Jakiś czas temu
w domu pojawił się kosz pełen owoców. Szybko zrobił się pusty. Okazało się, że
natychmiast stał się miejscem pożądanym przez koty. Teraz jest cały czas
zajęty. Trwa rywalizacja o miejsce. Wygląda to tak, jakby koty prowadziły zapisy
na godziny, bo od razu jak kosz robi się pusty, pojawia się kolejny amator
spania w nim. Dowód poniżej.
czwartek, 3 lipca 2014
poniedziałek, 30 czerwca 2014
Weekend z nagrodami
Sypnęło
nagrodami w weekend. W Gdyni przyznano pamiątkowe kostki, do których dodano
czeki na 50 tysięcy złotych. Otrzymali je: Wojciech Nowicki za „Salki”, Jerzy
Czech za przekład na język polski poezji rosyjskiej, Marcin Świetlicki za tom
wierszy „Jeden”. Krakowski poeta wcześniej oprotestował nominację tej książki do
Nagrody Nike. Jak widać Gdynia nie budzi jego zastrzeżeń. Ostatnim z
nagrodzonych jest Jerzy Pilch za powieść „Wiele demonów”. Tego znakomitego
pisarza śmiało można wskazywać jako faworyta w kontestowanym
przez Świetlickiego warszawskim konkursie. W Szczecinie wręczono Gryfię za powieść napisaną
przez kobietę. Przypomnę, że po odsunięciu od obrad jury profesor Iwasiów i
red. naczelnej „Zadry” Beaty Kozak prawie wszyscy pozostali jurorzy na znak solidarności
odeszli z kapituły. Nowe jury nagrodę przyznało Małgorzacie Rejmer za reportaż
o Bukareszcie. Autorka wcześniej otrzymała nagrody „Newsweeka”, TVP Kultura i
otarła się o Paszport Polityki. Ona również jest wśród nominowanych do Nike. Ze
Szczecina wyjechała bogatsza o 50 tysięcy złotych. Znacznie mniej, bo 20 tysięcy
zdobył w Praniu poeta Przemysław Dakowicz. Tyle bowiem wynosi Nagroda Orfeusza.
Poetę doceniono za tom pt. „Teoria wiersza polskiego”. Kolejne laury i czeki
zostaną rozdane dopiero po wakacjach.
piątek, 27 czerwca 2014
Katarzyna Bonda „Pochłaniacz”
„Janek
Wiśniewski zginął od pięciu strzałów we własnym klubie. Sprawca dostał się tam
za pomocą dorobionego klucza”. Wiśniewski jest, czy raczej był, znany jako Igła
– wykonawca wielkiego hitu sprzed wielu lat. Dla nielicznych zaś to wychowanek
domu dziecka, teraz nadużywający używek, rozkapryszony podstarzały gwiazdor. Kto
mógł stać za jego zabójstwem? Niesłusznie zwolniona pracownica klubu? Wspólnik –
Buli, kiedyś policjant związany ze środowiskiem przestępczym Trójmiasta? A może
ktoś zupełnie inny? Przywołany Igła, który „z jakiegoś powodu chciał skasować
Izę (menedżerkę klubu przyp. T.B.) i podczas szamotaniny wyrwała mu broń”,
wynajęty przez kogoś „cyngiel”? Komu zależało na śmieci wykonawcy Dziewczyny z północy, przeboju który
nuciła cała Polska, chociaż autor tekstu nie jest znany. Słowa przywołanego szlagieru
odgrywają w powieści bardzo ważną rolę. Są czymś więcej niż tylko chwytliwymi
wersami. Stanowią ważny kod. Cała sprawa zdaje się mieć początek wiele lat
wcześniej, bo w latach dziewięćdziesiątych. „Szesnastoletnia Monika M. została
przedwczoraj znaleziona martwa w wannie w pokoju hotelowym sto dwa. Nie była
zgwałcona, na jej ciele nie stwierdzono śladów pobicia. (…) Tego samego dnia po
południu zidentyfikowano zwłoki jej brata – osiemnastoletniego Przemysława M.”.
Rodzeństwo utrzymywało kontakty z braćmi Staroniami. Jeden z nich jest teraz
sławnym duchownym, drugi wiele lat wcześniej wyjechał do Niemiec. Tu pojawia
się postać Saszy Załuskiej, psycholożki, która po latach przyjeżdża do Polski.
Trzydziestosześcioletnia profilerka przed laty odeszła ze służby w policji.
Samotnie wychowuje sześcioletnią córkę. Ma mroczną przeszłość. Sasza w „Pochłaniaczu”
otrzymuje zlecenie sporządzenia profilu psychologicznego zabójcy piosenkarza. Zleceniodawca
nie jest tym, za kogo się podaje. Jaką zatem rolę ma w tej sprawie odegrać
Załuska? Mniej więcej w połowie blisko siedmiuset stronicowej powieści pada
zdanie: „Każde gówno da się zmyć”. Wypowiada je jeden z policjantów, który
pamięta sprawę sprzed lat. Dawni drobni oszuści, złodzieje i bandyci to teraz
szanowani przedsiębiorcy, bankowcy, ludzie wpływowi, których przeszłość została
z wielką starannością wyretuszowana. Sprawa zabójstwa Igły, jak każda cuchnąca
historia, powinna również zostać zmyta, a ślady po niej wypudrowane. Polska w
powieści Bondy to kraj, w którym mafia zajmuje się „malwersacjami finansowymi,
oszustwami, korupcją w Kościele, zwłaszcza sprawą komisji finansowej”. Nie jest
zatem łatwo odkryć prawdę ani Załuskiej, ani policji, w której pozostali
przecież i tacy, którzy sprawę śmierci nastolatków doskonale pamiętają. Odegrali
w niej ważną rolę. Warto zaznaczyć, że postaci w tej książce są nakreślone w
sposób wielowymiarowy, ich motywacje i czyny mają pełne uzasadnienie
psychologiczne. Bonda ma wielki dar snucia opowieści. Tę książkę się czyta
zachłannie. „Pochłaniacz” pochłania bez reszty. Przy czym historia przez nią
opowiadana jest nieprawdopodobnie precyzyjnie skonstruowana, staranna i logiczna.
Napięcie jest umiejętnie dozowane. Autorka doskonale przygotowała się do
pisania „Pochłaniacza”. Kiedy Załuska pojawia się w sądzie nie ma wątpliwości,
że uczestniczymy w rozmowie noszącej wszelkie znamiona prawdopodobieństwa. Nie
inaczej jest w komisariacie, czy podczas prac prowadzonych przez policjantów.
Sama Załuska ma szanse stać się jedną z bardziej znanych i wyrazistych
bohaterek literatury kryminalnej. Prawdę powiedziawszy, już nią jest. Nie bez
powodu książka błyskawicznie stała się bestsellerem. Reasumując, „Pochłaniacz”
to świetny początek planowanej serii, najlepsza powieść gatunkowa polskiego
autora, jaką przeczytałem w tym roku. Czytając czułem zazdrość. Czapki z głów
przed Bondą!
wtorek, 24 czerwca 2014
Korzyści płynące z bycia pisarzem
Czerwcowy numer
warszawskiego miesięcznika „Twórczość” (6/2014) zamieszcza m.in. fragmenty „Dziennika”
Józefa Hena. Obejmuje on czas pomiędzy styczniem 2009 a styczniem 2010 roku.
