Wybrałem się na olsztyńskie Zatorze. Ta dzielnica przez długie lata cieszyła się złą sławą.
Krążyły legendy o miejscu, które nie należy do najbezpieczniejszych. Trudno mi
ocenić, ile w tym było prawdy. Nigdy tam nie mieszkałem, chociaż bywałem nader
często. Nigdy nic złego mnie tam nie spotkało. Zatorze zostało uwiecznione w
powieściach i wierszach olsztyńskich autorów. Najbardziej znane chyba jest „Czwarte
niebo”, powieść Mariusza Sieniewicza. Wielu twórców spędziło w tej dzielnicy
część swojego życia. Co niektórzy ciągle tam mieszkają. Obecnie to miejsce wybierają
ci wszyscy, którzy pragną żyć w cichej dzielnicy, w kamienicach pamiętających
początek dwudziestego wieku.
niedziela, 4 maja 2014
środa, 30 kwietnia 2014
„Powróz”
Wyobraźcie sobie
taką oto sytuację. Jesteście dzieckiem. Z niewiadomego powodu wasi rodzice nie
poszli jak każdego ranka do pracy. To dziwne, przecież jest zwykły, letni
dzień. Od rana panuje jakieś niezwykłe podniecenie. Około południa matka pakuje
w papier kanapki, do torebki wkłada butelkę oranżady. Ojciec czyści wyjściową
marynarkę. Potem wychodzicie na ulice miasta. Wszędzie jest pełno ludzi. Idą w
jednym kierunku. Wy przyłączacie się do nich. Stajecie się członkami pochodu
kroczącego wolno na wielki plac. Tam stoi już wielotysięczny tłum. Zgromadzonych
może być nawet kilkaset tysięcy. Ludzka masa studzi się piwem, lodami, wodą
mineralną. Trwa niespokojne wyczekiwanie. Nagle między widzów wjeżdżają odkryte
ciężarówki. Na każdej z nich stoją ludzie. Zaraz odbędzie się Wielki Pokaz.
Tłum niespokojnie faluje, dyszy i pohukuje. Pamiętajcie, macie dziesięć lat.
Uczestniczycie w
niezwykłym przedstawieniu. Oto, siedząc na plecach ojca, obserwujecie, jak
ludzie na samochodach, po kolei, zostają powieszeni na wysokich szubienicach. Wolno
konają w słońcu. Obraz jedenastu ciał bezwładnie kołyszących się na sznurze nie
zniknie z waszej pamięci już nigdy. Po wielu latach powraca z wielką mocą. To,
co widzieliście w dzieciństwie, zagarnia was i niszczy. Nie pozwala zasnąć,
prześladuje każdej nocy.
O tym, co wydarzyło
się tamtego dnia i wiele lat później znowu przyniosło śmierć, opowiada moja
nowa powieść. Czwartego lipca, w rocznicę gdańskiej egzekucji zbrodniarzy z
obozu w Stutthofie, na półkach księgarskich pojawi się „Powróz”.
wtorek, 29 kwietnia 2014
„Orfeusz” nr 3
Ogłoszono
nominacje do ogólnopolskiej nagrody za tom poezji „Orfeusz”. To trzecia edycja
konkursu, który odbywa się na Mazurach, a ściślej, w Praniu. To w leśniczówce,
której mieszkańcem był swego czasu Konstanty Ildefons Gałczyński zostanie
wręczona główna nagroda i czek na 20 tysięcy złotych. Tradycyjnie już najwięcej
nominacji, bo aż cztery otrzymały książki wydane przez sopocki „Topos”. Trzech
autorów reprezentuje poznańskie „WBPiCAK”. Wśród dwudziestu nominowanych
tytułów wypatrzyłem laureata z poprzednich edycji, czyli Krzysztofa Karaska.
