piątek, 28 lutego 2014

Darska w Oliwskim Klubie Kryminału

Właśnie wróciłem z Gdańska. Wczoraj moja żona spotkała się z członkami Oliwskiego Klubu Kryminału oraz tymi, którzy kryminały czytają i mają ochotę o nich dyskutować. Bernadetta Darska w ramach promowania swojej książki "Śledztwo i płeć. O bohaterkach powieści kryminalnych" (Wyd. Oficynka, Gdańsk 2013) wygłosiła wykład pt. "Dopuścić do głosu trupa. Specjalistki od ciał i od kości na tropach zbrodni".

Spotkania Oliwskiego Klubu Kryminału odbywają się w gościnnych murach Biblioteki Oliwskiej.

Przestępstwom lepiej zapobiegać, niż je później karać. Zabezpieczenie przed kradzieżą. :)


Wykład dotyczył twórczości Patricii Cornwell, Kathy Reichs i Karin Slaughter.





Był też czas na autografy i rozmowy kuluarowe.

środa, 26 lutego 2014

Dan Brown o samoograniczeniu, promocji i sosach do kurczaka

Marcowy „KSIĄŻKI. Magazyn do czytania” (12/2014) zamieszcza m.in. wywiad z Danem Brownem. Autor bestsellerowych powieści rozmawia z Wojciechem Orlińskim w Pradze, co może sugerować, że Brown akcję swojej kolejnej książki umieści właśnie w tym mieście. Sam autor temu zaprzecza i twierdzi, że przebywa na wakacjach. „Umiem tylko pisać książki i uczyć dzieci”, zaznacza w odpowiedzi na pytanie o hipotetyczną możliwość wpływania na sprawy społeczne i polityczne. „Mam awersję do sytuacji, w których celebryta zabiera głos na istotny temat. Kiedy muzyk występuje z hasłem: „Apartheid jest zły”, zawsze budzi to we mnie podejrzenie: „OK., to jasne, że apartheid jest zły, ale czy tu chodzi bardziej o apartheid, czy o promocję nowej płyty?”. Nieco wcześniej pisarz pyta dziennikarza: „Ludzie żyjący tak jak ja czy pan konsumują dziesięć razy więcej zasobów niż mieszkańcy ubogiego Południa. Ale czy jesteśmy gotowy na rozwiązanie polegające na samoograniczeniu? Na jedzenie ryżu i fasoli, branie prysznica raz na tydzień, zamieszkanie w ciasnej klatce z obcymi ludźmi?” Pytany o inwigilację Internetu przez NSA, mówi: „Śmieszą mnie jednak ludzie demonstrujący z plakatami: „NSA, przestań czytać moje maile!”. Ileż egocentryzmu jest w przekonaniu, że agencję wywiadu naprawdę interesuje twój sekretny przepis na sos do kurczaka czy najnowsza plotka o niewierności małżeńskiej sąsiada!”.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Rodzina ponad wszystko

Przypomniał mi się inny fragment „Mistrzostwa Świata”, będący opowieścią o szalonej misji polskich działaczy piłkarskich, którzy postanowili pozyskać do gry w naszej kadrze sławy światowej piłki. Temat aktualny, wszak wczoraj odbyło się losowanie grup eliminacyjnych do Mistrzostw Europy. Kolejny powód jest związany z osobą ukraińskiego geniusza futbolu, którym przez lata zachwycał się cały świat. Ukraina miała w swojej historii wielu świetnych sportowców, jednym z nich był pewien piłkarz. Myślę, że odrobina humoru na początek tygodnia nie zaszkodzi:

„Któż nie zna Andrija Szewczenko? Nie mylić z Tarasem, tragicznym autorem wielkiej liczby poematów, powieści, dramatów, pamiętników i świetnej liryki. To był żart. Andrij, czasami nazywany Szewa, to niewątpliwie chluba i cudowne dziecko Ukrainy. Napastnik kompletny, wirtuoz piłki kopanej. Znany ze swej skromności piłkarz zaczynał pod okiem geniusza trenerskiego Walerija Łobanowskiego. Kiedy miał czternaście lat, dostał buty od słynnego Walijczyka Iana Rusha. Nie, żeby Szewa nie miał w czym chodzić, on dostał te buciory, gdyż wpadł w oko tamtemu. Co by to nie znaczyło. Andrij błyskawicznie rozwijał swój talent, wszystkie największe kluby Europy wyciągały łapy po piłkarza Dynamo. Ale on stanowczo mówił, nie. Brało się to z umiłowania przez szesnastolatka, tak ostatnio skopanych, wartości rodzinnych. Przyjaźni, szacunku dla bliskich. Za skromną willę, mercedesa klasy E i symboliczne sto tysięcy dołków rocznie został w Kijowie. Kiedy jednak jeden z członków rodziny zapragnął nauczyć się języka włoskiego, Szewa nie mógł mu odmówić. Co by to nie znaczyło. Rodzina spakowała rzeczy i wyjechała do Mediolanu. A że przy okazji chłopiec podpisał kontrakt na dwadzieścia sześć milionów dołków, to inna sprawa. Wszystko szło dobrze, Szewa dwa razy został królem strzelców Serie A, dostał Złotą Piłkę od "France Football". Co by to nie znaczyło, wszak stać go było na zakup stu złotych piłek. Wygrał z zespołem też Ligę Mistrzów. Rozdawał autografy i dawał się fotografować. Ta tania popularność nie przesłoniła mu jednak sprawy najważniejszej - rodziny. Na prośbę innego członka rodziny o umożliwienie nauki języka angielskiego, przenieśli się do Londynu. A że przy okazji dostał trzydzieści milionów funciaków od Chelsea, to inna sprawa. Obecnie jego były klub z Milanu za machloje przy kasie być może poleci na ryj do niższej grupy rozgrywek, na ulicy mówi się, że ktoś na pewno pójdzie siedzieć. Szewa jednak ma się znakomicie. To wartości rodzinne uchroniły go przed złem.

Kiedy przybyli do niego smutni działacze polskiego piłkarstwa, przyjął ich prawie rodzinnie. Co by to nie znaczyło. Interesuję się kosmosem, zaczął jakby bez związku. Wycofał się i zaczął od nowa. Jak wiecie, bardzo cenię wartości rodzinne. Pochodzę z Dwirkiwszczyny. Obok moich dziadków mieszkali ludzie, którzy nazywali się Lewczuk. Mieli dwie córki. Jedna z dziewcząt wyszła za syna brata mojego dziadka. Druga z dziewczyn związała się z człowiekiem o nazwisku Derewońko. Ten obywatel miał ojca, którego brata córka wyszła za człowieka o nazwisku Bykowski. Ten Bykowski urodził się w Pawłowskim Sadzie koło Moskwy. Jak zapewne wiecie, Walery Fiodorowicz był wielkim kosmonautą i na statkach Wostok 5, Sojuz 22 i Sojuz 31, zdobywał kosmos. Interesuję się kosmosem, powtórzył Szewa, już teraz bardziej w związku. Ten Derewońko, kontynuował, miał córkę, która wyszła za człowieka o nazwisku Białkowski, zamieszkali w Olsztynie. Nie byłem do końca pewien, czy ci Białkowscy to linia z tych Derewońko. Ale moje wątpliwości rozwiała ostatnio napisana autobiografia Bykowskiego, który kiedy przestał latać, został dyrektorem muzeum kosmosu w Berlinie. Otóż, Bykowski twierdzi, że dnia dwudziestego czwartego października sześćdziesiątego trzeciego roku, wraz z żoną Walentyną przebywał w Olsztynie. No to ja się pytam, po co, jak nie u tych Białkowskich! A jak u nich, to przecież my przez Dwirkiwszczynę z Bykowskim rodzina! A ja tak lubię kosmos! Oczywiście, panowie, że zagram dla polskiej reprezentacji, zakończył patrząc w gwiazdy”.