Nestor polskiego pisarstwa bardzo zajmująco, acz nie bez nuty goryczy, opisuje
otaczający go świat. W tekście mnóstwo jest nawiązań do literatury, polityki i
zdarzeń mających miejsce w życiu prywatnym. Pełno w „Dzienniku” postaci znanych
z pierwszych stron gazet, z którymi Hen jest w bliższych bądź dalszych relacjach
towarzyskich i zawodowych. Jest przy tym dowcipny i pełen dystansu do figury
pisarza. Oto niewielki przykład: „Prawdziwe osiągnięcie! Chłodziarz, który
pracował nad naszą lodówką, opuścił cenę z 250 do 200 złotych, kiedy dowiedział
się, że to ja napisałem Życie Kamila
Kuranta. (Ja – nie Bratny i nie Żukrowski!) Wykrzyknął: „Rodzice cały czas
płakali!”
sobota, 21 czerwca 2014
Peter May „Człowiek z wyspy Lewis”
Miesiąc temu
sygnalizowałem pojawienie się na księgarskich półkach pierwszej części trylogii
autorstwa Petera Maya, czyli „Czarnego domu”. Opowieść o szkockiej wyspie Lewis
i jej mieszkańcach zachwyciła tysiące czytelników w tym piszącego te słowa. Wstrząsający
opis wyprawy po pisklęta głuptaków, ich mordowanie był jednym z najlepszych portretów
rytualnego zła, na jakie natrafiłem w literaturze kryminalnej. Pozostanie w mojej
pamięci jeszcze bardzo długo. Właśnie pojawiła się druga część zatytułowana „Człowiek
z wyspy Lewis”. Wydawca zachęca do lektury kolejnych przygód Fina Macleoda –
policjanta z Edynburga, który „musi rozwiązać zagadkę zbrodni sprzed lat, w
którą zamieszany wydaje się być ojciec jego ukochanej Marsaili”. Wszystko
zaczyna się od odnalezienia ciała młodego człowieka podczas wykopywania torfu.
Autopsja wykazuje, że mężczyzna został zamordowany kilkadziesiąt lat wcześniej.
Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że ofiara była spokrewniona z ojcem
ukochanej Macleoda. By rzecz całą jeszcze bardziej pokomplikować ojciec kobiety
„nigdy nie wspominał o żadnej rodzinie (…) cierpi na zaawansowaną demencję i
nie potrafi w żaden sposób pomóc w wyjaśnieniu sprawy”. Dodam na koniec, że
książka przez wiele miesięcy na Wyspach Brytyjskich miała status bestsellera.
czwartek, 19 czerwca 2014
O „Powrozie” w Radiu Olsztyn
„Powróz” to kolejna
nowa jakość w twórczości Białkowskiego : thriller z szerokimi kontekstami:
psychologicznym, społecznym i historycznym. Miejscami smakowity, miejscami
mogący porządnie przestraszyć, o mistrzowsko zbudowanym zakończeniu w stylu
suspensów Alfreda Hitchcocka, odwracającym znienacka sens akcji i stanowiącym
sam w sobie materiał do dyskusji”. To fragment felietonu będącego opinią
o mojej nowej powieści, czyli o „Powrozie”. Jej autorem jest znany i ceniony
pisarz Włodzimierz Kowalewski. Cały tekst można przeczytać na stronie Radia
Olsztyn. Tutaj: http://ro.com.pl/powroz-nowa-powiesc-tomasza-bialkowskiego/01136556
Zaś
„Powróz” na półkach księgarskich już w lipcu.
środa, 18 czerwca 2014
Marcin Wroński „Haiti”
„Jestem wrak,
kurwa zużyta, proszę pana. Poprzestaję na małym jak cholerny grecki filozof. (…)
Jestem nikim, nie zauważył pan?” Tak mówi o sobie bohater serii kryminalnej Marcina
Wrońskiego, czyli Zygmunt Maciejewski. Jest 3 maja 1951 roku. Komisarz dawno
już nie jest policjantem. Czas spędza na lubelskim hipodromie, gdzie opiekuje
się gniadą klaczą, tytułową Haiti. Los sprawił, że oboje stali się w nowym,
niby lepszym, socjalistycznym świecie niepotrzebni. Wyścigowy koń i
przedwojenny kierownik Wydziału Śledczego. Tego pierwszego trudno zaprząc do furmanki
z gnojem („nie przedstawia wartości roboczej, tj. pociągowej i rolniczej”), o drugim
z bohaterów właściwie można by powiedzieć to samo. Zyga dla nowej władzy nie stanowi
żadnej wartości. Jednak człowieka i zwierzę łączy coś więcej niż tylko
porośnięty wysoką trawą zrujnowany teren dawnych wyścigów konnych. To historia
sprzed wybuchu wojny. Oto w stajennym boksie zostaje znaleziony martwy człowiek:
„(…) tego biedaka w stajni koń może i kopnął, ale zanim to się stało, facet
został uduszony. W żadnym razie nie przez konia, rozumie pan?”. Sytuacja jest o
tyle nieprzyjemna, że zdarzenie ma miejsce podczas wystawy koni, a klacz należy
do człowieka ze szczytu elit, bo samego księcia Światopełk-Czetwertyńskiego. Mało
tego, ktoś włamuje się do Browaru Parowego „Vetter”, pruje kasę ogniotrwałą i
znika z pieniędzmi. Lokalne media są szczęśliwe. „Włamywacz z browaru obnaża
nieudolność lubelskiej policji”. Oczywiście, nie będę zdradzał, jak i dlaczego
te dwa pozornie odległe zdarzenia łączą się i tym samym wpędzają komisarza w wir
mrocznych wydarzeń. Tegoroczny laureat Nagrody Wielkiego Kalibru i Kryminalnej
Piły w szóstym już tomie przygód komisarza Maciejewskiego nie zawodzi. „Haiti”
wypada szczególnie dobrze w partiach dialogowych. Autor ma świetny słuch
językowy. Potrafi doskonale oddać sposoby mówienia różnych grup społecznych,
robi to bez jednej fałszywej nuty, z poczuciem humoru. Oczywiście, jak zawsze u
Wrońskiego, widać dbałość o szczegół. Każdy z rozdziałów jest poprzedzony
cytatami z przedwojennej prasy, które wprowadzają w klimat epoki, pokazują
ówczesne relacje społeczno-polityczne, ale i te międzyludzkie, sąsiedzkie.
Niewielki przykład: „Uprzejmie proszę Moją Szanowną Klientelę, aby była łaskawa
podczas remontu frontu mojego sklepu, wchodzić do sklepu przez sień. Z
poważaniem, T. Żurek, Krak. – Przedm. 17., tel. 24 – 15”. Cóż, nie pozostaje mi
nic innego jak zachęcić Szanownych Czytelników do sięgnięcia po najnowszą
powieść Marcina Wrońskiego. Chociażby po to, żeby zobaczyć jak wyglądał tamten
świat, no i poznać losy policjanta na etacie dozorcy, oraz konia, którego z
tylko sobie znanych powodów nie chce za żadne skarby oddać.
wtorek, 17 czerwca 2014
„Ofiara” (nie czytać okładki!)