Jest też zdobywca niedawno przyznanej Nagrody Literackiej m. st. Warszawy Tadeusz
Dąbrowski. Są autorzy tej miary co Julia Hartwig, Krzysztof Lisowski czy
Wojciech Bonowicz. Trzy książki uzyskały nominacje w kategorii „Orfeusz
Mazurski”. To nagroda dla twórcy związanego z regionem północno-wschodniej
Polski. Niestety, autorów z Olsztyna nie ma w tym gronie. Dostrzegłem pewną
niekonsekwencję. Otóż, urodzony w Lidzbarku Warmińskim Andrzej Niewiadomski nie
został wskazany do „Orfeusza Mazurskiego”, a do nagrody głównej. Moim zdaniem
jego książka, czyli „Kapsle i etykietki” powinna być uwzględniona w obu tych
kategoriach. No, chyba że regulamin tego nie przewiduje. Kto zdobędzie „Orfeusze”
dowiemy się 28 czerwca.
niedziela, 27 kwietnia 2014
Społeczeństwo jest nieodpowiedzialne!
![]() |
| Tak to wyglądało jeszcze jakiś czas temu |
Dzisiaj nie będę
pisał o literaturze, chociaż tekst, na który natrafiłem czytając Onet.pl ma w
sobie duży potencjał. Lecz do rzeczy. Okazuje się, że olsztyniacy systematycznie
segregują śmieci, co z dumą potwierdza lokalny urzędnik: „(…) tak ogromny
spadek masy odpadów, to efekt wzorowego wywiązywania się z selekcji odpadów”. Wspaniale!
Brawo!, chciałoby się zakrzyknąć. Wszak jest to świetna wiadomość świadcząca o
olsztyniakach jak najlepiej. Naród tutaj jest proekologiczny, czysty, schludny
i świadomy. Ale to co pozornie cieszyć powinno ogół, nie pozwala sypiać co
niektórym. Ci bowiem mają zupełnie inną wizję cuchnącego biznesu. Pytany o śmieciowy
cud prezes innej firmy jest poruszony i zniesmaczony. Nie pozostawia złudzeń: „Przy
tak drastycznym spadku odpadów projekt budowy spalarni przez olsztyński MPEC
stanie pod znakiem zapytania”. No i mamy problem… Brakuje śmieci! Potrzeba
śmieci! Dawać śmieci!
Dotychczas
sprawa zdawała mi się być oczywistą. Wywalisz wiadro odpadów bez zagłębiania
się w ich przynależność gatunkową, jesteś brudas. Sąsiad upomni cię przy
śmietniku, pogrozi palcem. Kiedy posegregujesz papierki, szkiełko i plastik dajesz
dowód szacunku dla planety. Nie ma śmieci, nie ma spalarni. A tu kłopot, bo
spalarnia być musi! Bez niej ani rusz! Przeprowadzono setki konsultacji,
wyprodukowano tony dokumentów, analiz, symulacji. Spalarnia miała być odpowiedzią
na góry badziewia pożarte wnet przez jej rozpalone do białości piece. Kto wie,
może nawet powstała w umysłach urzędników dużo wcześniej niż hałdy puszek po groszku
konserwowym? Miała stać się nowym symbolem miasta. Już nie Wysoka Brama, Ratusz
a cieplarniane kominy wywalające w niebo kłęby żrącej sadzy miały stać się
wizytówką tej krainy. Naród zawiódł. Nie zrozumiał dziejowego posłannictwa. Wziął
i posegregował.
piątek, 25 kwietnia 2014
„Przerwa w podróży” Piotra Piaszczyńskiego
Wczorajszego popołudnia
wybrałem się do Książnicy Polskiej w Olsztynie na spotkanie z Piotrem
Piaszczyńskim. Okazją była premiera nowego tomu poezji pt. „Przerwa w podróży”.
Tytuł jest jak najbardziej trafny. Autor od lat mieszka w Niemczech. Do
rodzinnego Olsztyna odbywa regularne podróże. Spotkanie wypadło akurat podczas
takiej przerwy. Prowadzący rozmowę, pisarz Włodzimierz Kowalewski, znakomicie przybliżył
publiczności zarówno biografię poety, jak i jego twórczość. W pewnej chwili
został przywołany toruński etap życia Piaszczyńskiego. To czas studiów,
intensywnego zaangażowania w działalność kulturalną. Padały nazwiska już
nieżyjących legend polskiej kultury: Grzegorza Ciechowskiego, Edwarda Stachury
czy Ryszarda Milczewskiego-Bruno, tragicznie zmarłego poety (Piaszczyński był
naocznym świadkiem jego śmierci, ruszył z pomocą, niestety nieudaną). Autor „Przerwy
w podróży” opowiadał o Polonii niemieckiej, swojej fascynacji Brodskim. Obecnie
zajmuje się pisaniem recenzji do londyńskiego „Dziennika Polskiego”,
współpracuje z radiem WDR Funkhaus Europa i internetowym Deutsche Welle. Bardzo
udane spotkanie, chociaż publiczność, co powoli staje się w Olsztynie
niechlubną tradycją, zawiodła.
