O „Disko” pisałem w lipcu. We wrześniowym numerze „Nowych Książek” Paulina Małochleb omawia tę pozycję: „Dziewit-Meller unika tonu publicystycznego, nie mają więc racji ci krytycy (rekrutujący się przede wszystkim spośród literackiej blogosfery), którzy zarzucają jej bagatelizowanie problemu, mówienie o pedofilii zbyt lekkim tonem. Ambicją autorki nie było wcale angażowanie się w konflikty społeczne, zabieranie głosu w publicznej dyskusji. Sednem tej powieści jest właśnie ironia, wprowadzona nie na zasadzie błędu, ale jako główna konwencja. Tylko ona powstrzymać może ckliwo-sentymentalny ton współczucia i wywołać dystans pozwalający opowiadać o podchodach obrzydliwego typka do niewinnej trzynastolatki. Dziewit-Meller zwraca się ku ironii, bo szuka narzędzia pozwalającego jej mówić o ważnych problemach w nowy sposób, nie osuwając się jednocześnie w ton dydaktyczno-umoralniający. Zamiast niego mamy szereg trawestacji i odwołań, gier z literaturą, złośliwych komentarzy”. No, to teraz już wszystko jasne. Oto mamy świeżą jakość. Nowatorstwo. Mówienie o ważnych problemach w odkrywczy sposób, literackie gry. Dalej, jak zauważa szanowna recenzentka: „dużo tutaj pamięci o brudzie, bezrobociu, braku perspektyw, piciu”. To unika tonu publicystycznego czy nie unika? Kolejny cytat: „Obok tematu pedofilskiego pojawiają się w „Disko” dwa wątki – obraz Śląska i obraz lat 90. zeszłego wieku. Powraca więc motyw wyższości rodowitych Ślązaków wobec ludzi spoza regionu, ale też niechęć tych drugich przezwyciężenia śląskiej odrębności”. Ale zaraz, przecież wcześniej była mowa o tym, że autorka nie angażuje się wcale w konflikty społeczne… Cóż, zupełnie się już pogubiłem. To wszystko nie na moją małą głowę! A ja, głupi, się czepiałem tej bardzo ważnej dla polskiej literatury powieści. Zatem z tego miejsca odszczekuję to co napisałem o tej książce i, posługując się językiem (tylko gdzie mi tam do finezji tej frazy) głównego bohatera powieści zboczeńca-Kozioła, apeluję do jurorów nagrody Nike: Nie pierdolcie się, kurwa, dajcie nagrodę dla „Disko”! Albo chociaż pierdolnijcie jej Paszport Polityki…
czwartek, 6 września 2012
środa, 5 września 2012
Tłuczenie kamieni
Wrześniowy numer magazynu o książkach „Papermint” 9(13) zamieszcza obszerny wywiad z Agatą Tuszyńską. Autorka kilkunastu książek, w tym biografii Krzywickiej, Gran, Koprowskiego i przygotowywanej na jesień „Tyrmandowie. Romans amerykański” pytana o proces pisania, odpowiada: „To potworna męka. Nie znoszę pisać, nie znoszę tego jako czynności fizycznej. Boli mnie bezruch, sztywny kręgosłup, samotne siedzenie przy biurku. Robię to tylko z poczucia obowiązku. (Wobec siebie i zaangażowanych w moją książkę ludzi, bohatera, świadków, wydawcę…) I dlatego, że nieporównana jest radość z napisania dobrego akapitu. A potem chwila złapania tempa, zrytmizowania konstrukcji, znalezienia właściwego głosu. Natomiast samo pisanie jest okropne. Wierzę, że tylko grafomani lubią pisać. To ciężka praca, coś na kształt tłuczenia kamieni. A przede wszystkim praca samotna. Przeżywanie po raz kolejny tragicznego losu opisywanej postaci, przymierzanie go w nieskończonych odsłonach, bywa rujnujące psychicznie”.
wtorek, 4 września 2012
Zapis stanu pamięci
Pozostając przy tematyce wojennej, piszę o „Przewodniku po powstańczej Warszawie” autorstwa Jerzego S. Majewskiego i Tomasza Urzykowskiego. „Nasz przewodnik nie ma ambicji kompendium wiedzy o Powstaniu Warszawskim. Nie jest też próbą zapisania jego przebiegu. Nie rozstrzygamy sporu historyków o sens Powstania, chociaż na podstawie lektury przewodnika łatwo ocenić koszty, jakie przyszło ponieść warszawiakom i kulturze polskiej za decyzję o jego wybuchu”, mówią twórcy książki. Pozycję bogato ilustrowaną zdjęciami sprzed wojny, z czasów okupacji, Powstania i współczesnymi (także kolorowymi, barwionymi) wydał Świat Książki. Autorzy ułożyli ją według dzielnic miasta, w których toczyły się walki. Są portrety uczestników tych tragicznych zdarzeń, mapy, fotografie broni używanej przez obie strony konfliktu. Można śmiało z nim chodzić po Warszawie i odnajdywać miejsca, w których mieszały się i często miały kres ludzkie losy. Obok polskich nazw ulic autorzy umieścili nazwy niemieckie z czasów okupacji. Do tego ciekawe opisy i wspomnienia powstańców, którzy odchodzą z tego świata. Niewielki fragment: „Chociaż świątynia była dwukrotnie ostrzeliwana przez Niemców, jej potężne mury stały niewzruszone. To spowodowało, że setki cywilów szukały tu schronienia, a w dolnym kościele działał powstańczy szpital polowy. 11 września nadleciały niemieckie samoloty. Na świątynię spadło dziewięć bomb burzących. Pod gruzami zginęli powstańcy i cywile.
- Ale zdarzył się też cud – mówi Alicja Daniecka, której mama przebywała tego dnia w kościele. Schroniła się tu z trzyletnim synem i sześcioletnim kuzynem. Dzieci płakały, mogli je usłyszeć Niemcy. Ukryci w świątyni ludzie kazali więc całej trójce wyjść.
- W momencie, gdy mama z chłopcami stanęła na ulicy, kościół został zbombardowany. Tylko oni przeżyli”.
Osobiście, nie nazwałbym tego "cudem" lecz dowodem na to, że masa ludzka w sytuacji granicznej, krytycznej dla ratowania siebie pozbywa się najsłabszych elementów w grupie. W tym przypadku bezbronnej kobiety i dzieci. Ale to już zupełnie inny temat.
Osobiście, nie nazwałbym tego "cudem" lecz dowodem na to, że masa ludzka w sytuacji granicznej, krytycznej dla ratowania siebie pozbywa się najsłabszych elementów w grupie. W tym przypadku bezbronnej kobiety i dzieci. Ale to już zupełnie inny temat.