piątek, 21 lutego 2014

Czas niezwykły

„Czuje, że atmosfera w mieście jest napięta, że wszyscy mówią o wyborach, jednak jego to mało obchodzi. Kiedy przychodzi do hotelu, pada na łóżko i zawijając się w przepalony w kilku miejscach koc, szybko zasypia. Po południu budzi go podniecony wielotysięczny oddech za oknem. Podchodzi do okna, patrzy w dół i widzi tam osiemdziesiąt tysięcy ludzi. No tak, myśli, kiedy spałem, zaczęła się rewolucja”. To fragment książki mojego ulubionego współczesnego ukraińskiego pisarza Serhija Żadana. Pochodzi on z napisanej blisko dziesięć lat temu „Anarchy in the UKR”, którą u nas wydało wydawnictwo Czarne. Wówczas Żadan pisał o innej rewolucji. Trudno pojąć jak szybko sytuacja się powtórzyła, a nawet przerosła tamte wydarzenia. Można czekać na rozwój wypadków na Ukrainie, lecz można też pomóc. W najbliższy poniedziałek na Scenie Margines olsztyńskiego Teatru Jaracza będą czytane fragmenty twórczości zarówno Żadana, jak i innych ukraińskich pisarzy. Podczas tej prezentacji można wspomóc akcję zbierania pieniędzy. Zostaną one przeznaczone na zakup kamizelek kuloodpornych. Myślę sobie, że to najbardziej dziwaczna zbiórka o jakiej słyszałem. Co ciekawe, jej cel jest zrozumiały i słuszny. Oto już nie chleb, koce i odzież, a materiały z wojskowych fabryk mogą pomóc potrzebującym. Zdaje się, że przyszło nam żyć w czasach niezwykłych. Po szczegóły odsyłam tutaj: http://olsztyn.gazeta.pl/olsztyn/1,35189,15498119,Artysci_z_Teatru_Jaracza_beda_wspierac_kijowski_Majdan.html#TRLokOlszTxt

środa, 19 lutego 2014

Hans von Lehndorff - „Dziennik z Prus Wschodnich”

Hans von Lehndorff urodził się w roku 1910. W tym samym roku przyszła na świat moja babcia – Kamila. Wojenna zawierucha sprawiła, że koniec II wojny światowej dla niego oznaczał zatrzymanie przez Rosjan, dla niej opuszczenie wschodniej granicy i wędrówkę na Zachód. Oboje, chociaż zapewne nigdy się nie poznali, lata które Marcin Zaremba nazwał „Wielką Trwogą” przeżyli w tym samym miejscu – w Prusach Wschodnich. Ona zamieszkała w miasteczku Seeburg, jemu – potomkowi wielkiego szlacheckiego rodu - przyszło walczyć o przetrwanie i tułać się po dzisiejszych Mazurach. Hans von Lehndorff był lekarzem. Umiejętność ratowania ludzkiego życia pomogła mu przeżyć. Potem wyjechał z Polski, zamieszkał pod Bonn, w tamtejszym szpitalu był przez lata ordynatorem. Swoje losy spisał w dzienniku. Postanowił opublikować go dopiero piętnaście lat po wojnie. Sukces jaki osiągnął „Dziennik z Prus Wschodnich” był niebywały. W ciągu kilku miesięcy sprzedano ponad 100 tysięcy egzemplarzy książki. W czym należało upatrywać tak wielkiego zainteresowania? Zapewne w podjętej tematyce. Autorka wprowadzenia, czyli Ewa Czerwiakowska pisze, że autor „dotarł do rozpoznań uniwersalnych”, „utrwalił moment kresu pewnego świata”. Rzeczywiście, Hans von Lehndorff posiada umiejętność kreślenia w kilku zdaniach przejmujących obrazów. On nie potrzebuje krwawych opisów, żeby pokazać ludzki dramat. Oto niewielki fragment: „31 marca. Byłem z panią L. w Schwalgendorfie – po raz pierwszy we własnoręcznie zrobionych butach. Wyspę na jeziorze Czerwica zajęły już czaple i kormorany. Te ostatnie rozmnażają się niepokojąco i częściowo wyparły już czaple na inną wyspę. Ich sposób panoszenia się przypomina Rosjan. Na Jezioraku leżał jeszcze lód, który stopniał w ciągu dnia. Kiedy odchodziliśmy, niezliczone drobne fale iskrzyły się w słońcu. Było już prawie ciemno, kiedy krótko przed Brausenem napadło nas dwóch Rosjan na koniach. Uderzyli mnie w głowę i porwali za sobą panią L. Skutki były straszliwe. Potem leżałem, nie śpiąc, całą noc i rozmyślałem, czy potoczyłoby się to inaczej, gdybym miał ze sobą młotek. Pani L. wkrótce wróciła”. Warto znać tę książkę. Wydał ją u nas Ośrodek KARTA. Tłumaczenia dokonał Zdzisław Owczarek. 