| Włodzimierz Kowalewski i Piotr Piaszczyński |
| Debiutancki tom poezji Autora. |
| Piotr Piaszczyński |
| Włodzimierz Kowalewski |
czwartek, 24 kwietnia 2014
Tadeusz Różewicz 1921-2014
„Wyjście”
Jestem
uparty
i uległy w tym uporze
jak wosk
tak tylko mogę
odcisnąć świat
wtorek, 22 kwietnia 2014
Królewna Wanda, Król Popiel, Piast Kołodziej i Grzegorz Rosiński
Kanał HISTORY
Polska chwali się plakatem autorstwa Grzegorza Rosińskiego do filmu o
Wikingach, który właśnie dzisiaj wieczorem ma premierę. Ponoć wyszło tylko 150
sztuk tego plakatu. Szanse na zdobycie go są zatem marne. Można jednak przy okazji
premiery zarówno filmu, jak i towarzyszącego mu dzieła plastycznego,
przypomnieć sobie komiksy z serii o Thorgalu czy Kapitanie Żbiku. Można także
sięgnąć po nasze historyczne produkcje Rosińskiego zebrane w dwujęzycznej serii
z lat siedemdziesiątych pt. „Legendarna historia Polski”. Wyszły trzy odsłony
cyklu. Pamiętam, że jako dziecko czytałem je z wypiekami na twarzy. Już sama
okładka do „Opowieści o Popielu i myszach” mogła spowodować szybsze bicie serca
i bezsenność. Sugestywnie rozrysowane myszy to nie wszystko, równie mocno na
wyobraźnię dziecka działała opowieść o otruciu przez Popiela i Hilderykę
stryjów. Nie wiem, czy te komiksy zostały wznowione. Jestem w tej szczęśliwej
sytuacji, że posiadam oryginalne wydania z tekstem autorstwa Barbary Seidler.
Co prawda w opowieści „O Piaście Kołodzieju” Wikingów nie ma, ale są za to
równie okrutni Myszyngowie atakujący Kruszwicę…
niedziela, 20 kwietnia 2014
sobota, 19 kwietnia 2014
Sobotnie przygotowania
Pracowita sobota powoli dobiega końca. Co prawda to nie kot sprzątał, robił zakupy i gotował, ale kotom, jak widać, udziela się zmęczenie ludzi. Nasz nowy domownik (na zdjęciu), znajda spod restauracji, relaksuje się w świątecznej scenerii (patrz: wielkanocne palmy). Relaksu, spokoju, radości i wielu przyjemnych chwil w gronie Bliskich - tego Wam życzę! Wesołych Świąt!
czwartek, 17 kwietnia 2014
Finałowa piątka Literackiej Nagrody Warmii i Mazur Wawrzyn 2013
Kiedy na samym
początku stycznia w podsumowaniu minionego roku w literaturze Warmii i Mazur
pisałem o najciekawszych moim zdaniem tytułach, nie przypuszczałem, że Szanowne
Jury podziela moją opinię w takim stopniu. Wskazałem… sto procent nominowanych
książekJ!
Nie ukrywam, że tegoroczny wybór uważam za bardzo dobry i wystawiający jak
najlepszą ocenę zarówno osobom wskazującym książki, jak i samym autorom. Lecz
po kolei. W finale znalazły się trzy książki wydane w warszawskich
wydawnictwach, po jednej z Krakowa i Gdańska. Są książki z wydawnictw wielkich,
ale nie zabrakło również tytułu z małej warszawskiej „Lampy i Iskry Bożej”. Większość
nominowanych autorów jest w finale po raz pierwszy. Wyjątek stanowi w tym
gronie Marta Syrwid, którą nominowano po raz drugi. W ścisłym finale
najważniejszej nagrody literackiej Polski Północno-Wschodniej dominuje
literatura faktu. Są to trzy pozycje: „Gogol w czasach Google’a” Wacława
Radziwinowicza (Agora), „Niebezpieczny poeta: Konstanty Ildefons Gałczyński”
Anny Arno (Znak) i „Zew oceanu: 312 dni samotnego rejsu dookoła świata” Tomasza
Cichockiego (Carta Blanca). Pozostali finaliści to przywołana wcześniej Marta
Syrwid i powieść „Bogactwo” (Lampa i Iskra Boża) oraz Paweł Jaszczuk z „Ochronką
Anioła Stróża” (Oficynka). Kto wygra? Tegoroczna edycja jest już dziesiątą.