poniedziałek, 3 września 2012
Leociak o Korczaku
Właśnie ukazał się nakładem wydawnictwa WAB „Pamiętnik i inne pisma z getta” Janusza Korczaka. Autorem posłowia do tej książki jest Jacek Leociak, który na co dzień kieruje Zespołem Badań nad Literaturą Holokaustu w Instytucie Badań Literackich PAN. Opublikował kilka książek na temat Zagłady: „Getto warszawskie. Przewodnik po nieistniejącym mieście” (wspólnie z Barbarą Engelking), „Ratowanie. Opowieści Polaków i Żydów”; „Spojrzenia na warszawskie getto” i kilka innych. W najnowszym numerze internetowego dwutygodnika „ArtPapier” Leociak pytany przez Marka Doskocza o słynną decyzję Korczaka pójścia na śmierć wraz z dziećmi odpowiada: „…powszechnie zachwycamy się tym, że Janusz Korczak nie uciekł z getta, tylko poszedł razem ze 200 swymi wychowankami najpierw na Umschlagplatz, a potem jechał z nimi pociągiem śmierci do Treblinki, że to stanowi powód do jego chwały i szczególnego heroizmu – jest uwłaczające dla tego człowieka i świadczy o kompletnym niezrozumieniu tej postaci i tego, co się działo w getcie warszawskim. Korczak po prostu zrobił to, co było naturalną konsekwencją całej jego postawy życiowej. Czynienie jakiejś szczególnej cnoty z tego, że był wierny sobie jest naprawdę strasznym nieporozumieniem i niezbyt dobrze świadczy o tych, co to robią. Poza tym Korczak zrobił dokładnie to samo, co zrobili wszyscy wychowawcy sierocińców w getcie warszawskim. Wszyscy praktycznie postąpili tak samo. Nikt nie opuścił dzieci”. Całość wywiadu znajduje się tutaj: http://artpapier.com/?pid=2&cid=1&aid=3412
niedziela, 2 września 2012
Mięso – Dominika Dymińska
„Któregoś dnia siedziałam sobie w kawiarni i napisałam kilka zdań na jakiejś kartce. Później znów napisałam kilka zdań. Powstały z tego takie polaroidy, krótkie scenki albo same opisy. Później obudowałam to jakąś fabułą. Właściwie to na potrzeby wydawnictwa. Bo najchętniej zostawiłabym to tak jak było.” To fragment wywiadu z młodą warszawianką Dominiką Dymińską (lat 21), który na Onecie przeprowadza z autorką debiutanckiej książki pt. „Mięso” Damian Gajda. Wydawca z kolei porównuje pisarstwo Dymińskiej do noblistki Herty Muller i tragicznie zmarłej Aglai Veteranyi. Hmmm… No cóż, jak wiadomo, po warszawskim bruku chodzą tysiące Gombrowiczów, Virginii Woolf i Marquezów. Piszący gdzie indziej posiadają bardziej banalne nazwiska, ale za to własne. Jestem zdania, że takie formy promocji więcej czynią młodemu autorowi krzywdy niż mu pomagają. Sama Dymińska chyba zdaje sobie sprawę z mocno naciąganej tezy o wielkości tego pisarstwa. Słowa, które zacytowałem na wstępie są tego dowodem. W istocie ta książeczka (wydawca tak poskładał tekst, że uzyskał niewiele ponad 170 stron, na których czasem pojawia się jedno zdanie, krótka myśl) ma dobre, mocne i trafne obserwacje właśnie w tych partiach, kiedy są to owe „polaroidy”, migawki. Nie wiem, po co w przypadku takiej konstrukcji są zamieszczane wielostronicowe opisy wymiany korespondencji internetowej. Sama fabuła też nie jest przesadnie złożona. Tu również porównania z Veteranyi są karkołomne. Nastolatka Dominika ma problemy z nadwagą, a równocześnie budzi się w niej seksualność. Po udanym romansie z ogórkiem w oleju roślinnym nawiązuje kontakt z żywym człowiekiem, któremu wysyła pocztą elektroniczną zdjęcia swoich nagich partii ciała. Tu następuje ciąg zdarzeń, które doprowadzają do spotkania z mężczyzną, i do pierwszego stosunku seksualnego, który, oczywiście, nie może być udany. Luby Dominiki okazuje się być zwykłym pedofilem. Kolejni mężczyźni, których poznaje bohaterka, mają z nią całkiem przyjemne życie. Dominika zrobi tzw. „loda”, pozwoli się związać i pobić, założy bieliznę matki, potowarzyszy w wyprawie do kina. Przy tym lubi płakać. Lanie łez może trwać miesiącami. "Całe lato przepłakałam" (s.145). Z czasem zacznie pić i ćpać. Kiedy podenerwowani rodzice zaprowadzą ją do specjalisty od głowy, zagrozi próbą samobójczą. W międzyczasie będzie obserwowała śmierć babci, zwiąże się z młodym pisarzem, zda maturę, rozpocznie studia i nabierze wstrętu do jedzenia, które, gdzie tylko się da, będzie z siebie wydalała. Takie oto wydarzenia składają się na fabułę tej „powieści”. Powtarzam, tekstu miejscami bardzo sprawnie napisanego, który pokazuje potencjał autorki, ale powinien był na swoją premierę jeszcze sporo poczekać. Na koniec zacytuję niewielki fragment, który mnie, Tomasza Białkowskiego (lat 43) szczególnie poruszył: „Miał 40 lat, kilka kilogramów nadwagi, ubrany był na czarno. Zjedliśmy kolację i zaprosił mnie do domu. Poszłam. Siedzieliśmy na kanapie i nagle on zaczął mnie całować, to było straszne, nigdy w życiu nie całował mnie taki stary człowiek”. Wstrząśnięty tymi słowami, dochodzę do wniosku, że chyba pora mi umierać.
sobota, 1 września 2012
DuchLESS Siergieja Minajewa
Siergiej Minajew jest w Rosji gwiazdą. Trudno w to uwierzyć, ale jego debiutancka powieść do tej pory sprzedała się w… 2 milionach egzemplarzy! „DuchLESS”, bo o tej książce mowa, została określona przez „The New York Times” jako „epitafium generacji autora”. Bohater książki to rówieśnik Minajewa (ur. 1975 r.), który jest menedżerem ogromnej międzynarodowej korporacji. To powieść o współczesnych trzydziestolatkach, którzy próbują utopić problemy w morzu wódki, narkotyków i wątpliwych idei. Książka ma podtytuł „Opowieść o nieprawdziwym człowieku”. Z dzieciństwa pamiętam książkę Borysa Polewoja o legendarnym radzieckim lotniku Mariesjewie i jego trudnym losie. Stawiano go za wzór odwagi i oddania sprawie. Był "prawdziwym człowiekiem". Pół wieku później Minajew nie bez powodu zamieścił taki zmieniony podtytuł. Już we wstępie nie pozostawia złudzeń z opowieścią o jakich ludziach mieć będziemy do czynienia: „In memory of our sweet dreams. Wszelka zbieżność z rzeczywistymi osobami, faktami i sytuacjami jest przypadkowa. Wszystkie wydarzenia i bohaterowie, cała ohyda i potworność opisanego w książce środowiska zostały wymyślone przez autora. Gdyż rzeczywistość jest jeszcze bardziej ohydna i potworna”. Książkę opublikowało niewielkie wydawnictwo Claroscuro, specjalizujące się w promowaniu pozycji autorów zagranicznych. Dało się już poznać ze znakomitych tytułów. Na rynek książki wprowadzili m. in.: „Minotaura” Tammuza, „Świadka” Mitrofanowa, „Adibas” Burczuladze czy zbiór opowiadań „Moskwa noir”. Warto również docenić staranność wydania tych pozycji.
piątek, 31 sierpnia 2012
VIII Festiwal Literacki Manifestacje Poetyckie
Dzisiaj zamieszczam materiał nadesłany.
„7– 9 września (piątek – niedziela) – Staromiejski Dom Kultury, Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza, Rynek Starego Miasta, Klub Solec. W tym roku już po raz ósmy zapraszamy Państwa na Festiwal Literacki Manifestacje Poetyckie odbywający się w placówkach kulturalnych oraz plenerach Starego Miasta. Festiwal ma charakter zlotu poetów z całego kraju, którzy prezentują swoje utwory w nietypowych aranżacjach multimedialnych, a sekundują im muzycy, plastycy i happenerzy”.
Najbardziej zaciekawił mnie poniższy punkt programu:
„Restauracja Corso, Plac Zbawiciela, godz. 11.00. Grupa Poetycka Rebjata z gościnnym udziałem Pani Katarzyny Ważyk zaprasza na II Śniadanie Wicemistrzów. W programie:
- jajecznica z trzech wierszy - 11 zł
- naleśniki rymowane (*2szt.) - 13 zł
- tosty literackie - 15 zł
- wino musująco-recytujące Igristoje (but.) - 25 zł.
Na deser: żenada poetycka w zalewie wiśniowej.
Projekt zakłada udział dziewcząt i kobiet dojrzałych”.
czwartek, 30 sierpnia 2012
Olsztyn kryminalny
Józef Jacek Rojek, który przez lata zajmował się m.in. redakcją książek Nienackiego o przygodach Pana Samochodzika, napisał tekst, w którym przygląda się ostatnim powieściom kryminalnym autorów związanych z Olsztynem czyli Jaszczuka, Beśki i mojemu „Drzewu morwowemu”. Na stronie e-tygodnika literacko-artystycznego Pisarze.pl (nr 35/12) w tekście „Wysyp kryminałów” można wyczytać, że: „…zachęcam naszych czytelników z ręką na sercu, jako że i ja poszedłem w ciemno za autorem i śladami Pawła Werensa, przeczytałem jego relacje o seryjnym zabójcy – Motylu! A że dzieje się wiele, cóż – taka jest również istota powieści kryminalnej, jeżeli jest dobrze skonstruowana, napięcia wzrastają, ślady się rwą lub – sięgają naprawdę „wysoko i głęboko” w strukturach społecznych, do których zwykły zjadacz chleba zazwyczaj nie ma dostępu, albo gorzej – jest uzależniony od nich chociażby z racji bezpieczeństwa osobistego tu i teraz – a często ginie niepotrzebnie, jak to bywa w życiu i – dobrym kryminale”.