„Wszystko
zaczęło się od pytania: spędził noc z kobietą w najbardziej sekretnym miejscu
swojego życia, ale co tak naprawdę o niej wie? Co oboje, Anne i on, nawzajem o
sobie wiedzą?” Zdanie to pada na stronie 235 ostatniej części trylogii o
inspektorze Verhoevenie zatytułowanej „Ofiara”. Dodam, że przywołana kwestia
znajduje się w 2/3 objętości książki i zgodnie z zamysłem autora, czyli Pierre’a
Lemaitre’a dopiero w tym miejscu postawiona każe inspektorowi uważniej
przyjrzeć się relacjom łączącym go z kobietą, w której zakochał się bez
pamięci. Tymczasem wydawca na ostatniej stronie okładki informuje mnie - czytelnika,
że „Choć Anne rozpoznaje napastników, ich aresztowanie wcale nie jest proste,
tym bardziej że wskazani przez nią przestępcy nie są faktycznymi sprawcami, a
sama Anne nie jest osobą, za którą się podaje”. Co w takiej sytuacji ma zrobić
czytelnik, którego odarto z przyjemności lekturowej, uczyniono ofiarą nadmiernej
gadatliwości redaktora? Cóż, najrozsądniej jest zapomnieć o tym co już zostało
ujawnione i oddać się lekturze tomu laureata zeszłorocznej Nagrody Goncourtów,
podążać za Verhoevenem, który widząc zmasakrowane ciało ukochanej postanawia „zniszczyć
całą ziemię”, dopaść niejakiego Vincenta Hafnera (cóż z tego, że już wiemy od
wydawcy, że to nie on stoi za pobiciem i napadem). Zastanawiać się, czy większą
ofiarą jest policjant, czy Anne, która złożyła osobliwą ofiarę w imię… Dosyć! Szanowni
Państwo, tak czy inaczej warto Lemaitre’a znać, warto czytać jego świetne
powieści. To wielki mistrz. Jeden z największych.
sobota, 14 czerwca 2014
Marek Hłasko „Listy”
Dzisiaj przypada
czterdziesta piąta rocznica śmierci wspaniałego polskiego pisarza Marka Hłaski.
Wydawnictwo Agora przygotowało „Listy” pisarza w opracowaniu i ze wstępem
Andrzeja Czyżewskiego. Zapowiadane są w tej samej serii wydania książek
przedwcześnie zmarłego twórcy. Publikacja zawiera prócz korespondencji pisarza
indeks nazwisk, bibliografię i kalendarium. Obraz Hłaski jaki wyłania się z lektury
książki jest wielopłaszczyznowy, miejscami wzruszający, w innych zaś miejscach
bolesny. Trudno pogodzić się z tym, że uwielbiany przez czytelników autor na
dwa lata przed śmiercią czyni takie oto zapisy: „Pan mnie często pyta, jak idą
moje sprawy. Jestem w nędzy; lecz proszę o tym nikomu nie mówić, gdyż nie lubię
ludziom sprawiać przyjemności za darmo”. W tym samym liście do Juliusza
Sakowskiego Hłasko pisze o ostatniej wydanej za życia powieści, czyli „Sowie,
córce piekarza”: „(…) cała ta książka jest książką o miłości; i o tym, że
człowiek może iść za innym człowiekiem przez dolinę cienia śmierci, nie znając
zła ani strachu, jak długo ten drugi człowiek idzie z nim”. Polecam!
środa, 11 czerwca 2014
Mariusz Szczygieł w Olsztynie
W środowe upalne
popołudnie wybrałem się na spotkanie autorskie Mariusza Szczygła. Zorganizowano
je w Bibliotece Wojewódzkiej w ramach wojewódzkiego zlotu moderatorów Dyskusyjnych
Klubów Książki. Do tej grupy, co prawda, nie należę, ale udało mi się również
być na spotkaniu. Rozmowę podzielono na trzy części – pierwsza dotyczyła
głównie początków kariery autora, a w efekcie skupiła się na epizodzie telewizyjnym,
druga koncentrowała się na, tak to nazwijmy, czeskiej twórczości reportera,
czyli na książkach „Gottland” i „Zrób sobie raj”, a centralnym punktem trzeciej
części miała być „100/XX. Antologia polskiego reportażu XX wieku”. Mnie
najbardziej interesowała ta ostatnia. Niestety, ze względu na ograniczenia
czasowe i fakt, że zaplanowano ją na koniec, nie poświęcono jej dużo czasu. A
szkoda. Na szczęście autor posiadł niezaprzeczalny dar ciekawego opowiadania –
ze swadą, inteligencją, dowcipem. Wśród wielu anegdot przemycił także kilka
smaczków dotyczących warsztatu reportera. Niezależnie jednak od tego, czy ktoś
uczestniczył w podobnym spotkaniu, czy też nie, jedno jest pewne, po książki
Autora i po zredagowaną przez niego antologię „100/XX” zawsze warto sięgnąć.
poniedziałek, 9 czerwca 2014
Mariusz Czubaj „Martwe popołudnie”
„Ja sam często
bywałem Bogartem. Bogie zawsze milczał, trzymając owłosioną łapę na szklance
pełnej whisky, a uśmiechał się tylko wtedy, kiedy widział wycelowany w siebie
rewolwer”. Cytat pochodzi z powieści „Sowa, córka piekarza”, której autorem był
zmarły 45 lat temu Marek Hłasko. Autor „Pięknych dwudziestoletnich” często
przywoływał w swoich utworach sławnego amerykańskiego aktora, był zafascynowany
jego charakterystycznym sposobem gry. Tenże Humphrey Bogart pojawia się na
kartach nowej powieści Mariusza Czubaja wielokrotnie. Jeśli dodam, że główny
bohater „Martwego popołudnia” nazywa się Hłasko, oczywistym się staje, że
powieść Czubaja bardzo świadomie nawiązuje do tradycji amerykańskiego kina noir,
w którym bohater to postać niezwykle opanowana, acz zrezygnowana i nastawiona
do świata nad wyraz krytycznie.
Sam Marcin
Hłasko jest byłym policjantem, studiował filozofię, ma 47 lat, zaś siebie nazywa
„Panem od Zaginięć”. Powieściowi przeciwnicy określają go mniej sympatycznie.