Pięciokrotnie wskazano powieść, dwa razy zbiór opowiadań, zwyciężał tom wierszy
i książka historyczna. Jak będzie tym razem, trudno powiedzieć. Być może Jury
nagrodzi książkę, która ma bardzo aktualny wydźwięk, czyli opowieść o współczesnej
Rosji Radziwinowicza? Wszystkim finalistom serdecznie gratuluję. Zwycięzcę
poznamy już w maju. Oczywiście, napiszę o tym w osobnym poście.
środa, 16 kwietnia 2014
Ferdinand von Schirach „Tabu”
W podróż od
Gdańska zabrałem nową książkę jednego z moich ulubionych współczesnych niemieckich
pisarzy, czyli Ferdinanda von Schiracha. „Tabu”, bo o nim mowa, jest opowieścią
o morderstwie, którego nie było, chociaż zarówno aparat sądowniczy, opinia
publiczna i media śledziły przebieg wydarzeń z wielką uwagą. Autor jest
prawnikiem i w swoich utworach zawsze sięga po historie opowiadające o „człowieku,
jego klęsce, winie i wielkości”, jak o Schirachu napisał Paweł Smoleński,
cytowany na okładce. Tak też jest i tym razem. Oto sławny fotograf Sebastian
von Eschburg zostaje oskarżony o zabójstwo kobiety. Rzecz w tym, że ciała
rzekomo zamordowanej nie odnaleziono, jest tylko krew na sukience i kilka
innych poszlak. Tutaj pojawia się postać świetnie nakreślonego adwokata o nazwisku
Biegler. Ten szybko odkrywa, że zeznanie wymuszono siłą, zaś cała sprawa jest
mocno podejrzana. Jednym słowem, adwokat nie bardzo wierzy w te morderstwo. Jak
to się kończy nie powiem. Dla zachęty przytoczę fragment, który daje wyobrażenie
o postaci adwokata, który zrobił na mnie zdecydowanie większe wrażenie niż podejrzany: „Wiara
to trudna kwestia. Miałem kiedyś klienta, który przez sześć lat nie był w
stanie opuścić własnego mieszkania. Bał się ludzi, on też nie potrafił nikogo
dotknąć. Ale poznał kobietę przez Internet. Nawet miał z nią dziecko. Potem
stawał się coraz bardziej zdziwaczały. Nie mógł jeść czerwonych ani zielonych
rzeczy i uważał, że śledzi go przemysł perfumeryjny. Godzinami rozmawiał z
ludźmi, których nie było, i odżywiał się jedynie płatkami owsianymi.
Oczywiście, jego przyjaciółka w końcu się z nim rozstała. Była miłą dziewczyną.
Co tydzień go odwiedzała, robiła mu zakupy i dbała, by się nie zapuścił. Potem
popełniła błąd. Uznała, że mężczyzna powinien w końcu zobaczyć ich wspólne
dziecko. Udusił ją. Następnie umył jej włosy, pilniczkiem opiłował paznokcie u
rąk i nóg oraz wyszczotkował jej zęby. Nożem kuchennym naciął jej skórę
trzydzieści cztery razy. W rany powkładał karteczki. Na każdej napisał to samo
słowo, „kapsel”.
wtorek, 15 kwietnia 2014
Stocznia
Wczoraj pisałem
o klubie B 90, zaś dzisiaj zamieszczam zdjęcia z otoczenia tego miejsca. Kilka
lat temu na zaproszenie TVP Gdańsk, która robiła ze mną program o „Zmarzlinie”,
miałem możliwość obejrzenia tych terenów. Pamiętam, że wówczas potrzebna była
przepustka. Obecnie jest inaczej. Wiele budynków rozebrano, nie ma płotów i bez
problemu można obejrzeć to miejsce, które po zmroku wygląda bardzo niepokojąco
i ponuro. Miłośnicy mrocznych klimatów zapewne będą usatysfakcjonowani. Muszą
jednak się pospieszyć. Za jakiś czas części obiektów, które są na zdjęciach,
już nie będzie. Tam gdzie obecnie są potężne hałdy gruzu i ziemi ma powstać nowa
dzielnica. Szedłem właśnie wybudowaną ulicą, która umożliwi błyskawiczne przedostanie
się chociażby z dworca głównego do apartamentowców.