środa, 29 sierpnia 2012
Dziewczyna z poczty
Tą powieścią zachwycali się recenzenci na całym świecie. Umieszczono ją w serii „Nowy Kanon” przygotowywanej przez „The New York Rewiew of Book”. U nas książkę pt. „Dziewczyna z poczty” wydało warszawskie wydawnictwo W.A.B. Autor tej powieści Stefan Zweig nie doczekał za swojego życia premiery. Zimą 1942 roku, wraz z żoną, popełnił samobójstwo w jednym z hoteli w Brazylii. Wiedeńczyk, syn milionera, wybitnie utalentowany (obronił doktorat w wieku 23 lat!), pisywał wiersze, dramaty, zbiory opowiadań i powieści. Podróżnik i tłumacz. Objechał większość kontynentów. Autor biografii Balzaca, Marii Antoniny, Magellana i kilku innych postaci. Niekwestionowana gwiazda lat dwudziestych i trzydziestych minionego wieku. Znał Maksima Gorkiego, Bernarda Shawa, Sigmunda Freuda. Do dzisiaj powstało blisko 50 filmów na podstawie jego utworów. Wreszcie to Żyd, którego wypędzono z Austrii po roku 1933 i który już nigdy do rodzinnego kraju nie powrócił. Jego pacyfistyczne poglądy w rasistowskiej Europie stały się powodem cierpienia. Odtąd był już samotnym tułaczem po świecie. „Dziewczynę z poczty” Zweig zaczął pisać w 1931 roku. Po trzyletniej przerwie powrócił do pracy nad powieścią, ale już w Anglii. Nigdy jej nie ukończył. Niemiecki wydawca scalił rozproszone fragmenty rękopisów, by wydać ją pod tytułem „Odurzenie przemianą”. Istotnie, to historia przemiany biednej pracownicy pocztowej Christine, która zostaje zaproszona na wakacje w szwajcarskim kurorcie. Odurzona wielkim światem, do którego niespodziewanie wkroczyła, musi w końcu powrócić do wcześniejszego życia na wsi. Tyle tylko, że Christine już nie potrafi być tą samą kobietą. Zbyt wiele widziała i doświadczyła. Nie chce pogodzić się z przeznaczeniem. Wtedy poznaje Ferdinanda. Razem postanawiają rzucić wyzwanie losowi… Świetnie się tę książkę czyta, a to za sprawą znakomitego przekładu Karoliny Niedenthal. Niewielki fragment: „W tym urzędowym pomieszczeniu nic nie znika ani niczego nie przybywa, wiecznie trwa tu życie bez pór więdnięcia i rozkwitania, czy może raczej wiecznie trwa śmierć. Różny jest tylko rytm, w jakim zużywa się i wymienia szereg różnorodnych sprzętów, ale nie ich los. Żywot ołówka trwa tydzień, potem się kończy i na jego miejscu pojawia się identyczny, nowy. Książka pocztowa żyje miesiąc, żarówka trzy, kalendarz rok. Wyplatanemu krzesłu daje się trzy lata, zanim zostanie wymienione na nowe, a temu komuś, kto odsiaduje na nim swe życie, wyznacza się trzydzieści, względnie trzydzieści pięć lat służby, potem na krześle sadza się kogoś nowego. Nie ma żadnej różnicy”. Polecam!
wtorek, 28 sierpnia 2012
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Internet czyli walka o wartości
W sobotnio-niedzielnym wydaniu „Gazety Olsztyńskiej” w artykule pt. „Czy istnieje życie pozainternetowe?”, Piotr Sobolewski o miejsce Internetu we współczesności pyta m.in. profesora SWPS w Warszawie Wiesława Godzica. Wybitny medioznawca mówi: „Internet nie jest ekstrawagancją. To narzędzie współczesnego bycia na świecie, bycia członkiem realnej rzeczywistości. Nie być to znaczy oddać walkowerem wartości, o zachowanie których chcemy podobno walczyć”. Szkoda, że w podobny sposób nie podchodzą do tego tematu niektóre pisma patronackie przy IK o czym pisałem jakiś czas temu.
niedziela, 26 sierpnia 2012
Balety u Agatona
Mitów ciąg dalszy. Na suto zakrapianej imprezie u tragediopisarza Agatona, którą dla niepoznaki nazwano „sympozjonem”, bawiło się całkiem spore towarzystwo. Było tak wesoło, że Platon postanowił opisać przebieg tej biby w słynnej „Uczcie” a malarz Anzelm Feuerbach namalował z tej okazji obraz, na którym połowa biesiadników, nie wyłączając dzieci, jest półnaga. Ponoć rozmawiano o naturze Erosa… W pewnej chwili, jak zauważa wspomniany Platon „zrobił się hałas okropny, zaczęto pić bez żadnego porządku, pod przymusem i nad miarę”. Jak to na porządnej libacji alkoholowej przecież zwykle bywa. Nie w starożytnych Atenach, lecz na ziemi warmińsko-mazurskiej, w miniony czwartek współczesny 20-letni Agaton postanowił zorganizować sympozjon. Ponieważ nie miał wolnej chaty, czyli andronitis, zaprosił gości do hotelowego pokoju. Sęk w tym, że nie miał środków finansowych na opłacenie noclegu. Za lokalną prasą cytuję: „By nie wypaść źle przed nowymi znajomymi, zamiast odwołać imprezę wyłamał drzwi. By wszystko wyglądało naturalnie, wyłamane drzwi zastąpił tymi z łazienki. Dopiero wtedy zaprosił znajomych”. U Platona w pewnej chwili w drzwiach staje pijany Alkibiades. W olsztyńskim hotelu zaś pojawili się policjanci, którzy przerwali biesiadę i po kolei wyprowadzili do radiowozu pijaniusieńkich: Fajdrosa, Pauzaniasza, Eryksimachosa, Arystofanesa, Sokratesa i na końcu samego Agatona, któremu za uszkodzenie mienia grozi 5 lat odsiadki.
sobota, 25 sierpnia 2012
Jak zostałem Jadźką
Andrzej Mularczyk, chociaż ma w swoim dorobku powieści, zasłynął jako twórca scenariuszy filmowych. „Rodzina Połanieckich”, „Katyń”, seriale „Droga” czy, moim zdaniem jeden z najlepszych w historii telewizji, „Dom”, wszystkie one wyszły spod jego pióra. Lecz Mularczyk w powszechnej świadomości funkcjonuje jako scenarzysta trylogii komediowej o dwóch zaburzańskich rodzinach, które po wojnie przyjeżdżają na tzw. Ziemie Odzyskane. W część pierwszej pt. „Sami swoi” znalazł się dialog córki Kargula – Jadźki i syna Pawlaka – Witii. Rozmowa ma miejsce w stodole wypełnionej sianem.
Mówi jurny Witia: Pomóc ci?
Na to urodziwa Jadźka odpowiada: Dam se radę!
Witia nieustępliwie: Jak chcesz to ci pomogę!
Jadźka: Nie trzeba!
Witia ruszając w jej kierunku: No to ci pomogę!
Wszyscy wiemy, jak to się skończyło. Filmowe dziecko w osobie pięknej Anny Dymnej, która zmywa chicagowskie okna w części następnej, jest owocem tamtej krótkiej, lecz jakże zmysłowej konwersacji.
I oto dzisiejszego ranka jakiś wirtualny Witia postanowił, wbrew mojej woli, uczynić ze mnie Jadźkę. Kiedy odbierałem pocztę elektroniczną, na ekranie pojawił się taki oto komunikat:
„NACIŚNIJ PRZYCISK „OK” ABY KONTYNUOWAĆ LUB NACIŚNIJ PRZYCISK „ANULUJ” ABY POZOSTAĆ NA BIEŻĄCEJ STRONIE”
Kiedy nacisnąłem „ANULUJ”, Witia wcisnął mi w prawą dłoń kamerkę wyczynową HD, w lewą antycellulitowy masażer magnetyczny i zamachał biletem do Szczyrku z 52% zniżką. Z kolei po naciśnięciu „OK”, tenże sam Witia podarował mi kijki do nornic waking z 40% upustem, zestaw garnków (84% taniej), nazwał mnie ninją, który nie chodzi do banku, gdyż posiada lokatę bankową na 9,95% (obiecał mi darmowy portfel ze skóry) i pogratulował kolejnego biletu, teraz do słonecznej Hiszpanii (51% taniej).