Jeden z nich mówi wprost: „Jesteś jak wrzód na dupie, Hłasko. Nie da się z tobą
żyć”. Lecz nie dla sympatycznego towarzystwa bohater Czubaja jest angażowany
przez wszelakiej maści indywidua i instytucje, ale dlatego że jest niezwykle
skuteczny w odnajdywaniu zaginionych osób. W „Martwym popołudniu”, pierwszej
części nowego cyklu, Hłasko podejmuje się zadania odnalezienia Daniela
Okońskiego, specjalisty od marketingu. Bardzo szybko jednak odkrywa, że „ta
sprawa śmierdzi”. Czubaj oprowadza czytelnika po ulicach Warszawy, którą
odmalowuje bardzo sugestywnie. Raz Hłasko zjawia się w modnym klubie, gdzie
obserwuje „wesołe koło parlamentarne muminków-skurwysynków”, poznaje atrakcyjną
trzydziestolatkę o czekoladowym kolorze oczu „jakby została poczęta w fabryce
Wedla”, by za chwilę odwiedzić mało reprezentacyjne dzielnice stolicy. Wizytom
owym towarzyszy zwykle komentarz, chociażby taki: „Gdy się mieszka w czarnej
dupie, z gigantycznym kwadratem na ścianie, trudno występować na Festiwalu
Optymizmu”. Warto podkreślić, że powieść jest pełna kapitalnych sentencji i
błyskotliwych dialogów. Czubaj zastosował narrację pierwszoosobową, która w czarnym
kryminale sprawdza się najlepiej. Oczywiście, poszukiwacz ludzi zaginionych ma także
życie prywatne. Jak łatwo można się domyślić – pełne problemów i trudnych
relacji. Jego żona Monika mieszka w Brukseli. „Formalnie nadal była moją żoną,
jeśli można tak powiedzieć o kimś, kogo w ciągu ostatnich trzech lat widziało
się przez dwie godziny”. Hłasko ma też brata, byłego żołnierza, fotoreportera
wojennego. Mężczyzna cierpi na zespół stresu pourazowego. „Porucznik w stanie
spoczynku Mikołaj Hłasko był żywym dowodem na to, że w człowieku mogą
zagnieździć się demony wojny”. Były policjant powiesił na ścianie reprodukcję
obrazu Edwarda Hoppera „Midnight Hawks”. Hłasko wpatruje się w plakat, jest nim
zafascynowany, utożsamia się z samotnymi postaciami zajmującymi miejsca przy
barze. Czasami myśli, że amerykański malarz „opowiedział coś ważnego o mnie”. W
„Martwym popołudniu” bohater Czubaja nie ma zbyt wiele czasu na kontemplację,
bo zadanie odnalezienia młodego marketingowca przeradza się w mroczną i śmiertelnie
niebezpieczną wyprawę w przeszłość. Tam czekają na niego demony o wiele
potężniejsze niż te, które nosi w umyśle jego brat. To historie związane z
postawami niektórych naszych rodaków tuż po wojnie. Opowieść o fortunach
rodzących się w cuchnącej rozłożonymi ciałami ziemi. Bogactwo zbudowane na
ograbianiu setek martwych, bezbronnych ludzi pewnego dnia zaczyna zwyczajnie śmierdzieć.
Nawet kontakty z wpływowymi kołami biznesowo-rządowymi nie są w stanie zneutralizować
trupiego jadu. Haniebna przeszłość zostanie ujawniona, winni ukarani. Hłasko, niczym
filmowy Bogie, uśmiecha się do swoich wrogów i jednego po drugim usuwa ich ze
swojej drogi. W efektownym finale dotrze do „jądra ciemności”. Pokona zło.
Potem będzie znowu mógł wrócić do miejskiej dżungli i niczym bohaterowie z obrazu
Hoppera samotnie wypić ostatniego drinka tej nocy.
W moim prywatnym
rankingu „Martwe popołudnie” to najlepsza powieść Mariusza Czubaja. Polecam ją
gorąco i niecierpliwie czekam na kolejne spotkanie z byłym policjantem Marcinem
Hłasko, Humphreyem Bogartem przeniesionym do współczesnej Warszawy.
sobota, 7 czerwca 2014
Finałowa piątka Nagrody Poetyckiej Orfeusz
Ogłoszono
finalistów przyznawanej w Praniu ogólnopolskiej Nagrody Poetyckiej Orfeusz.
Wśród piątki finalistów jest zwycięzca pierwszej edycji nagrody Krzysztof Karasek („Słoneczna balia dzieciństwa”, Biblioteka „Toposu”). Znalazł się również finalista pierwszej edycji Przemysław Dakowicz („Teoria wiersza
polskiego”, Biblioteka „Toposu”). Pozostali finaliści to: Janusz Drzewucki („Dwanaście
dni”, Wydawnictwo Iskry), Józef Kurylak („Ciemna głęboka woda bez Boga”,
Wydawnictwo Lisia Góra) oraz Adam Waga („Chromając”, Wydawnictwo Literackie). Jak
widać w finale znaleźli się wyłącznie mężczyźni. Jedyną kobietą jaką
wypatrzyłem jest zdobywczyni nagrody w kategorii Orfeusz Mazurski Mariola
Kruszewska („Wczoraj czyli dziś”, WOAK Białystok). Zdobywcę nagrody głównej
poznamy 28 czerwca na uroczystej gali. W zeszłym roku wygrała książka poetycka
Jana Polkowskiego pt. „Głosy”. Zaś Orfeusz Mazurski przypadł w udziale Kazimierzowi
Brakonieckiemu za tom pt. „Chiazma”. Nagroda zostanie przyznana po raz trzeci.
piątek, 6 czerwca 2014
Licealiści o „Teorii ruchów Vorbla”
Wielką
przyjemność sprawił mi wpis, który znalazłem na blogu Ósemkowy Klub Recenzenta prowadzony przez uczniów VIII Liceum Ogólnokształcącego w Bydgoszczy. Jak się okazuje
młodzi ludzie sięgają po moje książki i to raczej te trudniejsze. Oto co młoda recenzentka
napisała o „Teorii ruchów Vorbla”: „Powieść pełna ironii. Bohaterowie wpadają
ze skrajności w skrajność. Trudno któregokolwiek z nich polubić. Czytając coraz
bardziej zapada się w ich historie i dąży z nimi do finału. Powieść nie jest
łatwa, wymaga od czytelnika oczytania i inteligencji, więc na pewno nie jest to
lektura dla każdego. Myślę, że spodoba się osobom dojrzalszym czytelniczo,
które poszukują czegoś więcej, chcą zastanowić się nad własnym życiem, swoimi
wyborami”.
środa, 4 czerwca 2014
„Powróz” już za miesiąc
Dzisiaj mamy 4 czerwca. Dokładnie za miesiąc odbędzie się oficjalna premiera „Powrozu”. Data nie jest przypadkowa. 4
lipca 1946 w Polsce doszło do dwóch wydarzeń, które kładą się ponurym cieniem
na naszą powojenną historię. O jednym z nich już wspominałem na tym blogu. To
publiczna egzekucja strażników obozu koncentracyjnego, która miała miejsce w Gdańsku. Pisarz
Zbigniew Załuski, odnosząc się do powyższego, zauważał: „(…) w latach wojny stało się coś moralnie
nieodwracalnego (…) że stan poprzedni nie może być przywrócony, a moralnego progu,
który ludzkość przekroczyła, nie da się już przejść z powrotem”. Drugim
wydarzeniem był mord ludności pochodzenia żydowskiego w Kielcach dokonany przez
miejscowych. Obserwatorzy i uczestnicy obu makabrycznych aktów przemocy ciągle
żyją. Niektórzy z nich wówczas byli dziećmi. Sceny, które rozegrały się tamtego
letniego dnia, zmieniły całkowicie ich życie. Prześladują w snach i wspomnieniach.
Pchają do kolejnych zbrodni…
niedziela, 1 czerwca 2014
Marcin Wroński z Nagrodą Wielkiego Kalibru
W przypadku
Marcina Wrońskiego powiedzenie „do trzech razy sztuka” się nie sprawdza.