![]() |
| Nowa ulica biegnąca przez stocznię |
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
B90
To nie model
bombowca, a nazwa gdańskiego klubu muzycznego, który odwiedziłem wczorajszego
wieczora. Zanim o pretekście do wizyty, słów kilka o samym klubie. B90
znajduje się na terenie Stoczni Gdańskiej, utworzono go w jednej z zamkniętych
hal. To co powstało w potwornie zdewastowanym miejscu zasługuje na najwyższe
słowa uznania. Rozmawiałem z ludźmi zajmującymi się muzyką profesjonalnie oraz z
muzycznymi koneserami i opinie o tym miejscu w stu procentach znalazły potwierdzenie.
Takiego dźwięku, jaki są w stanie uzyskać nagłośnieniowcy stamtąd, nie ma chyba
nigdzie w Polsce. Stałem na prawo od sceny, bardzo blisko. Dźwięk był idealny,
a przy tym „nie zabijał”, wrażenie było wstrząsające. Słyszałem wszystko
wyraźnie, widziałem multimedia prezentowane na jednym z trzech ekranów. Klub
mieści dwa tysiące ludzi, ma dwa bary. Siłą rzeczy w ciągu kilku godzin ludzie
korzystają dosyć często z toalet. Teoretycznie nie mają one prawa być czyste. B90 obala mit cuchnących uryną, wymazanych i pooblepianych twórczością wandali
toalet. Okazuje się, że można. Teraz sam koncert. Wczoraj w Gdańsku gościł
legendarny Laibach. Zespół promował swoją nową płytę pt. „Spectre”. Słoweńcy zagrali
materiał, po czym zrobili piętnastominutową przerwę. Wrócili na scenę, by w tej
części koncertu zaprezentować swoje legendarne kompozycje. Milan Fras swoim
charakterystycznym, niskim głosem uwiódł publikę właściwie natychmiast. Mnie
jednak bardziej zachwyciła Mina Spiler – charyzmatyczna wokalistka i wielka osobowość sceniczna. To jak modelowała głos, budowała napięcie, było
niesamowite. Niechętnie opuszczałem B90 około północy. Podsumowując: świetny
koncert, rewelacyjny klub, bardzo profesjonalnie prowadzony. W trakcie pobytu w
Gdańsku należy odwiedzić koniecznie!
piątek, 11 kwietnia 2014
Finałowa piątka Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego
Dwóch polskich
autorów znalazło się w ścisłym finale Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego.
Przyznawana rokrocznie nagroda ma za zadanie wskazanie najlepszej książki reporterskiej
jaka ukazała się w Polsce w roku poprzednim. Jury pod przewodnictwem Macieja
Zaremby Bielawskiego, który zajął miejsce Małgorzaty Szejnert, wskazało pięć
tytułów. Przywołani reportażyści z Polski to Wojciech Jagielski i Filip
Springer. Pozostałymi finalistami zostali Szwedka Elisabeth Asbrink, oraz dwoje
Amerykanów Katherine Boo oraz Mark Danner. Laureata piątej edycji poznamy podczas
majowych targów książki w Warszawie.
środa, 9 kwietnia 2014
Świat oszalał
| On to wie! :) |
Piszę te słowa,
nie mając wcale na myśli przedwojennego thrillera amerykańskiej produkcji o
takim właśnie tytule z główną rolą męską Carrola Naisha, który za inną rolę, bo
niejakiego Giuseppe, otrzymał Oscara w „Saharze”. Świat oszalał, powtarzam
poruszony informacją, którą usłyszałem z ust komentatora sportowego
relacjonującego mecz Ligi Mistrzów pomiędzy Bayernem Monachium a Manchesterem
United. Oto zawodnik tej drugiej drużyny Wayne Rooney każdego tygodnia
otrzymuje na swoje konto ni mniej, ni więcej tylko trzysta tysięcy funtów.