Czytam jeszcze raz o tych wszystkich moich skarbach i już sam nie wiem co robić? Hojny ten Witia. Nie ma co. Kargulowej Jadźce tyle nie dał. Wiadomo, czegoś za to chce. Mam tylko cichą nadzieję, że dzieci z tego związku nie będzie.
piątek, 24 sierpnia 2012
O sensie rzeczy
„Znajdują się też tu ludzie, którzy się za nabożne udawają, tak w zimie jak i lecie nagucko bez wszego zgoła okrycia chodzą, głowę i brodę ogoliwszy. Napadłem w Damaszku na jednego i zrozumiałem, że szalony, ale gdym pytał, powiedziano, że to człek święty i żywota niewinnego, który światem i doczesnym szczęściem pogardziwszy, na ziemi anielski żywot prowadzi”. Słowa te napisał w roku 1595 Mikołaj Krzysztof Radziwiłł w swoim pamiętniku zatytułowanym „Peregrynacja albo Pielgrzymowanie do Ziemi Świętej”. Znalazły się one w rozdziale zatytułowanym „Owoc tureckiej wiary” i stały się później zaczynem do utworzenia zwrotu „Goły jak święty turecki”. Władysław Kopaliński, autor książki „Kot w worku czyli z dziejów powiedzeń i nazw”, w której ów cytat zamieścił, wyraził się w sposób jasny i czytelny. „Goły jak święty turecki” to zwyczajnie ktoś biedny. Tymczasem we wczorajszych wieczornych „Faktach” stacji TVN użyto go przy prezentacji materiału o Harrym – wnuku królowej Elżbiety II. Stwierdzono, że nagusieńki młodzieniec biegający po apartamencie jednego z luksusowych hoteli Las Vegas, jest goły jak przywołany tu wcześniej „święty turecki”. Cóż, książę grał w rozbierany bilard (sport niezwykle popularny wśród tamtejszej arystokracji) i rzeczywiście był nagi. Jednak można, z dużą dozą prawdopodobieństwa, powiedzieć, że pomimo braku odzienia, nie popadł nagle w nędzę, o co posądza go znana stacja telewizyjna. Żywota niewinnego również nie prowadzi. Raczej bardziej anielski, lecz zdaje się, że przez wieki pojęcie „anielskiego żywota” mocno się wypaczyło. Z nędznych, zakurzonych ulic przeniosło się na hotelowe korytarze.
czwartek, 23 sierpnia 2012
Bookriders nr 6
Niedawno pisałem o mieszkającym w Kanadzie Waldemarze Kontewiczu. TVP Olsztyn, w kolejnym odcinku programu "Bookriders", wybrała się z kamerami do niewielkiego Braniewa, gdzie umiejscowione są opowiadania Kontewicza. Rozmowę z autorem "Braniewnika" przeprowadziła Joanna Wilengowska. Materiał tutaj: http://www.tvp.pl/olsztyn/magazyny/bookriders/wideo/odcinek-6/8316617
środa, 22 sierpnia 2012
Transatlantyk po wileńsku
Przeglądam wspomnienia Mieczysława Jackiewicza spisane w książce „Krętymi ścieżkami”. Emerytowany profesor UAM i Konsul Generalny RP w Wilnie opisuje przedwojenne wyjazdy Polaków za chlebem:
„- Wo, widzisz pan Dziatlik, jak kołdyba sia życia: ja wo, urodziwszy sia u Warzianach, ale, pan, jaka tam była życia: piaski i niczoha bolej… Żyli my u biedzie, a było nas u baćków czterech chłopców, usie jak te dembczaki… A jaż nie wiapła jaka… Ja był silny i chciał żyć dobrze. A jak żyć? Ziemi to, pan Dziatlik, było cztery dziesięciny… A i to z starym Szuksztulem nasz baćka sądziwszy się za miedza, a bo to on nam miedza narogiem zaorzy, a to my jemu… A i sekwestrator nas ciągle nawiedzał, bo nasz baćka pazyki brał, a oddać z czego było?
I wo jakości tak w 1925 roku, a ja wtedy po wójsku skonczywszy był 25 wiosnów, ktości przyjechawszy z Padgrodzia powiedział, że tam zapisujo na zarobotki do Arhienryny… A gdzie ta Arhientyna – ja nie wiedział. A co tam Arhientyna – niechaj na koncu swiata, żeb tylko piniondzów, dolarów, znaczy sia zarobić. Pojechawszy ja był da Padobrodzia, a tam faktor ichni zwerbowawszy do tej Arhientyny. Ja do niego, że wo – chce jechać na zarobotki. A ten faktór mówi: - Jechać to ty, Tubis, możesz, ale szyfkarta wyrobić trzeba… - A ileż ta szyfkarta kosztui? – ja zapytawszy sia. – A ten mówi: - Na poczontak dasz dwieście dolarow, a potym odrobisz już u Arhiencinie i nam oddasz, my tobie wyliczym, nie turbujsie.
- Ja, wiesz pan Dziatlik, przyjechawszy da chaty i mówia baćku: - Wo, tata, tak i tak, potrzebuja na szyfkarta dwieście dolarów… Tak baćka przeląkłszy sia: - Synok, mówi, a adkul ja tobie wezna tyle pieniondzow? – Ale tata rozumiawszy, że trzeba jechać na zarobotki, bo na gospodarce nie wyżyim…
- No dobrze, panie Tubis, ale wódka stygnie… (…)
- I wiesz, pan Dzatlik, baćka, świeć Panie nad jego duszo, dziesci pożyczył te dolary dal mnie na szyfkarta. I wo w Padbrodziu zebrawszy sia nas z 15 takich parobczaków i faktor powioz nas do Gdyni. My jechali praz Wilnia, Warszawu aż da Gdyni. Tam wlezli my na statek i musi miesiońc my płyli po oceanie. A takich parobczaków to musi z polowy tego okrentu było. I my przypłyli do wieliznego miasta Buenas Airas nazywala sia… I wiesz pan Dziatlik, co my robili w tej Arhentynie? My szosy stroili. Oj i robota byłaż cieńżka, jak na katordze. Na rencach mazoli ja miał jak śliwki… Ale płacili dobrze, takie u nich piniondzy – pesa, znaczy sia. Ja pracował tam do 1935 roku i zarobił ładne hroszy. Zamieniwszy później na dolary, za ich ja kupiwszy był zaścianak Rojściszki – ot widzisz pan Dziatlik – jak chcesz zarobić, to i możasz. Ja dwieście dolarów oddawszy baćku, kupił ja jemu dziesięcina ziemi. Manież i arfu, i tata, świeć Panie nad jego duszo (umarszy on za Sowietów), kontent był mocno… Ależ ja tu gadam, gadam, a wypić żesz trzeba…” (s. 165-166).
wtorek, 21 sierpnia 2012
Centaur
Kryminalnych mitów warmińsko-mazurskich odsłona trzecia. Ponoć Centaury miały „słabą głowę” do alkoholu. Łatwo się upijały, a wtedy zabierały się za molestowanie kobiet i próby gwałtu. Te z wyglądu ni to konie (od pasa w dół), ni to ludzie (górne partie ciała) włóczyły się stadami po Arkadii i lasach Tesalii. Pochodziły z, co tu gadać, zoofilskiego związku Kentaurosa i magnezyjskich klaczy. Podania mówią, że lubiły wcinać surowe mięso. Najwyraźniej ich upodobania ostatnimi czasy się zmieniły lub też młody okaz, który odłączył się od stada i zawędrował na ziemię warmińsko-mazurską, w surowiźnie nie gustował. Upodobanie do alkoholu wszakże w nim pozostało po przodkach. Jak podaje lokalna policja, 22-letni Centaur krążąc nocą po Ełku, zabłądził w okolice baru gastronomicznego. Kopytkiem wybił szybę i wszedł do środka. „Na miejscu sam się obsłużył: nalał sobie, a potem wypił piwo. Najwyraźniej zmęczył się włamaniem i przygotowując się do ucieczki wypił dwa napoje energetyczne”. Pobudzony redbullem Centaur zapakował do foliowej reklamówki 40! puszek piwa „Żubr” (że mu się zmieściły), a z kasy podebrał trzy setki w banknotach. I tu zbliżamy się do finału tej historii. Centaur „przechodząc przez rozbitą szybę skaleczył się w rękę”. Krew z rannego Centaura lała się za nim, znacząc trasę jego ucieczki. To idąc po jej śladach policja wkrótce dotarła do stajni głupawego przodka magnezyjskich klaczy. Można by uznać w tym przypadku płyn ustrojowy mitycznej istoty za swoistą nić Ariadny, lecz to już zupełnie inna opowieść, która być może pojawi się przy okazji kolejnych mitów o członkach przestępczego świata, których los rzucił w Krainę Tysiąca Jezior.
