany dowcipnymi komentarzami prowadzącej urodziwej pary. Ich wyuczone na pamięć błyskotliwe myśli z kolei przerywały esemesowe konkursy, w których można było zdobyć cenne nagrody. W znacznej większości młodociana publiczność mogła się dowiedzieć np. jaka jest idea puszczania wianków po ciemnej toni Wisły, ale i też ogłosić światu swą miłość. Wydarzenie medialne wszak miało miejsce w Noc Świętojańską. W pewnej chwili konferansjer, niczym Tadeusz Somogi przed trzydziestu laty, ruszył z mikrofonem w falujący, rozgrzany tłum. – Jakie jest twoje największe marzenie? – zapytał blond-nastolatkę. Zarumieniona wyznała, że oto jej wszystkie marzenia za sprawą kolorowego koncertu zostały w całości, dożywotnio spełnione. Ale konferansjerowi, a raczej reżyserowi przedsięwzięcia było mało. Posłał z mikrofonem błyskotliwego wodzireja w kierunku młodego mężczyzny, który błyskawicznie dopłynął do barier oddzielających tłum od artystów.
- Edytę Górniak chciałbym zobaczyć! – kategorycznie zażądał uczestnik koncertu – to moim marzeniem jest!
Wstrzymałem oddech. Czułem, że już gdzieś to widziałem. Oto scena odegrana przed laty powraca w nowym kostiumie i dekoracjach. Stałem się czujny. Czyżbym miał rację? W następnej sekundzie triumfowałem.
- Tak się składa, że Edyta Górniak za chwilę pojawi się na naszej scenie! – usłyszałem po chwili z ust urokliwego prowadzącego. Dalszej części już nie oglądałem, pomimo późnych godzin nocnych ruszyłem po płytę z oryginałem.

sobota, 23 czerwca 2012

Kolejne spotkanie

Zapraszam na kolejne spotkanie z „Drzewem morwowym”. 26 czerwca (wtorek) w Olsztynie o godz. 18.00 w Ogrodzie Literatury przy Tajemnicy Poliszynela (ul. Staromiejska 2/5 w pobliżu Wysokiej Bramy) odbędzie się głośne czytanie literatury i spotkanie z Pawłem Jaszczukiem i ze mną. Rozmowę z wątkiem sensacyjnym poprowadzi dziennikarka Radia Olsztyn Ewa Zdrojkowska. Fragmenty powieści "Marionetki" Pawła Jaszczuka i "Drzewa morwowego" zaprezentuje aktor Teatru Jaracza Grzegorz Gromek. Wstęp na to spotkanie jest wolny. Organizatorami są: Stowarzyszenie WK Borussia, kawoksięgarnia Tajemnica Poliszynela.
Patronat medialny objęły:
Radio Olsztyn, Gazeta Wyborcza, http://www.lubimyczytac.pl/

piątek, 22 czerwca 2012

Zmarł Henryk Bereza

„Nie należę do tych krytyków, którym nigdy nie zadrży pióro, gdy mają wyrazić na piśmie swój sąd o książkach, a więc tak czy inaczej o ludziach, których te książki wyrażają, a więc tak czy inaczej o ludziach, którzy te książki napisali. Znam już wiele rodzajów swoich lęków. Wielkich, dużych, małych. Lęk wobec wielkości, czyli lęk pokorny. Lęk wobec klęski, czyli lek współczujący. Lęk wobec Niemożności, czyli lęk litościwy. Lęk wobec intymnego, czyli lek delikatności. Dużo, bardzo dużo innych jeszcze leków. Ich wspólnym źródłem (najczęściej) jest wzgląd na koszt wewnętrzny tego, który książkę napisał. Większość książek powstaje bez dużych kosztów wewnętrznych. O nich pisać łatwo, ale one niewiele się liczą. One przynależą do quasi – literatury. Bez subiektywnie największych kosztów wewnętrznych twórcy nie ma literatury. Największy koszt wewnętrzny twórcy to warunek literatury konieczny, ale nie dostateczny. Literatura tylko zdarza się w tym, co jest rezultatem największych kosztów wewnętrznych twórcy. Ten sąd, w sensie estetycznym jedynie prawdziwy, zawiera w sobie nieludzkie okrucieństwo. To okrucieństwo mnie przeraża. Nieraz zrezygnowałbym z niego i estetycznej prawdy na rzecz jakiejś prawdy zwyczajnie ludzkiej. Może więc każdy subiektywnie największy koszt wewnętrzny twórcy jest warunkiem koniecznym i dostatecznym literatury? Może literaturą jest już owo jedyne zdanie powieści, któremu całe życie poświęcił pan Grand z „Dżumy” Camusa?”
Henryk Bereza, Prozaiczne początki, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1971.