wtorek, 18 lutego 2014

Dzień Kota

W żadnym wypadku nie zapomniałem, że wczoraj był Światowy Dzień Kota. Jak przystało na wieloletniego „kociarza” urządziłem swoim pupilom (a jest ich kilku) uroczyste party. Były kocie przysmaki a potem oglądanie zdjęć, niestety bez udziału głównych bohaterów, gdyż ci woleli pospać. Patrząc na zamieszczone poniżej zdjęcia trudno uwierzyć, że maluch na obrazku waży obecnie dobrych pięć kilogramów J.

Zima 2014
Lato 2009


niedziela, 16 lutego 2014

Paweł Huelle w Olsztynie

Kilka tygodni temu gościem Radia Olsztyn był Wacław Radziwinowicz, zaś w najbliższy piątek (21.02) będzie okazja uczestniczenia w spotkaniu z Pawłem Huelle. Autor „Weisera Dawidka” przyjedzie do miasta nad Łyną aby promować swoją najnowszą powieść, czyli „Śpiewaj ogrody”. Rozmawiać z gdańskim pisarzem będzie Ewa Zdrojkowska. Pawła Huelle będzie można posłuchać również nie wychodząc z domu, a to za sprawą relacji na żywo, którą przeprowadzi wspomniana rozgłośnia. Szczegóły tutaj: http://ro.com.pl/spotkanie-autorskie-z-pawlem-huelle-w-radiu-olsztyn/01107425

piątek, 14 lutego 2014

Dzień zakochanych

Źródło - Wikipedia
Przypomniał mi się fragment „Mistrzostwa Świata”, który opowiada historię zakochanego mężczyzny. Co prawda, jest to opowieść bez happy endu, lecz jak najbardziej nadaje się na dzisiejszy dzień.