Lubelski pisarz był nominowany do Nagrody Wielkiego Kalibru aż sześć razy! Owszem,
w zeszłym roku uhonorowano go Nagrodą Czytelników, lecz głównego trofeum nigdy nie
zdobył. Tym razem było inaczej. Wczoraj wreszcie nagrodę dla najlepszego
kryminału otrzymał. Mało tego, autor serii książek o komisarzu Zydze Maciejewskim
zgarnął wszystko, czyli zdobył oba laury! Sygnałem, że tak się może stać, było
przyznanie mu w kwietniu „Kryminalnej Piły” za piątą część cyklu zatytułowaną „Pogrom
w przyszły wtorek”. Ten sam retro kryminał wczorajszego wieczora wrocławskie jury
uznało za najlepszą pozycję minionego roku. Marcinowi serdecznie gratuluję. Zasługiwał
na tę nagrodę jak mało kto. Warto również dodać, że na półach księgarskich jest
od jakiegoś czasu kolejna część przygód lubelskiego komisarza pt. „Haiti”. Rzecz
jasna, gorąco polecam!
sobota, 31 maja 2014
Pierre Lemaitre „Ofiara”
Tę
informację podaję za wydawcą: „Pierre Lemaitre, francuski mistrz kryminału, powraca. Już 4
czerwca do rąk polskich czytelników trafi thriller „Ofiara”. To kolejny (po „Alex”) tom serii, której
głównym bohaterem jest inspektor paryskiej policji Camille Verhoeven. „Lemaitre
wynosi kryminał na wyżyny rzadko nawiedzane przez pisarzy francuskich: wyżyny,
na których króluje prawdziwa literatura” pisze o książce „Le Figaro”. Co
prawda to prawda. Czekam zatem z niecierpliwością i polecam w ciemno. Tym razem
inspektor Verhoeven „Angażując
się w sprawę osobistą, po raz pierwszy wpada w sieć własnych kłamstw. Chcąc
chronić najbliższą mu osobę i jak najszybciej rozwiązać zagadkę, traci czujność”.
środa, 28 maja 2014
Wawrzyn 2014 przyznany
Podobnie jak i w
roku poprzednim Literacką Nagrodę Warmii i Mazur otrzymał debiutant. Tomasz
Cichocki, bo o nim mowa, zdobył też laur czytelników. Warto zaznaczyć, że podobna
sytuacja miała miejsce już we wcześniejszych edycjach nagrody. Tomasz Cichocki
został wyróżniony za książkę pt. „Zew oceanu”. Jest ona zapisem wyprawy autora
dookoła świata. Wyczyn Cichockiego, który przez 312 dni na jachcie samotnie płynął
po morzach i oceanach, został doceniony przez kapitułę, która przyznała również
nagrody książkom wyróżniającym się szczególnymi walorami edytorskimi. Tytuł
Bibliotheca Bona 2013 otrzymała MBP w Olsztynie, placówki w Rynie i Lubominie.
Przyznano również tytuły „Bibliotekarza roku”, którym została koordynatorka
Biblioteki Niemieckiej i Medioteki Języka Niemieckiego Sylwia Białecka. Podczas
uroczystej gali wskazano także „Czytelnika roku” i wyróżnienie „Amici Librorum”,
czyli przyjaciela bibliotek.
| Nominowany Paweł Jaszczuk za powieść "Ochronka Anioła Stróża" (Wyd. Oficynka). |
| Z przebywającym w Moskwie Wacławem Radziwinowiczem połączono się na żywo. |
| Laudację wygłasza członkini Kapituły Małgorzata Sieniewicz. |
| Najlepszy czytelnik biblioteki (340 wypożyczonych pozycji w minionym roku) - Andrzej Cieślak. |
poniedziałek, 26 maja 2014
Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego nr 5
Po raz piąty
przyznano Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego za najlepszy reportaż. Jak
dotychczas nie udało jej się zdobyć polskiemu autorowi. Przypomnę, że wcześniej
nagrodzono książki opisujące Afrykę („Strategia antylop” Jean Hatzfeld),
Związek Radziecki czasu II wojny światowej („Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”
Swietłana Aleksijewicz), Chiny („Prowadzący umarłych” Liao Yiwu) i pogranicze
amerykańsko-meksykańskie („Ameksyka” Ed Wulliamy). Tym razem nagrodzono
reportaż zatytułowany „W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa”. Jego autorką
jest szwedzka dziennikarka Elisabeth Asbrink. Reportaż opowiada historię
żydowskiego chłopca, którego podczas II wojny światowej rodzice wysyłają z
Austrii do Szwecji. Warto dodać, że jak dotychczas zwyciężały tylko i wyłącznie
książki wydane przez wydawnictwo „Czarne”. Nie inaczej jest i w tym wypadku.
Odnotować należy również zmianę przewodniczącego jury nagrody. Miejsce
Małgorzaty Szejnert zajął szwedzki dziennikarz polskiego pochodzenia Maciej
Zaremba-Bielawski. Nagrodzoną książkę przetłumaczyła Irena Kowadło-Przedmojska.
czwartek, 22 maja 2014
Marek Parulski 1952-2014
Był matematykiem
zakochanym w filozofii. Poznaliśmy się trzynaście lat temu podczas spotkania
redakcji „Portretu”. Z tym pismem związał się dużo wcześniej i z wielką pasją i
oddaniem współtworzył dziesiątki projektów. Pisał aforyzmy. Powstały ich setki.
Myślał o opublikowaniu ich w formie książki. Legendarny 15 numer „Portretu”
znany jako „Modlitewnik” zawiera wiele takich aforyzmów. Napisał: „Każda
autentyczna forma rezygnacji jest odbierana przez współczesnych jako
niepoczytalność, bluźnierstwo lub słabość”. Był uważnym i krytycznym obserwatorem
świata. Potrafił cierpliwie słuchać. Lubił towarzystwo ludzi młodych. Miał z
nimi świetny kontakt. W charakterystycznych dużych, przyciemnianych okularach,
lekko przygarbiony, zawsze wszędzie chodził pieszo. Nie cierpiał samochodów. Może
dlatego nigdy nie pojawiał się o umówionej porze? Mieliśmy na to sposób. Po
prostu podawaliśmy mu wcześniejszą godzinę zaplanowanego spotkania. Namawialiśmy
go do wydania książki, w której będą umieszczone szkice filozoficzne. W 2009
roku książka pt. „Podglądarka idei” powstała. Miałem przyjemność robić do niej
okładkę. Kiedy trzymał ją po raz pierwszy w rękach z tajemniczym uśmiechem na
ustach, powiedział: „Teraz mogę już umierać. Coś po mnie pozostanie”. Czy już
wtedy przeczuwał nadchodzącą śmierć? Kochał zwierzęta. One również garnęły się
do niego. Kiedy wyjeżdżaliśmy za miasto opiekował się naszymi kotami. Puszczał
im muzykę. Specjalnie dla niego zaopatrywaliśmy się w pewien gatunek kawy. Do
dzisiaj stoi w kuchni w „puszce Marka”. Z czasem choroba ograniczyła do minimum
jego wizyty. Brutalnie przerwała życiowe plany. Chciał napisać książkę, w
której znalazłyby się wywiady z cenionymi twórcami myśli filozoficznej. Udało
mu się takich rozmów przeprowadzić kilka. Był jednym z pierwszych, krytycznych
czytelników moich książek. To on opowiedział mi o ruchach Browna i tym samym natchnął
do napisania „Teorii ruchów Vorbla”. Kiedy pisałem trylogię kryminalną
przyniósł stare numery „Literatury na Świecie” poświęcone gnozie i sektom. Na
naszym ślubie robił zdjęcia. Wyszły fatalnie, bo Marek ze zdenerwowania nie
potrafił powstrzymać drżenia rąk. Prawdopodobnie był bardziej przejęty niż my. Kiedy
kilka tygodni temu jego syn, Piotr znalazł się w ścisłym finale organizowanego przez
wrocławskie Biuro Literackie konkursu dla debiutantów był wyraźnie wzruszony i
dumny. Czekał na książkę syna-poety. Za miesiąc miał obchodzić 35 rocznicę
ślubu z Krysią. Dzisiaj w nocy po długiej i ciężkiej chorobie odszedł na zawsze
Marek Parulski.