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
„Drzewo morwowe” upolitycznione
Śledztwo w sprawie „Motyla”, o którym piszę w „Drzewie morwowym”, okazało się być trudniejsze niż przypuszczałem. Zatacza ono coraz większe kręgi. Konieczne okazało się powołanie w tym celu organu rządowego. Dowód w załączniku.
niedziela, 19 sierpnia 2012
Jezioro albo strefowość pionowa
Po wieczorze spędzonym w wieżowcu, zapragnąłem bardziej płaskiej przestrzeni. A najlepiej, żeby przy tym była mokra, bo lato wróciło. Dla tych, którzy nie wiedzą, Olsztyn ma w swoich granicach 16 jezior, co podaję za serwisem turystycznym "Moje Mazury.pl". Tenże serwis umieszcza definicję jeziora. Cytuję: "Jezioro jest to zbiornik masy wodnej stagnującej, wykazujący kompletną strefowość pionową, kształtującą się pod wpływem czynników klimatycznych i ekologicznych. Strefowość ta wpływa charakterystycznie na wykształcenie się dziedzin ekologicznych, uzależnionych od dostępu do energii promienistej i cieplnej oraz zasobów związków biogennych, powiązanych ze sobą kompleksowym udziałem". Cóż, od wieków wiadomo, że człowiek potrafi pokomplikować sobie wszystko. Nawet tak przyjemne miejsce jak malowniczo położone jeziorko pod lasem. Lecz nie mnie tworzyć definicje naukowe. Po godzinnym marszu dotarłem nad szósty co do wielkości akwen wodny w mieście, czyli nad Jezioro Długie. "Pani Jeziora" Sapkowskiego nie spotkałem. "Łuny nad jeziorami" kolegi finalisty tegorocznej Nagrody Warmii i Mazur Adamczewskiego też się nie pojawiły, co odnotowałem z satysfakcją. "Kamiennką kładkę" Chojnowskiego najwyraźniej przeoczyłem. W przeciwieństwie do bohatera "Jeziora Bodeńskiego" Stanisława Dygata nie zostałem przez nikogo internowany, nawet nagabywany. Powolutku, w ciszy, wolny od trosk, poszurałem wzdłuż linii brzegu.
sobota, 18 sierpnia 2012
Wszędzie ta literatura
Wczoraj wybraliśmy się z żoną na kolację do zaprzyjaźnionej pary. Do wieżowca przy ulicy Żołnierskiej, co jest w tej opowieści sprawą kluczową. Podobnie jak było z zamkiem na klucz do drzwi w książce Rudnickiego „Chodźcie, idziemy!”, który się wziął i zaciął, zostawiając bohatera na klatce schodowej z twarzą w paście do obuwia. Każdy, kto czytał, ten wie, co w chwili następnej zaszło. I mnie niepokój wieczór cały towarzyszył, mrowienie w stopach jakieś. Kolorków niezdrowych dostałem. Niby uśmiechy i chichy, ale w środku strach. Rozdygotanie. Bo mieszkanie, w którym żeśmy wygodnie sobie siedzieli na kanapie i wino popijali, miało okno skierowane na budynek mieszkalny, wielokondygnacyjny numer 12 b. A każdy dorosły mieszkaniec Olsztyna wie, co w owym klocu betonowym dwadzieścia z górą lat wstecz zaszło. Tu przywołanego Janusza Rudnickiego zacytuję: „Trzasnęło coś w ziemi. Jakby dentysta roztrzaskał mi ząb kleszczami, złapał za nerw. Czerwona farba wyciekła mi z mózgu i zalała oczy. I jakieś gorące druty w uszach. I zaraz podłoga, przestałem ją czuć pod nogami, uciekła mi, uciekła nam i my za nią, a za nami sufit, w pościg”. Niby nic się nie stało, „nic dwa razy się nie zdarza”, że za Noblistką sobie zanucę. Wróciliśmy do domu każde w kawałku swoim. Lecz to mrowienie, co stopy mi oblazło i kolana, ciągle czuję.
piątek, 17 sierpnia 2012
Złote runo
czwartek, 16 sierpnia 2012
Nowa książka Bernadetty Darskiej
Dzisiaj uprawiam prywatę. „To nas pociąga! O serialowych antybohaterach”. Taki tytuł nosi najnowsza publikacja mojej żony, która pojawi się w księgarniach w połowie października. Wydawcą jest Wydawnictwo Naukowe Katedra z Gdańska. Jeśli interesują Was np. takie serialowe postaci jak Dexter („Dexter”), Hank Moody („Californication”) czy Nancy Botwin („Trawka”), powinniście tę książkę koniecznie przeczytać. O szczegółach będę informował na bieżąco.
środa, 15 sierpnia 2012
Po staremu czyli papierowy konserwatyzm
Kupiłem sierpniowy numer „Twórczości”. Pismo nieprzerwanie prezentuje od 1945 roku prozę, poezję, omówienia, recenzje. „Twórczość” to, podobnie jak i „Nowe Książki” oraz kilka innych pism, miesięcznik, którego wydawcą dwa lata temu został Instytut Książki w Krakowie, przejmując tytuły po Bibliotece Narodowej. Jest tak zwanym „pismem patronackim”, dotowanym przez Ministerstwo Kultury. Zarówno „Twórczość” jak i „Nowe Książki” w przeciwieństwie do tego typu prasy ukazującej się na Zachodzie, konsekwentnie nie funkcjonują w Internecie. Aby nie być gołosłownym podaję link do niemieckiego odpowiednika takiego pisma, który prezentuje... m.in. polskich pisarzy (nr 222): http://www.die-horen.de/ Unikanie sieci miałoby nawet swój urok, gdybyśmy nie żyli w drugiej dekadzie XXI wieku, w której robienie zakupów gotówką w markecie uchodzi za dziwactwo. Za branżowym „Komputer Świat” podaję: „Obecnie w Wielkiej Brytanii na każde 100 sprzedanych drukowanych książek przypada 114 w formie elektronicznej”. Tymczasem szacowne warszawskie pismo z nakładu 1700 sztuk w roku 2005 pikuje w dół i ma już raptem nakład 1080 egzemplarzy. Odchodząc od ponurych statystyk zagłębiam się w zawartości numeru sierpniowego. Znajduję akcent olsztyński. Maria Jentys-Borelowska w tekście pt. „Nowa widzialność – Nowa kobiecość” omawia obszernie powieść niedzielnego jubilata Mariusza Sieniewicza. W zakończeniu pisze o „świetnej zabawie literackiej”. Pamiętam spotkanie promocyjne z Autorem, podczas którego fragment odczytała aktorka Irena Telesz. Mną on wstrząsnął, przyprawił o dreszcze. Cóż, każdy odbiera tekst literacki inaczej, w tym jego moc i niezwykłość.
wtorek, 14 sierpnia 2012
Varga o teatrze
Jakiś czas temu poszedłem do teatru. Przedstawienie reklamowano jako „wielkie wydarzenie”, „rzecz bez precedensu”. Opuszczałem szacowny gmach zniesmaczony, choć wysiedziałem do końca. Zdawało mi się, że czegoś „nie złapałem”. I oto podczas lektury najnowszej powieści Krzysztofa Vargi pt. „Trociny” chyba odkryłem powód, dla którego nie wyszedłem w trakcie przedstawienia. Niewielki fragment: „Teatr terroryzuje widza, każe mu się sobą zachwycać, żąda pełnej akceptacji, każe wpadać w ekstazę, udając intelektualne głębie, zbyt często pokazuje jałowość i pustkę, a jednocześnie nie pozwala wyjść w trakcie przedstawienia, gdyż byłoby to nie tylko źle widziane, ale świadczyłoby o prostactwie tego, kto wychodzi, wychodzenie z filmu jest zaś bezkarne, a człowiek wolny powinien czuć się bezkarny. Nie umiałem nigdy wyjść z przedstawienia, nawet jeśli było nieudolne, niedorzeczne bądź śmiertelnie nudne, za to potrafię bez żadnych wyrzutów sumienia i rozpaczy nad bezsensownie wydanymi pieniędzmi wyjść z kina, odczuwając przy tym ulgę. No i ten cały rytuał dzwonków wzywających na widownię, i ten pusty czas oczekiwania, aż coś się zacznie dziać, i te niewygodne krzesła, i szmer kołyszącej się publiczności, i wreszcie te długie godziny, ponieważ współczesne spektakle trwają po cztery, pięć godzin, choć przecież materii bywa tam na godzinę, ale nadęci reżyserzy uważają się za demiurgów i muszą rozciągnąć swoje nudne, nieskładne opowieści do kilkuset minut, wydaje im się, że wtedy są donioślejsze, bardziej zasadnicze, wręcz fundamentalne, że prawda o życiu i świecie jest wówczas bardziej prawdziwa, bardziej dojmująca”.