czwartek, 21 czerwca 2012

„Drzewo morwowe” czyli kolejna recenzja i konkursy

„Independent.pl” zamieszcza recenzję mojej powieści. Jarosław Czechowicz w tekście pt. „Motyle i demony przeszłości” pisze: „Jeśli autor planuje cykl kryminalnych powieści, ta pierwsza jest mocną zapowiedzią tego, o czym pewnie przeczytamy w przyszłości. Trudno dzisiaj napisać naprawdę dobry kryminał. Pomijając zalew dobrej, skandynawskiej jakości tego gatunku, w dzisiejszej prozie polskiej wielu próbuje swych sił, pisząc właśnie takie, a nie inne książki. „Drzewo morwowe” wyróżnia się tym, iż służy nie tylko rozrywce czytelników. Skłania do głębszych refleksji o tym, jak wiele zła tkwi w nas, wokół nas i jak bardzo instytucje (np. kościelne) determinują nasze spojrzenie na świat, który przecież nigdy nie jest taki, jakim chcielibyśmy go widzieć”. Całość recenzji tu:

Z kolei „Zbrodnia w Bibliotece” ogłosiła konkurs, w którym nagrodą jest powieść. Do rozdania jest pięć egzemplarzy książki. Szczegóły tu:

„Zbrodnicze siostrzyczki” również proponują udział w konkursie. Książki są dwie, a zatem prawdopodobieństwo jest mniejsze. Mimo wszystko namawiam do udziału. Tutaj:

środa, 20 czerwca 2012

Echa spotkania

Na portalu „Olsztyn 24” pojawiło się omówienie wczorajszego spotkania w Książnicy Polskiej. Jest też kilka zdjęć. Można je zobaczyć tutaj:



Z kolei Włodzimierz Kowalewski w felietonie, który pojawił się wczorajszego wieczora w Polskim Radiu Olsztyn w audycji "Rewia książek", napisał:

"Nie ucichły jeszcze echa Literackiego Wawrzynu Warmii i Mazur, a już tegoroczny laureat nagrody, Tomasz Białkowski, szykuje czytelnikom nową niespodziankę. W wydawnictwie „Szara godzina” ukazał się właśnie jego kryminał pt. „Drzewo morwowe”.
Polska powieść kryminalna przeżywa teraz świetny okres, a nazwiska jej popularnych autorów – Krajewski, Miłoszewski, Wroński – brzmią nieomal gwiazdorsko. Gdy ambitna literatura artystyczna coraz dalej ucieka w abstrakcję i hermetyczność, to w takich właśnie gatunkach jak romans czy kryminał wszystkimi barwami rozkwitają żywioły akcji, napięcia, zaskoczenia i tam przede wszystkim szukamy przyjemności czytania oraz theatrum dla naszej wyobraźni. Pewnie z tych powodów kryminał napisała Olga Tokarczuk, piszą je legendarny już poeta Marcin Świetlicki czy guru krytyki literackiej lat 90-tych Jarosław Klejnocki.
Nie inaczej rzecz się ma z Tomaszem Białkowskim. Realista, pisarz głównego nurtu, autor m.in. drastycznej powieści obyczajowej „Zmarzlina” i poważnej, refleksyjnej antyepopei rodzinnej „Teoria ruchów Vorbla” postanowił stworzyć błyskotliwą, filmową wręcz fabułę, obfitującą w makabryczne zdarzenia, tajemnicze postacie, nieoczekiwane zwroty. Przy tym – co ważne i cenne - zgodną z klasycznymi zasadami gatunku, logiczną, stopniującą emocje, w odpowiednim momencie doprowadzającą czytelnika do rozwiązania zagadek.
Akcja nowej książki Białkowskiego toczy się na Warmii i Mazurach w roku 2004, poprzez retrospekcje sięgając końca lat 70-tych ubiegłego wieku. To właśnie wtedy zostaje zamordowany niejaki Edward Molak, major wojskowego kontrwywiadu. Zabójstwo upozorowano na śmierć z powodu mrozu, a w ustach zabitego znaleziono... motyla, jedwabnika morwowego.
Wiele lat później, już w innej epoce, na początku roku 2004, opinią publiczną wstrząsa seria potwornych morderstw. Na stadionie leśnym w Olsztynie znaleziono ciało Rajmunda Geslera, emerytowanego policjanta – z uciętą głową, śladami tortur, ułożone w kształcie krzyża gnostyckiego, pośrodku koła zaznaczonego na śniegu krwią. Niedaleko ujścia rzeki Baudy pies odkrywa w wodzie przywiązane za nogę do drzewa zwłoki Stefana Markowskiego, byłego prokuratora z Elbląga. Ginie również wieloletni lekarz więzienny z Barczewa – w potworny sposób, upieczony po prostu na metalowym stelażu od łóżka podłączonym do prądu, a w stodole nad jeziorem Luterskim przypadkowa para kochanków natyka się na ciało dyrektora domu dziecka z Barcian. Opisy zbrodni są dynamiczne i przerażające, a łączy je wszystkie to samo, co u ofiary sprzed ćwierćwiecza – jedwabnik morwowy bombyx mori w martwych ustach.
Do napisania reportażu o tajemniczych morderstwach zostaje oddelegowany Paweł Werens, dziennikarz śledczy warszawskiej gazety „Wieści”. Niezbyt chętnie jedzie do Olsztyna, mimo że spędził tu dzieciństwo i młodość. Zatrzymuje się w domu przy ulicy Fałata, należącym do stryja, byłego księdza.
W tym momencie odzywa się Białkowski, którego znamy ze „Zmarzliny” i „Teorii ruchów Vorbla” – pisarz analizujący ludzkie losy i sens życia – jego bohater Paweł Werens nosi w sobie ponurą tajemnicę rodzinną, skrywaną obsesję i kompleks, które w finale powieści pomogą mu rozwikłać kryminalną zagadkę. Pomogą mu w tym także rozmowy ze stryjem Mariuszem, który porzucił kapłaństwo dla miłości do kobiety i ciągle jeszcze roztrząsa moralne racje swojego postępku, studiując historię kościoła oraz teologii. To on doprowadza Werensa do „drugiego dna” całej sprawy, gdzie tkwiło jej właściwe rozwiązanie – do tajnej organizacji skupiającej ludzi dawnych służb specjalnych, planującej kiedyś zamach na rządzącego Polską Edwarda Gierka, i do oryginału „Wulgaty”, bezcennego manuskryptu pierwszego łacińskiego tłumaczenia Pisma Świętego, noszącego ślady ręki autora, Św. Hieronima.
Mimo wiernie oddanych realiów Olsztyna oraz innych miast regionu, Tomasz Białkowski zrywa jednak z ugruntowaną ostatnio formułą, lokującą kryminalną akcję w tzw. „magicznych miejscach”, takich jak dawny Wrocław, przedwojenny Lwów, Sandomierz czy Lublin. „Drzewo morwowe” jest klasycznym, rasowym „kryminałem intrygi”, a rekwizyty nie przesłaniają dramaturgii zdarzeń. Bo przecież od takiej literatury wymagamy przede wszystkim emocji. No i zwycięstwa dobra jako najważniejszej puenty".

Felieton zamieszczam za zgodą Autora