środa, 21 maja 2014
Spotkanie z Krzysztofem Vargą
Wczoraj w
Olsztynie odbyło się spotkanie autorskie Krzysztofa Vargi. Otwierało ono nowy
cykl wieczorów autorskich pisarzy zatytułowany Dom Mendelsohna – Miejsce na
Literaturę. Spotkanie poprowadziła dr Bernadetta Darska. Rozmawiano przede
wszystkim o „Czardaszu z mangalicą”, najnowszej książce Vargi. Padały m.in. pytania
o przyporządkowanie gatunkowe książki, wszechobecną na Węgrzech nostalgię i
tęsknotę za dawną wielkością, o egzotykę wpisaną w kąpieliska i zupełnie inne
niż u nas postrzeganie starych ciał. Zanim rozpoczęto rozmowę prowadzącej z
autorem studenci Studium Aktorskiego im. A. Sewruka przy Teatrze im. S. Jaracza
– Katarzyna Jędrychowska, Sylwia Krawiec, Szymon Kołodziejczyk i Andrzej Popiel
przedstawili fragmenty książki. Publiczność dopisała, tak więc inaugurację
cyklu można uznać za bardzo udaną.
| Wywiad dla TVP Olsztyn. |
| Stół z węgierskimi, żywieniowymi akcesoriami. :) |
| Piękne sklepienie w Domu Mendelsohna. Miejsce to ma bardzo ciekawą historię, wcześniej mieścił się tutaj Dom Przedpogrzebowy. |
| Czytanie performatywne aktorów. |
| Krzysztof Varga. |
| Bernadetta Darska. |
| Publiczność. |
| O projekcie opowiada jego pomysłodawczyni - Małgorzata Sieniewicz. |
poniedziałek, 19 maja 2014
Sezon na nagrody
![]() |
| W sobotę Silesiusa otrzymali: Martyna Buliżańska, Mariusz Grzebalski i Darek Foks |
Przyznawanie
nagród w rodzimej literaturze trwa w najlepsze. W tym tygodniu na targach
książki w Warszawie zostaną ogłoszone książki nominowane do nagród Gdynia i
Nike. Poznamy kolejnego laureata nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za
reportaż. Swoje nagrody wręczą Fundacja Kultury Polskiej i Stowarzyszenie
Bibliotekarzy. Zostanie przyznany IKAR, czyli Nagroda Honorowa Targów oraz Nagroda Magellana za najlepszą książkę turystyczną. Swoją książkę wybiorą również dzieci (konkurs „Przecinek i kropka”). Polskie Towarzystwo
Wydawców Książek wybierze tę najładniejszą. Ogłoszona zostanie „Najlepsza
książka katolicka”. Przyznane zostaną laury za książkę ekonomiczną
(„Economicus”), akademicką i naukową („Academia”), z zakresu techniki („Technicus”).
Swoje nagrody wręczą wydawcy i portale internetowe. Tydzień później, we
Wrocławiu, zostanie ogłoszona najlepsza powieść kryminalna. W tym samym mieście
w miniony weekend wyłoniono laureatów Nagrody Poetyckiej Silesius. Pozostając przy poezji. Ogłoszono finalistów Nagrody im.Wisławy Szymborskiej. Zaś na rodzimym podwórku muszę odnotować Wawrzyn, czyli Nagrodę Literacką Warmii i Mazur. Jak widać, ruch w interesie
jest ogromny. A to przecież raptem tylko jeden miesiąc…
piątek, 16 maja 2014
Ja (Ali)
„Kiedy grałem Alego własna matka mnie nie poznała”. Słowa te wypowiada Günther
Wallraff w rozmowie z Katarzyną Bielas. Wywiad zamieszczono jako uzupełnienie
do książki pt. „Na samym dnie”. To najsłynniejszy w historii literatury
reportaż uczestniczący, chociaż przed Wallraffem podobne projekty przeprowadzili
inni. Najbardziej znany jest Howard Griffin, który w latach pięćdziesiątych
postanowił odbyć wędrówkę po Stanach Zjednoczonych ucharakteryzowany na
czarnoskórego Amerykanina, po czym opublikował książkę pt. „Czarny jak ja”. Wcześniej
była Nellie Bly, która opisała warunki panujące w domu wariatów. U nas po
wojnie tę metodę pracy uprawiał Janusz Rolicki, który wcielał się w pastucha,
robotnika, marynarza i likwidatora szkód.
Wallraff w swoim reportażu opisuje Niemcy lat osiemdziesiątych z
perspektywy imigranta Turka. „Alego traktowano jak idiotę, rozmówcy nie mieli
się przed nim na baczności. W swoich łgarstwach szli na całego, bez trudu dało
się je rozszyfrować”, pisze we wstępie do książki Lidia Ostałowska. To, co
przeszedł Wallraff-Ali przez dwa lata obserwacji bogatych Niemiec z perspektywy
tytułowego dna i co opisał w swojej książce, wstrząsnęło opinią publiczną tego
kraju. Dość powiedzieć, że książka w ciągu kilku tygodni sprzedała się w
nakładzie 1,6 miliona egzemplarzy. Tylko w samych Niemczech doczekała się 21
wznowień, przetłumaczono ją na blisko 40 języków. Wallraff został sławny,
bogaty i wpływowy. Jak się szybko okazało również znienawidzony. Reporter
otrzymywał pozwy sądowe, był atakowany przez media i koncerny opisane w
książce. Wygrał. Co jest tak niebezpiecznego w tej książce, że przeciwko
jednemu człowiekowi wystawiono całą armię prawników?