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
Czterdzieści lat minęło
W roku 1995 ukazał się pierwszy numer pisma „Portret”. Nazwę wymyślił tłumacz i pisarz Piotr Siwecki. Pierwszym redaktorem naczelnym został Mariusz Sieniewicz. Na początku nowego wieku zastąpiła go Bernadetta Darska. „Portret” wychodził nieprzerwanie do roku 2009. W tym czasie udało się wydać 29 numerów pisma papierowego, 55 razy na stronie pojawiły się internetowe odsłony miesięcznika. Wydaliśmy ponad 50 książek. Były festiwale, spotkania, happeningi, praktyki studenckie. Przez ten czas przez „Portret” przewinęło się mnóstwo ludzi. Wielu z nich zajmuje się zawodowo literaturą, inni to nauczyciele akademiccy, dziennikarze, plastycy. Wczorajszego popołudnia znaczna część tego towarzystwa zebrała się w domu Mariusza Sieniewicza. Okazją były jego 40 urodziny. Jubilat w znakomitym stylu zdmuchnął świeczki z okolicznościowego tortu, po czym zabrał się za didżejowanie. Bawiliśmy się całe popołudnie i pół nocy. Na zdjęciu „Portretowcy” i sympatycy tego projektu.
niedziela, 12 sierpnia 2012
Perseuszy dwóch
Władca wyspy Serifos – Polidektes wykombinował sobie, że aby pozbyć się Perseusza (chciał z jego matką – Danae wejść w trwały związek, lecz Perseusz i jego mamusia mieli inne plany), wyśle go gdzieś w cholerę. Król zapowiedział ślub z królewną Elidy, co było oczywiście bajką. Chodziło o to, aby Perseuszowi wejść na ambicję. Każdy z gości przyjęcia weselnego miał bowiem przynieść podarunek. Biedny jak mysz kościelna Perseusz obiecał w tej sytuacji cwanemu królowi głowę Meduzy – paskudy jakich mało. Król mógł zacierać ręce, podłamany syn Danae poszedł w cholerę. Lecz jak to wtedy bywało, herosi otrzymywali pomoc z różnych, często dziwacznych źródeł. Perseusz na przykład dostał od trzech staruszek skrzydlate sandały. Mówi się, że wszedł również w posiadanie oka i zęba, lecz to chwały mu nie przynosi. Staruszki miały jeden ząb i wspomniane oko raptem po jednej sztuce i wymieniały się nimi wtedy, kiedy która co chciała zobaczyć albo ugryźć. Perseusz im te skarby bezczelnie podwędził. Szantażem wymusił informację o miejscu przebywania Meduzy wraz z paskudnymi siostrzyczkami. Hermes z kolei dał mu diamentowy nóż i wykonany z psiej skóry hełm, za sprawą którego posiadacz szorstkiego i zapewne swędzącego nakrycia głowy stawał się niewidzialny. Jak to się skończyło, wszyscy wiemy. Perseusz wytropił potwory (Gorgony były, podobnie jak i bezzębne staruszki trzy, taka ciekawostka). Otrzymawszy wcześniej cynk od Ateny ustalił, której z nich głowę obiecał królowi, po czym wzbił się w powietrze za sprawą cudownych sandałków i odciął nożem łeb Meduzy. Tyle mit. Okazuje się, że ziemia warmińsko-mazurska posiada aż dwóch Perseuszy w osobach ochroniarzy jednej z agencji. Herosi ci (61- i 50-latek) krążyli po przepastnych terenach placu, na którym składowano arkusze blachy kwasowej. Tropili Gorgonę – Meduzę. Ponieważ ta jednak była przebiegła i co raz odbijała się w świetle księżyca padającego na falistą materię, warmińscy herosi postanowili systematycznie wynosić z placu ocynkowaną blachę za płot, gdzie śmiercionośne spojrzenie Meduzy nie sięgało. Chcąc stać się niewidzialnymi, sięgnęli po zmodyfikowaną wersję hełmu Hadesa. Jak podaje lokalna policja, cyt: „Przekładali koszulki z napisem „ochrona” na drugą stronę i spokojnie kradli blachę. Wszystko odbywało się pod okiem czujnych kamer. Mężczyźni odpowiedzą przed sądem. Grozi im kara do 5 lat pozbawienia wolności”. Od siebie dodam, że w micie o Perseuszu siostry Meduzy budzą się i rozpoczynają poszukiwania złoczyńcy. Tego chroni wszakże hełm. Obawiam się, że warmińscy herosi nie będą mieli tyle szczęścia. Koszulki z napisem „ochrona” raczej nie założą. Mało prawdopodobne jest, aby przełożyli je na drugą stronę. Nie pomogą nawet skrzydła z blachy falistej – ocynkowanej.
sobota, 11 sierpnia 2012
Łungina raz jeszcze
Pisałem o tej publikacji dwa dni temu, lecz ciągle „chodzą” za mną jej fragmenty. Poniżej zamieszczam niewielki cytat z niesamowitej książki Dormana, w której o swoim życiu opowiada Lilianna Łungina. Wybrałem ten, który traktuje o fali aresztowań i represji w powojennym Związku Radzieckim. Mówi główna bohaterka: „Świat jak z Kafki. Kafkowską naturę naszego świata najlepiej ilustrują dwie historie. Pierwsza to historia Kostii Rudnickiego, w owych czasach jednego z najbardziej zaszczutych krytyków, który, by zarobić, godził się pisać pod pseudonimem artykuły przeciwko samemu sobie i swoim „bezpaństwowym” pobratymcom”. Kto chce poznać drugą z setek niezwykłych historii zawartych na kartach „Słowo w słowo”, musi już sięgnąć po książkę.