Licząc skromnie pięć złotych za funta daje to półtora miliona złotych. Owszem, szaleństwo
przepłacania kopaczy trwa od dawna, pozwoliłem sobie nawet kilka lat temu
zabawić się w tropienie ekstrawagancji piłkarzy, którzy, nie wiedząc, co robić
z workami pieniędzy, kupowali nawet łodzie podwodne. Kto nie wierzy, niechaj
przeczyta „Mistrzostwo Świata”. Wracam jednak do zarobków piłkarza Rooney’a i
jego tygodniówki. Przy swojej kalkulacji przyjąłem pięciodniowy tydzień pracy. Wiadomo,
że piłkarz w soboty i niedziele zwykle pracuje, czyli biega po trawie za okrągłym
kawałkiem materii wypełnionej powietrzem. Te dwa wolne dla śmiertelników dni wymieniłem
na poniedziałek i dajmy na to czwartek. Półtora miliona dzielone na pięć daje
trzysta tysięcy złotych polskich. Tyle wynosi jego dniówka. Tu przechodzę do
literatury i najcenniejszej z przyznawanych w tym fachu nagród. Otóż piłkarz Rooney
zarabia równowartość Nagrody Nobla, czyli 3,6 mln złotych, bo tyle ostatnio
płacą, w dwanaście dni. Kończąc tę krótką refleksję, myślę sobie, że miał rację
pół wieku temu Borys Pasternak, odmawiając przyjęcia Nobla. Napisanie „Doktora
Żywago” zajęło mu dużo więcej czasu niż niecałe dwa tygodnie. Prawdopodobnie już
wtedy wiedział, że pisanie się nie opłaca. Kiedyś mówiono do nieudaczników: „Było
się uczyć za młodu”. Obecnie będzie to wyglądało inaczej: „Było kopać za młodu!”
wtorek, 8 kwietnia 2014
Piotr Lipiński „Geniusz i świnie”
Sygnalizuję
pojawienie się na rynku księgarskim książki autorstwa Piotra Lipińskiego pt. „Geniusz
i świnie”. Tytułowy geniusz to Jacek Karpiński. Człowiek, którego biografia
mogłaby stać się materiałem do znakomitej powieści. Pełnej zwrotów akcji,
walki, sukcesów i porażek. Karpiński był synem lekarki i konstruktora
szybowcowego. Jego ojciec – Adam był przed drugą wojną światową uznanym
himalaistą. To przy zdobywaniu jednego ze szczytów poniósł śmierć. Syn miał wówczas
dwanaście lat. Wybuch wojny zastał jego rodzinę w Warszawie. Chłopiec czynnie
uczestniczył w ruchu oporu. Lipiński szczegółowo opisuje jego działania. A były
one bardzo różnorodne, od małego sabotażu do poważnych akcji z bronią w ręku.
Karpiński miał szczęście, przeżył wojnę, chociaż poniósł poważny uszczerbek na
zdrowiu. Ale do historii przeszedł jako konstruktor komputera, który na
ówczesne czasy był czymś niezwykłym. Dość powiedzieć, że jego rozmiary przypominały
dzisiejsze komputery, podczas gdy cały świat posługiwał się maszynami wielkości
salonu! Opis walki o przekonanie komunistycznych decydentów do projektu,
zdobywanie środków, siermiężność dostępnych materiałów (zespół Karpińskiego
musiał część z nich wykonywać własnoręcznie, zamawiać w bardzo egzotycznych
miejscach) i stopniowe niszczenie geniusza może wprowadzić w stan
przygnębienia. Dość powiedzieć, że Karpiński w pewnym momencie porzucił pracę
nad konstruowaniem nowych maszyn. Zamieszkał pod Olsztynem. Zajął się hodowlą
świń. Polska nie stała się światowym potentatem komputerowym. K-202 nie podbił
rynków jak chociażby fińska Nokia. Geniusza pokonały świnie, oczywiście, nie podolsztyńskie,
ale te ubrane w garnitury i krążące po stołecznych gabinetach.
sobota, 5 kwietnia 2014
Marcin Wroński z „Kryminalną Piłą”!