Ali podejmuje się najcięższych, niebezpiecznych, skandalicznie opłacanych
prac. Jak mówi jeden z jego kolegów, Tunezyjczyk Jussuf: „O niewolników
bardziej kiedyś dbali. Oni przynajmniej byli coś warci i każdy chciał jak
najdłużej korzystać z ich pracy. A my? Wszystko jedno, kiedy który się
wykończy. Dosyć nowych czeka na robotę”. W odpowiedzi z ust chciwych przedsiębiorców
cudzoziemcy często mogą usłyszeć takie oto słowa: „Czego wy w ogóle chcecie? Na
wojnie jest o wiele gorzej!”. Są nikim. Mieszkają w piwnicach, nie mają żadnych
praw, są regularnie okradani z głodowych tak naprawdę stawek, a kiedy
protestują zostają wyrzuceni następnego dnia. Ludzie, którzy ich najmują,
wiedzą, że nic im za to nie grozi. Jeden z pracodawców, Adler powiada: „To jest
właśnie sztuka: wyciskać pieniądze z gówna i żeby ci jeszcze za to słono
płacili. Boże jedyny, są tacy, co wystarczy, że palce wsadzą w gówno, a jak
wyciągną, to mają na nich złoto!” Gównem są imigranci, którym odmawia się
godności, prawa do godziwej zapłaty, a także do pożegnania najbliższych, kiedy
ci umrą. Nieobecność w pracy nawet w takiej chwili oznacza zwolnienie. Są w tej
książce wstrząsające opisy ludzkiej tragedii. Pracujący w koksowni chłopak
mówi: „Nieraz już miałem ochotę skoczyć głową w dół do wielkiego pieca w ten
płynny ogień. Krótki syk i już cię nie ma”. To prawda. Ludzie wykonujący
nadludzką pracę fizyczną (szesnaście godzin dziennie to norma, rekordzista
pracował non stop… siedemdziesiąt dwie godziny!) w każdej chwili mogą ponieść
śmierć. Ich najbliżsi nie otrzymają odszkodowania, większość imigrantów pracuje
nielegalnie. Nawet ich śmierć nie odbywa się w godny sposób: „…był kiedyś
wypadek, jakiś robotnik wpadł do wielkiego pieca i natychmiast spłonął.
Ponieważ nic z niego nie zostało, pobrano symboliczną próbkę stali, przekazując
ją krewnym do „pochowania”. W rzeczywistości jego ciało rozwalcowano razem ze
stalą na blachę – poszło na samochody, garnki lub czołgi”.
Ali w poszukiwaniu pracy dociera do instytutu doświadczalnego, zostaje
probantem. Od tej chwili, jako królik doświadczalny, jest poddawany testom.
Dowiaduje się, że jego „tureccy rodacy cieszą się tutaj dużym wzięciem,
ponieważ są twardzi i nie skarżą się”. Zdesperowani ludzie decydują się na tę
osobliwą „turystykę laboratoryjną” z braku innych źródeł zarobkowania. Często
są to byli pracownicy fabryk, wyeksploatowani, niezdolni do fizycznego wysiłku,
kalecy. Decydują się „za dobre pieniądze dawać sobie robić różne rzeczy z sercem”.
Ali – królik doświadczalny opuszcza szybko klinikę. Nawet krótki pobyt przypłaca
hipertrofią dziąseł, które mu ropieją i puchną.
Zrozpaczeni, bezradni ludzie dla kawałka chleba zrobią wszystko.
Wstrząsający jest opis handlu robotnikami, którzy mają wykonać pracę w
elektrowni atomowej. Wallraff w tym wypadku decyduje się na dziennikarską
prowokację. Proponuje pieniądze za wysłanie grupy ludzi w teren skażony. Cóż z
tego, że wyprawa może oznaczać rozłożoną na lata śmierć? Pazerny Adler powiada:
„Ja jestem człowiek interesu, więc na wszystko idę. Ja chcę swoje zarobić…” Po
wykonaniu pracy, za którą otrzymają ułamek tego, co ich pracodawca (trzy
tysiące marek na sześciu, podczas gdy handlarz żywego towaru dla koncernów ponad
sto tysięcy), zostaną deportowani do Turcji. Ślady zostaną zatarte.
Wallraff w pewnej chwili zamieszcza myśl, która pomimo upływu trzydziestu
lat od premiery książki ciągle brzmi przerażająco: „ «Robimy wszystko» to hasło
kapitalizmu, przy czym należałoby jeszcze dodać «wszystko, co przyniesie zysk».
I jeśli dotychczas, wyłączając próby czynione w okresie Trzeciej Rzeszy
(utylizacja szczątków pomordowanych więźniów obozów koncentracyjnych; wartość:
11 marek 50 fenigów od osoby za tłuszcz oraz kości na klej), nie przerabia się
ludzi na mydło, to dzieje się tak nie z jakichś tam względów humanitarnych,
tylko dlatego, że to się po prostu nie opłaca”. Lektura obowiązkowa!
czwartek, 15 maja 2014
„Drzewo morwowe” ciągle czytane
Okazuje się, że
czytelników trylogii kryminalnej opisującej zmagania dziennikarza Pawła Werensa
z siłami zła stale przybywa. Chociaż od premiery minęły już dwa lata czytelnicy
ciągle sięgają po „Drzewo morwowe” i następne tomy przygód warszawskiego dziennikarza. Na blogu:http://ksiazkiprzygodowe.blogspot.com/2014/05/drzewo-morwowe-tomasz-biakowski-drzewo.html
znalazłem omówienie każdej z trzech części. Autor przygląda się serii w
kolejności pojawiania się książek na rynku. Kończy na „Królu Tyru” słowami: „… z
dużym zainteresowaniem przeczytałem powieść do końca i stwierdziłem, że chętnie
dłużej zagościłbym z naszymi bohaterami w białej, mazurskiej scenerii”. Obecnie
o białą scenerię może być trudno, lecz na Mazury przyjechać i tak warto.
wtorek, 13 maja 2014
Varga w Olsztynie
Daję cynk o
spotkaniu autorskim. Już za tydzień (20 maja) do Olsztyna przyjedzie Krzysztof Varga. Autora
przedstawiać nie trzeba. Varga ma w dorobku pisarskim wiele znakomitych tytułów
docenionych zarówno przez krytykę, jak i czytelników. Pretekstem do odwiedzenia
Olsztyna będzie promocja najnowszej książki pisarza, czyli „Czardasza z
mangalicą”. To kolejna po „Gulaszu z turula” opowieść o Węgrzech. Za tę drugą
książkę autor zdobył nagrodę Nike czytelników. Zapewne podczas rozmowy padną
również pytania i o tamtą wcześniejszą pozycję. Spotkanie olsztyńskie odbędzie
się w Domu Mendelsohna (ulica Zyndrama z Maszkowic 2). Rozpocznie się o
godzinie 18:00. Rozmowę z Krzysztofem Vargą poprowadzi dr Bernadetta Darska.