piątek, 10 sierpnia 2012
Paweł Jaszczuk w „Bookriders”
W piątym odcinku programu TVP przybliżającego twórczość pisarzy mieszkających na północy Polski, pojawił się Paweł Jaszczuk. Znany czytelnikom głównie z serii powieści kryminalnych z dziennikarzem Sternem. Warto wiedzieć, że Jaszczuk nie pisze tylko kryminałów lwowskich. Ma też w dorobku inne książki. Między innymi wydaną przez „Portret” powieść „Testament”, której akcja toczy się w Zakładzie dla Obłąkanych. Taki kompleks znajdował się do końca wojny w dzielnicy Allenstein - Kortau. Izolowano w nim i mordowano ludzi, których naziści uznawali za obywateli drugiej kategorii. Obecnie to jedno z najpiękniejszych w Polsce miasteczek studenckich, znane jako olsztyńskie Kortowo. Rozmowa z Pawłem Jaszczukiem tutaj: http://www.tvp.pl/olsztyn/magazyny/bookriders/wideo/odcinek-5/8208999
czwartek, 9 sierpnia 2012
Podstrocznik
W lutym 1997 roku wówczas trzydziestoletni reżyser Oleg Dorman zjawia się z kamerą w moskiewskim mieszkaniu siedemdziesięciosiedmioletniej Lilianny Łunginy. Ta kobieta to jedna z najbardziej rozpoznawanych rosyjskich tłumaczek. To ona przybliżyła czytelnikom twórczość Andersena, Simenona, Viana, Strindberga, Colette, Ibsena i wielu innych. Dorman rozstawia się ze swoją niewielką ekipą, uruchamia kamerę skierowaną na gospodynię. Łungina zaczyna swoją opowieść. Potrafi opowiadać jak mało kto. Ma niezwykłą pamięć, lata pracy nad przekładami sprawiają, że dobiera słowa z niezwykłą precyzją, kunsztownie ale i też bez zbędnych ozdobników. Historia jej życia jest niezwykła. Nierozerwalnie łączy się z losami Rosjan w dwudziestym wieku. Kilka lat wcześniej losy Łunginy spisała francuska pisarka Claude-Catherine Kiejman. Publikacja we Francji została uznana za najlepszą książkę roku w dziedzinie literatury faktu. Ale Łungina ma świadomość, że opowiadając o swoim życiu zachodniemu czytelnikowi, musiała dokonywać pewnych uproszczeń, skrótów. Film Dormana z założenia adresowany jest głownie do rosyjskiego widza. Przez kolejne dni Łungina zasiada przed kamerą i wygłasza zachwycający monolog. Nie potrzebuje notatek, powtórek, podpowiedzi. Cytuje fragmenty poezji, plastycznie opisuje miejsca, ludzi, wydarzenia. W rezultacie powstaje piętnaście półgodzinnych odcinków. Rok później bohaterka filmu umiera nie doczekawszy się premiery. Ta ma miejsce dopiero po dwunastu latach! Kanał „Kultura” decyduje się zaprezentować film. Dokument robi na widzach niezwykłe wrażenie. Mówi o nim cała Moskwa. Następuje ponowna emisja. Dorman pokazuje go na festiwalu Stalker i otrzymuje nagrodę rosyjskich krytyków, potem kolejną. Wtedy to postanawia spisać materiał ze ścieżki dźwiękowej filmu i wydać go w postaci książki. Tak to na półki księgarskie trafia „Podstrocznik” czyli „Słowo w słowo”. Genialna „ustna książka”, która stała się w Rosji wielkim wydarzeniem literackim. Życie Łunginy było niezwykłe. Urodziła się w mnisiej celi smoleńskiego monastyru w roku 1920. Po pogodnym i dostatnim dzieciństwie spędzonych na zachodzie Europy w roku 1934, jako trzynastoletnia dziewczynka wraca do ZSRR. Przeżywa szok. „Stałam w swoim niebieskim płaszczu ze srebrnymi czy złotymi guzikami i karakułowym kołnierzem, a przede mną czerń i łachmany. Poczułam strach i wyobcowanie… Bardzo się bałam”. Jej ojciec od czterech lat mieszka w ośmiometrowym pokoju wraz z bratem, jego żoną i synem. Śpi na biurku. Przed przyjazdem żony i córki otrzymuje mieszkanie, do którego brak schodów. Panuje głód, ludzkie strzępy krwawo walczą nocami o miejsce przy żeliwnych kotłach, w których za dnia topi się smołę. Po moskiewskich domach chodzą uciekinierzy z kołchozów, głównie kobiety błagające o jałmużnę. Bywa, że pod waciakami są nagie. Władza ludu niszczy przedrewolucyjne elity: „Na poddaszu pośród innych dzieci mieszkał chłopiec, na którego od razu zwróciłam uwagę. Nazywał się Jura Szachowskoj i był synem księcia Szachowskiego, którego rozstrzelano, zanim Jura się urodził – mama Jury, baronessa von Timorot, dama dworu imperatorowej, była wtedy w czwartym miesiącu ciąży. Kiedy się poznałyśmy, ona pracowała jako salowa i myła podłogi w Instytucie Tropikalnym”. W ich domu każdego dnia gasną dziesiątki okien. Ludzie znikają. Trwa niekończąca się fala aresztowań. Dozorca kamienicy postradał ze strachu zmysły. Ojciec ciężko choruje, wkrótce umiera. Wszystkich jego współpracowników już aresztowano. Również Łungina trafia na przesłuchanie. „Chciałabym przekazać młodym… uczucie strachu – trudne do wyobrażenia, jeśli się go nie doświadczyło. To coś co nigdy cię nie opuści, jeśli choć raz je przeżyłeś”. Mimo tego strachu młodziutka Liliana stara się „normalnie” żyć. Trafia do eksperymentalno - wzorcowej szkoły, gdzie uczą ją nauczyciele akademiccy. Rozpoczyna studia. Zawiązuje przyjaźnie na całe życie. Tak mówi o tym czasie: „…kiedy spotyka nas jakieś niepowodzenie, kiedy coś idzie nie tak, jak zaplanowaliśmy i pragnęliśmy, nie należy od razu myśleć, że to wyrok. Nie, nigdy nie wiesz, w co się zło obróci.” Nie będę opisywał dalszych losów Lilianny Łunginy, chociaż są niezwykłe i poruszające. Tłumaczka należała do elity intelektualnej swoich czasów. Obracała się wśród sław kultury i nauki. Była świadkiem historii, sama ją tworzyła. Warto zanurzyć się w tej wspaniałej, miejscami wstrząsającej opowieści. Namawiam gorąco! Lektura konieczna!
środa, 8 sierpnia 2012
Kryminalne początki
Poniższy tekst napisałem… dziesięć lat temu. Natrafiłem dzisiaj na niego robiąc porządek na półce z książkami. Zdaje się, że już wtedy ciągnęło mnie do makabry i czarnego humoru:
„Najrozsądniej jest udusić. Udusić w nocy, kiedy wciśnie się w róg łóżka, zwinie w kłębek, zaśnie. Cały dzień biega wokół domu, przez to zasypia szybko, ledwo padnie na pościel, zaraz śpi. Sapie, jakby jęczy, rwie oddech. Przez moment prostuje kręgosłup, nieprzytomnie patrzy w sufit, napina członki, sztywniejąc tężeje, rośnie głową trąc o ścianę. Wtedy chyba coś jej się śni, bo szybko wraca do kształtu liścia ustrzelonego przez jesień. Nie, bardziej embrionu z nosem wciśniętym w podbrzusze.
Najrozsądniej jest udusić kawałkiem materiału, leżąc obok ściskać w dłoni mokry ręcznik, drugą ręką głaskać po głowie, wzmagać senność palcami, modulować oddech kciukiem trącym ucho. Powoli sunąć wilgotną materię po pościeli, to nic, że robi się plama, do rana przecież wyschnie... Ręcznik musi dokładnie przylegać do nosa i ust. Mokry ręcznik daje taką możliwość. Być może, że uzyska się szok termiczny, który powędruje wprost ku sercu, zatrze je niczym silnik. Oszczędzi konwulsji, przedśmiertnych drgawek, całej tej groteskowej szamotaniny, której pełno w telewizji.
Najrozsądniej jest udusić, bo krew przyprawia o mdłości, pachnie kiczem, ciężko się zmywa i plami worek.
Worek z oczywistych przyczyn musi być płócienny. Folia, brezent to materiały niepraktyczne, pozbawione wytrzymałości, narażone na rozerwanie. Przy tym folia wyślizguje się z rąk, jest prześwitująca, wreszcie odkształca się. Nie jest też prawdą, ze worki do przechowywania nawozów są trwałe. Jest to mit, tak jak i mitem jest gadanie, że cement trzymany we francuskich papierowych workach Lafarge ma dłuższą trwałość niż trzymany w workach krajowych. Żyletka zakupiona w którymś z padających niczym listopadowe muchy kiosku RUCHu tnie legendę niezniszczalnych worków w strzępy. Co innego solidny płócienny worek. O, to zupełnie inna sprawa, inna jakość. Dobre, lniane worki można zdobyć w każdej piekarni. Stoją w magazynach, wypełnione mąką. Zwykle takie worki są zwracane do młyna. Nabywca odzyskuje uiszczoną kaucję. Zdarza się wszakże, że w takich workach piekarze kradną węgiel zalegający place składowe. Dowodzi to przecież, że worki tego typu posiadają niewiarygodną wytrzymałość. Dowodzi też, że piekarze kradną nie tylko chleb, jak też zapewne masarze nie kradną wyłącznie mięsa, a mleczarze sera. Kradzież stała się jedynym sposobem zachowania godności. Godność to nasze dziecko, które nie musi ukraść rówieśnikowi kanapki z tornistra, myśmy ukradli coś chwilę przed tym. Być może jedynymi, którzy kradną to, co kraść powinni, są górnicy zwalniani z likwidowanych kopalń. Chociaż wygrzebywanie czarnego kruszcu z pozamykanych wyrobisk to mało efektowny pomysł na śmierć.