Marcin Wroński
wiele razy był nominowany do Nagrody Wielkiego Kalibru i jak dotychczas na
nominacjach się kończyło. Wielu wskazywało jego książki do głównej nagrody,
życzyłem zwycięstwa autorowi książek z Lublinem w tle również i ja. Nie wiem,
czy w tym roku Wroński otrzyma nominację ponownie do wrocławskiej nagrody, tym
trudniej pisać o ewentualnym zwycięstwie. Jedno już jest jednak pewne. Wczorajszego
wieczora Marcin Wroński otrzymał pierwszą, historyczną nagrodę za miejską
powieść kryminalną „Kryminalna Piła”. Jury nagrodziło jego „Pogrom w przyszło
wtorek”. Akcja powieści rozgrywa się w okresie powojennym, głównym bohaterem jest
komisarz Maciejewski, o którym jeden z jurorów nagrody – Robert Ostaszewski
napisał w tygodniku „Polityka”, że „mocno obrywa z każdej strony, ale podnosi
się po każdym ciosie niczym Wańka-wstańka (…) I próbuje trzymać się własnych
zasad”. Marcinowi serdecznie gratuluję i powoli szykuję się do lektury nowej
powieści lubelskiego pisarza pt. „Haiti”.
czwartek, 3 kwietnia 2014
„Ślubna suknia” Pierre Lemaitre
Ta powieść pojawiła
się na rynku czytelniczym przed „Alex”. Przypomnę, że „Alex” jest historią
śledztwa prowadzonego w sprawie zaginięcia, a potem tropienia tytułowej bohaterki,
która morduje kolejnych ludzi za pomocą żrącej substancji. Prowadzi ją po
mistrzowsku komisarz Camille Verhoeven. Piszę o tym nie bez powodu. Sophie Duguet
ze „Ślubnej sukni” w moim odczuciu jest pierwowzorem Alex. Niestety, jak to z
pierwowzorami bywa, mniej udanym niż przywołana postać krwawej, acz tragicznej
bohaterki. Pomysł Lemaitre’a na „Ślubną suknię” był następujący. Oto młoda
kobieta zaczyna mieć zaburzenia pamięci, przedmioty w jej otoczeniu w dziwny
sposób zmieniają swoje położenie, mylą jej się daty, świat zaczyna się walić. Stan
psychozy narasta. Poznajemy ją w chwili, kiedy jako opiekunka do dziecka, prawdopodobnie
swojego podopiecznego uśmierca. Przerażona, na wpół żywa ze strachu, ucieka…
Czy w „Alex” nie mamy podobnej sytuacji? Upokorzona, maltretowana kobieta
ucieka swojemu prześladowcy. Obie panie są poszukiwane przez policję, obie
dopuszczają się czynów karalnych… Obie są ofiarami mężczyzn. W „Ślubnej sukni”
człowiekiem, który chce skrzywdzić Sophie, jest osobnik zakradający się pod jej
nieobecność do mieszkania, grzebiący w komputerze, przestawiający jej samochód
z ulicy na ulicę, podrzucający w sklepie do toreb z zakupami przedmioty, z
których niespodziewanej obecności bohaterka musi się tłumaczyć ochronie
marketu. Kiedy dodam, że prześladowca wynajmuje pokój naprzeciwko mieszkania
kobiety, podgląda ją dniem i nocą, fotografuje w sytuacjach intymnych, zaczynamy
mieć wątpliwości, czy to ona stoi za zabójstwem nieletniego, i zaczynamy widzieć
w jej ucieczce desperacką próbę przetrwania. Czy rzeczywiście postradała
zmysły? Lemaitre jest bardzo wiarygodny w budowaniu atmosfery osaczenia,
niepewności, paranoi i irracjonalnych lęków. I chociaż miejscami przesadził z
zabiegami mającymi stany te podkreślić, to i tak bije na głowę część autorów prozy
z tzw. „głównego nurtu”, pogardliwie odnoszących się do literatury
detektywistycznej. Nie będę zdradzał powieściowych wydarzeń. Powtarzam, „Ślubna
suknia” to zapowiedź mistrzostwa, które autor osiągnął w „Alex”. Warto
przeczytać chociażby po to, żeby śledzić rozwój talentu znakomitego Francuza.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