„Zakochałem się natychmiast. To były cudowne chwile. Całymi godzinami śledziłem wytatuowaną jaszczurkę na udzie ukochanej. Głaskałem ją i lizałem, tak na wszelki wypadek, żeby sprawdzić, czy dobrze wydziergana. Niby wszystko było zrobione jak należy, ale przezorny zawsze ubezpieczony. Lizałem bez opamiętania, aż do bólu jęzora. W przerwach w lizaniu, piłem kompot ze śliwek i wracałem do kontroli technicznej. Kiedy teraz próbuję sobie przypomnieć, cóż jeszcze wtedy robiłem, to wyjdzie, że niewiele ponad to. Po dwóch miesiącach lizania, na naszym związku pojawiła się rysa, a na moim jęzorze bąbel. Marzenka wracała nieregularnie, często późną nocą. Którejś z nich nie wsunęła się pod koc, na nasz wąski tapczan, wcale. Bąbel nieufności urósł, kiedy zaczęła sypiać w bieliźnie, a mi podsunęła pod nos materac do dmuchania.
-          Co będzie z jaszczurką? Jak ją mam teraz oglądać przez te majtki? Jak lizać?
Krzyknąłem zrozpaczony, chociaż od jakiegoś czasu już nie lizałem. Rozumiecie-bąbel.
-          Jaszczurki już nie ma - powiedziała sucho.
-          Jak to, nie ma?! - wydarłem się na cały akademik.
-          Nie ma, usunęłam.
Rycząc, padłem przed nią na kolana.
-          Dlaczegoś to zrobiła?!
Ona wystukiwała coś na klawiaturze telefonu.
-          Łuskonośne gady już są niemodne - wytrajkotała i wypuściła gdzieś esemes.
-          A co tu moda ma do rzeczy? To była m o j a jaszczurka, jakim prawem, dlaczego? Wytłumacz!
Ale ona nie chciała tłumaczyć. Obróciła się na pięcie i wyszła. Wróciła w nocy, bez słowa przebrała się w pidżamę i wsunęła pod kołdrę. Mnie przypadł koc. I kiedy już zasypiałem, trąciła mnie łokciem.
-          Wiesz, z jaszczurką to skłamałam.
Wiedziałem! Zerwałem się z podłogi, bo materac już jakiś czas temu przetarłem jęzorem i zrobiła się dziura.
-          Pokaż, pokaż ją, moja kochana!
-          Nie tylko pokażę, ale i dam. – I wsadziła mi za slipki coś śliskiego i ruchliwego. – Masz swoją jaszczurkę, poliż sobie. I nakryła głowę kołdrą.

Trudno, pomyślałem, nasze poczucie humoru jest różne, ale to jeszcze nie powód, żeby się zaraz rozchodzić. Jaszczurkę wsadziłem do słoika po korniszonach, a zły nastrój ukochanej postanowiłem przeczekać karmiąc jaszczurkę jabłkami. Nadałem jej imię, a jakże, Marzenka. Odtąd zawsze Marzenka przy mnie była, a czasami nawet dwie. Któregoś dnia, Marzenka numer jeden oznajmiła mi, że przyjeżdża do niej brat i zostanie jeszcze jakiś czas. To masz drugiego brata?, zapytałem uradowany. Nie dalej jak trzy dni wcześniej poznałem jej pierwszego brata, odpoczywał w jej siostrzanym objęciu, kiedy wróciłem ze spaceru z Marzenką numer dwa. Mam, warknęła i wyniosła moje rzeczy na korytarz. Od jakiegoś czasu ciągle warczała, tłumaczyłem sobie to stresem związanym z sesją egzaminacyjną. Na czas wizyty brata zamieszkaliśmy z Marzenką Łuskonośną w kącie, pod oknem. Ja to rozumiałem, pokój faktycznie był ciasny, a jak mówi przysłowie: Gość w dom, Bóg w dom. Trudno żeby człowiek spał na korytarzu. Moja ukochana z bratem zaczepiali się czasem o nas butami, kiedy wracali nad ranem, bo Marzenka chciała mu pokazać jak najwięcej uroków miasta. Po dwóch tygodniach jej małomówny brat wyjechał. Nawet nie było okazji zamienić kilku słów”. 

środa, 12 lutego 2014

„Król Tyru” – kolejna ocena

„Pożeracz Światów… czyli książek”, a tak naprawdę Paweł Richert przeczytał mojego „Króla Tyru”. Jego zdaniem „Pierwszy kryminał w tym roku – ostatnia część trylogii Białkowskiego - nie zawiódł. Wartka akcja, znane już oraz nowe postaci i ich pogmatwane losy, intryga pleciona gęsto i często niespodziewanie zmieniająca ścieg. Poznajemy dalszy ciąg historii związanej z Montalto i kainitami. Fabuła idzie zupełnie inną drogą niż poprzednie części, ale jest ona równie wyboista i pełna zakrętów (…) Pomijając niektóre – według mnie – sztucznie brzmiące zwroty, świetna lektura”. Całość tutaj: http://slpablos.blogspot.com/2014/01/tomasz-biakowski-krol-tyru.html