Worek wypełniony tężejącą materią trzeba nieść w sposób możliwie naturalny. Istnieje przecież ryzyko napotkania kogoś znajomego na trasie marszu. Gwarancji bezpieczeństwa nie daje nawet późna godzina. Zawsze przecież można spotkać grupę młodzieży obijającą butami patrol policji. A nóż przyjdzie jej do głowy obejrzeć zawartość stygnącego worka... Nie należy obawiać się piekarzy z węglem, matek pod latarniami, wędkarzy z prądem, bo rzeka już przecież, w jej nurcie księżyc się odbija. Trzeba nieść wór, który nabiera masy, stygnie.
Kamień. Kamień w przeciwieństwie do worka nie musi być wyszukany. Żaden serpentynit pełen odcieni, szwedzki czerwony granit. Zwykły głaz mieszczący się w worku, którego nie będzie w stanie poruszyć taki węgorz. Węgorz, nie wiedzieć dlaczego, uchodzi za rybę szlachetną. Być może robota to samych kupujących, którzy płacą straszną forsę za to oślizłe paskudztwo? Zachwycamy się tymi, którzy żywią się padliną. Zajrzyjmy do worka raz jeszcze. Trochę mąki, a pod kamieniem zupełnie biała istota. Jakiś symbolizm w tym wszystkim, czystość. Takie to to bezbronne, jakby śpiące... Jeszcze parę godzin temu na naszym ślubnym łóżku... Czy myślisz, że się zmieścisz obok? No, kochanie, obok twojego jedynego przyjaciela kotka. Czy myślisz, że... Powiedz wreszcie! A może on niech powie? Powiesz ojcu? Powiesz tacie, czy mama zmieści się w worku obok kotka?”
wtorek, 7 sierpnia 2012
"Drzewo morwowe" - konkurs
To już kolejny konkurs, w którym można wygrać moją książkę. Tym razem ogłosił go portal „Students.pl”. Wszystkie potrzebne informacje znajdziecie tutaj:
poniedziałek, 6 sierpnia 2012
„Drzewo morwowe” – czytelnicy mają głos
Poniedziałek, a zatem tradycyjnie opinia któregoś z czytelników. Tym razem książkę ocenia Strange. W serwisie polecającym książki „BiblioNETka.pl” zamieszcza tekst zatytułowany „Smak dobrego kryminału made in Poland”. Fragment: „Książka, która budzi nader skrajne emocje, nie pozwalając komukolwiek na pozostanie obojętnym wobec jej treści. W internetowych środowiskach literackich zawrzało – zachwyt nad powieścią Tomasza Białkowskiego mieszał się z rozczarowaniem jej całokształtem. Całkowicie oczarowana „Drzewem morwowym” bezapelacyjnie zaliczam się do zagorzałych fanów losów Pawła Werensa, głównego bohatera tej powieści. (…) W „Drzewie morwowym” brak szarych, nudnych ludzi – tutaj na każdym spoczywa brzemię przeszłości, wyróżniając go z przeciętnej masy społeczeństwa. Tutaj każdy ma zaskakującą historię – a ta każdorazowo stanowić by mogła inspirację dla kolejnej, równie zaskakującej powieści”. Od siebie dodam, że kolejna powieść o Werensie powinna się pojawić w księgarniach za kilka miesięcy. Trwają dyskusje nad wyglądem okładki.
niedziela, 5 sierpnia 2012
Trylogia pacółtowska. Część III ostatnia
Już dwa razy pisałem o dramatycznych wydarzeniach w podolsztyńskiej wsi Pacółtowo. Pierwszy raz, gdy bombę z czasów II wojny miejscowym strażakom podwędzono. Drugi, kiedy niewybuch ktoś podrzucił (nie mylić z krótkotrwałym lotem organów ludzkich ku słońcu po jeszcze gwałtowniejszym kontakcie z uruchomionym detonatorem bomby). Oto nastąpiła dramatu część trzecia, która zdaje się być ostatnią. Policja pochwyciła sprawcę! Osobiście obstawiałem, że będzie nim starzec pragnący wrócić wspomnieniami do czasów młodości. Byłem w błędzie, gdyż złodziejem pocisku okazał się… 15-letni chłopak, który „chciał go mieć tylko dla siebie”, jak podaje lokalna gazeta. Teraz na młodzieńca pałającego miłością do militariów czeka surowy Sąd Rodzinny i Nieletnich. Zastanawiające są komentarze internautów. Od ekspresyjnych w stylu: „Zwykle zachowuję kulturę, ale teraz muszę… Ja pierdolę”. Przez postulat kategorycznego ukarania wszystkich mieszkańców wioski: „W normalnym kraju już by strażacy, policjant, dzielnicowy, komendant, ten co ukradł, WSZYSCY by siedzieli w sądzie i mieli wyroki”, dopatrywanie się spisku: „Zatuszują całą sprawę”. Po kombatanckie wspomnienia: „Pamiętam z dzieciństwa ogromny huk”. Znalazł się również głos, który poddaje w wątpliwość zdolności śledcze miejscowej policji: „Musiał łazić po wsi i się chwalić, że zajebał, bo nie wierzę, że by doszli czyja to sprawka”. No właśnie, jeżeli ostatnia z podanych wersji jest prawdziwa, to moje uznanie dla człowieka o stalowych nerwach, którego w sprawcy widziałem, gwałtownie spadło. Gadulstwo w literaturze słabo się sprawdza. Zaś cała ta historia, z błyskotliwymi policjantami, genialnym złodziejem, zwrotami akcji i efektownym finałem jak w rasowym kryminale, w rodzimych realiach poniosła klapę. Zamiast huku bomby zasyczał kapiszon.sobota, 4 sierpnia 2012
Kontewicz
W miniony czwartkowy wieczór, na zaproszenie żony pisarza Mariusza Sieniewicza, Waldemar Kontewicz pojawił się w „Tajemnicy Poliszynela”, by opowiedzieć o swoim życiu, o debiutanckiej książce, o Braniewie, o literaturze, która jest tego życia sensem. Na koniec o rozpoczętych projektach pisarskich. Nieco zmęczony odpowiadał cierpliwie na wszystkie pytania, na piątkowy ranek był umówiony z telewizją. Jak powiedział na koniec, było to jego pierwsze w życiu spotkanie autorskie.
piątek, 3 sierpnia 2012
„Portal Kryminalny” o „Drzewie morwowym”
Posypały się recenzje w tym tygodniu. Po wczorajszym omówieniu na „Wirtualnej Polsce” kolejna opinia. Tym razem na „Portalu Kryminalnym”. Niewielki cytat: "Sama fabuła, choć stanowi zbiór ogranych motywów (tajne bractwo lubujące się w seksualnych orgiach, makabryczne morderstwa i bohater o bolesnej przeszłości), jest skonstruowana na tyle dobrze, że wciąga. Nawet mimo niewiarygodności – mściwy garbus jest jednak pewną przesadą (spokojnie, to nie spoiler: sam autor ujawnia mordercę już w pierwszym rozdziale). Mimo wszystko Białkowski umiejętnie łączy poszczególne tropy i sprawnie prowadzi czytelników do rozwiązania. Zaletą jest też sposób opisywania zbrodni – nie ma tu epatowania makabrą, choć olsztyńskie morderstwa zdecydowanie są jej przykładem”.
Całość tutaj: http://www.portalkryminalny.pl/content/view/4068/35/
czwartek, 2 sierpnia 2012
„Wirtualna Polska” o „Drzewie morwowym”
Ten wielki portal internetowy odnotowuje pojawienie się na rynku mojej książki. Oto co o niej sądzi: „Drzewo morwowe”, najnowsza książka Tomasza Białkowskiego, to podobno dopiero początek cyklu z Werensem w roli głównej. Zanim jednak Paweł Werens stanie się Herculesem Poirot polskiej literatury, musi rozwiązać zagadkę motyli. Białkowski przeprowadza go przez serię tajemniczych morderstw, enigmatycznych symboli i znaków, których żaden szanujący się detektyw nie może zlekceważyć. W pewnym stopniu „Drzewo morwowe” jest polskim odpowiednikiem „Kodu Leonarda da Vinci” Dana Browna. Książka Białkowskiego to kryminał, w którym obok noża i pistoletu pojawia się krucyfiks. Fikcja literacka podporządkowuje się historii i teologii, a kluczem do rozwiązania tajemnicy drzewa morwowego stają się Acta martyrum, Wulgata, ewangelie pozakanoniczne, oraz sekty powstałe na ich fundamentach”.
Całość recenzji tutaj: http://ksiazki.wp.pl/rid,5365,tytul,Dom-Donhoffow,recenzja.html?ticaid=1ee94&_ticrsn=3
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
