sobota, 10 maja 2014
Zakazane książki
„Zamiast «myślenie
konsumpcyjne» trzeba było pisać «dążenie do materialnej pomyślności», a «wymieranie
lasów» zastępować «szkodami leśnymi», «urzędnik» mógł być tylko «pracownikiem»,
a konflikt pokoleń» należało redukować do «współistnienia młodego i starego»” To
fragment książki niemieckiego krytyka Wernera Fulda zatytułowanej „Krótka
historia książek zakazanych. O ich prześladowaniach i potępieniach od starożytności
do dziś”. Przywołany cytat odnosi się do działań regulujących publikację
książek w byłej NRD. Co się działo, kiedy jednak autor upierał się przy swoim i
nie chciał pisać w taki sposób? Wtedy: „Wydawnictwo uruchamiało recenzentów
pracujących dla służby bezpieczeństwa, ci zaś inicjowali dyskusję o
nieopublikowanym jeszcze tekście, na którą autor musiał się stawić w miejscowym
oddziale związku pisarzy. Zwykle przekonywał się wtedy, że korekty są
niezbędne, i okazywał oczekiwana skruchę”. Fuld podaje dalej przykład
krnąbrnego autora, który na zmiany się nie godził. Oto jak się to skończyło: „Franz
Fühmann napisał dla lipskiego wydawnictwa Reclam esej biograficzny o
ekspresjonistycznym poecie Georgu Traklu. Trakl już od dawna nie żył, ale
artystycznie nie był po linii partii, a poza tym miał problem z narkotykami i
sypiał ze swoją siostrą. Z 280 stron eseju zostało tylko 120 – po «długiej i
cierpliwej pracy przekonywania» ze strony kierownika wydawnictwa”. Mam
nadzieję, że do książki Wernera Fulda przekonywać nie trzeba w tak nieprzyjemny
sposób.
środa, 7 maja 2014
Lektura na sto dni
„100/XX.
Antologia polskiego reportażu XX wieku” pod redakcją Mariusza Szczygła to dwa
opasłe tomy, ponad tysiąc osiemset stron, 3,3 kg na mojej domowej wadze, sto
reportaży i sto szkiców wprowadzających do każdego z nich. Jak imponująco się
prezentuje, widać w zderzeniu z dwiema antologiami wydanymi przed rokiem 1989. „Klucze
do zdarzeń” w wyborze Krystyny Goldbergowej i Zbigniewa Stolarka z roku 1976 i „Rachunek
sumienia” w wyborze Krystyny Goldbergowej z 1984 roku wizualnie, postawione
obok „100/XX”, niemalże giną, choć treściowo są bardzo ciekawe. Przede mną więc
plan może nie sześcioletni, ale za to studniowy – po jednym reportażu na dzień.
poniedziałek, 5 maja 2014
Piotr Schmandt „Pruska zagadka”
Czy może raczej,
trzeba by powiedzieć, „pruskie piekiełko” umiejscowione w niewielkim Wejherowie
– miasteczku w Zachodnich Prusach z początku dwudziestego wieku. To tutaj przybywa
z Berlina inspektor Ignaz Braun, gwiazda kryminalistyki, spec od rozwiązywania
spraw o najwyższym stopniu trudności. W tym wypadku rozpoczyna śledztwo,
ponieważ zabito „Johanna Wendersa. Gimnazjalistę, lat osiemnaście, syna
Johannesa i Irmgardy Wendersów. Znajdowanego fragmentarycznie w ciągu ostatnich
paru tygodni w postaci nadającej się do sprzedaży w sklepie mięsnym dla
ludożerców gwinejskich”, jak mówi w rozmowie z miejscowym rzeźnikiem berliński
policjant. Rzeźnik to tylko jeden z podejrzanych w tej mrocznej sprawie. Bo kto
lepiej umie fachowo podciąć gardło: „Ono stanowi przyczynę zgonu. Wykluczam
pierwotne otrucie, zasztyletowanie, zastrzelenie i inne emanacje ludzkich
pragnień skierowanych na niewłaściwe tory”. To słowa doktora Gesslera, który
ogląda odnalezioną głowę gimnazjalisty.
Warto docenić w
powieści Schmandta dbałość o język, którym posługują się liczni bohaterowie.
Zróżnicowany, bogaty, plastyczny, a kiedy trzeba dosadny i iskrzący
inteligentnym dowcipem. Autor oprowadza czytelnika po ulicach miasteczka, na
których, co i rusz, pojawiają się postaci mogące wnieść istotne dla rozwikłania
sprawy informacje. Jak się w finale okazuje, na dostarczaniu wiedzy
policjantowi się nie skończy. W miasteczku rozkwitła zawiść, rozwiązłość, a
ludzie, jak to ujmuje sam detektyw, dają fałszywe świadectwo. Policjant
przedziera się przez gąszcz kłamstw, intryg, niedopowiedzeń i sieć powiązań. To
węzły rodzinne, towarzyskie, erotyczne, ekonomiczne i historyczne. Na blisko
sześciuset stronach książki autor z dużym wyczuciem i znajomością ówczesnych
realiów opisał świat, w którym mieszają się kultury, języki i religie.
Sama historia
jest poprowadzona w klasyczny sposób. Nie ma tu miejsca na eksperymenty. Braun
w pierwszej scenie przyjeżdża pociągiem do miasta, zaś w ostatniej żegna się z
jego barwnymi mieszkańcami. Oczywiście, pojawia się wątek romansowy, któremu
czytelnik kibicuje. Znakomity jest pomysł, aby mroczne wydarzenia umieścić w czasie
Wielkiego Tygodnia poprzedzającego Wielkanoc. Nie mniej ważny, a może kluczowy,
wydaje się temat budowania społeczeństwa doskonałego, zapowiedź tego, co
kilkadziesiąt lat później za sprawą Hitlera stanie się faktem i pociągnie świat
ku wojennemu szaleństwu. Autor przygląda się mechanizmom popychającym zwykłych
obywateli do usuwania jednostek z jakiegoś powodu uznanych za szkodzące ładowi,
jedności i ustalonym normom postępowania. W wejherowskiej opowieści Schmandt
stworzył mieszankę silnie trującą, toksyczną, chociaż odmalowaną pozornie
ciepłymi, pastelowymi barwami. Zło wszak nie musi wyglądać na pierwszy rzut
oka upiornie i odrażająco. Może oblec się w szaty poczciwych mieszczan, każdej
niedzieli odwiedzających kościół, a potem spacerujących pod rękę po urokliwych
wzgórzach.
„Pruska zagadka”
ukazuje się po raz trzeci. Dobrze się stało dla czytelników, że została
wznowiona i ma szansę na lepszą i większą dystrybucję. Mam nadzieję, że Piotr
Schmandt zostanie doceniony, a kolejne jego powieści potwierdzą talent tego
pisarza. W moim mniemaniu nie ustępuje on ani warsztatowo, ani złożonością
intrygi twórcom kryminałów retro cieszących się największą popularnością.
niedziela, 4 maja 2014
Zatorze
Wybrałem się na olsztyńskie Zatorze. Ta dzielnica przez długie lata cieszyła się złą sławą.
Krążyły legendy o miejscu, które nie należy do najbezpieczniejszych. Trudno mi
ocenić, ile w tym było prawdy. Nigdy tam nie mieszkałem, chociaż bywałem nader
często. Nigdy nic złego mnie tam nie spotkało. Zatorze zostało uwiecznione w
powieściach i wierszach olsztyńskich autorów. Najbardziej znane chyba jest „Czwarte
niebo”, powieść Mariusza Sieniewicza. Wielu twórców spędziło w tej dzielnicy
część swojego życia. Co niektórzy ciągle tam mieszkają. Obecnie to miejsce wybierają
ci wszyscy, którzy pragną żyć w cichej dzielnicy, w kamienicach pamiętających
początek dwudziestego wieku.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


