wtorek, 11 lutego 2014

„Klaun” Pavla Kohouta

Pavel Kohout bywa nazywany wybitnym czeskim dramaturgiem. Ja zetknąłem się dotychczas jedynie z jego twórczością prozatorską. „Kacica”, którą u nas wydało wydawnictwo Muza blisko dwadzieścia lat temu, to jedna z moich ulubionych pozycji. Opowieść o Lizince Tacheci, która zostaje uczennicą szkoły dla katów (sic!), jest niezwykła. Kończy ją zdanie, które wiele mówi, o poczuciu humoru, jak i podejściu pisarza do materii literackiej. Owo zdanie brzmi: „Nie pierdnął”. Ot, cały Kohout. Napisałem, że autor „Trzeciej siostry” jest wybitnym dramaturgiem. Okazją do sprawdzenia tej opinii był niedzielny spektakl w olsztyńskim Teatrze Jaracza zatytułowany „Klaun”. Tu muszę napisać zdanie o samym budynku, który przeszedł gruntowny remont i prezentuje się teraz imponująco. Przedstawienie odbywało się na scenie „Margines”, która wcześniej wyglądała nie najlepiej Dość powiedzieć, że publiczność zasiadała na drewnianych ławach, a z ulicy dobiegał miejski hałas. Teraz to scena, której mogą Olsztynowi pozazdrościć największe polskie teatry. A przecież to tylko jedna z kilku, znacznie większych scen. Kto nie wierzy, niechaj sam sprawdzi. „Klauna” wyreżyserował mój ulubiony olsztyński reżyser, a równocześnie dyrektor „Marginesu” Giovanny Castellanos. Obserwuję jego talent, od kiedy pokazał „Podróż do wnętrza pokoju” autorstwa Michała Walczaka. Tu ciekawostka, Castellanos występuje również w tytułowej roli, czyli klauna Augusta. Akcja sztuki rozgrywa się na cyrkowej arenie. Oto średnio rozgarnięty klaun postanawia zostać dyrektorem cyrku, aby móc tresować cesarskie lipicany. Ostatnio książkę o tych wspaniałych zwierzętach pt. „Czysta biała rasa” autorstwa Franka Westermana wydało wydawnictwo Czarne. Oczywiście, polecam. Cyrk należy do dyrektora Holzknechta, którego w olsztyńskim przedstawieniu zagrał Cezary Ilczyna. To Dyrektor wymyśla zabawę, która polega na spełnieniu trzech zadań przez głupiego klauna. Ich wykonanie oznacza zdobycie władzy nad cyrkiem. Tyle, że klaun nie chce władzy, on pragnie jedynie tresować piękne zwierzęta. To trudne do pojęcia dla pragmatycznego dyrektora. Pomocnikiem Holzknechta jest inspektor maneżu świetnie zagrany przez Marcina Tyrlika. Kohout stworzył swój tekst po tym, jak doświadczył rozczarowania komunizmem. Opisywał problem władzy, którą mogą sprawować tylko wybrani. Tresura koni to tak naprawdę sprawowanie rządów nad narodem. Klaun, aby rządzić, musi mieć rodzinę. Czy ktoś taki, lekkoduch, wieczne dziecko, osobnik traktowany niepoważnie jest w stanie być odpowiedzialnym? Sprawa zdaje się być rozstrzygnięta. Lecz August nie poddaje się. Tworzy rodzinę mocą swojej wyobraźni. Owa wyobraźnia jest jego największą siłą. Chcą go jej pozbawić zarówno Dyrektor, jak i Inspektor. Lecz fantazji kupić się nie da. Zatem należy ją zniszczyć. Kohout jest ciągle aktualny. Porusza problem dostępu do piękna i sztuki. Nie można jej stworzyć mocą dekretu czy ustawy. Bycie artystą to dar. Artysta przez swoją nieprzewidywalność, wrażliwość i potrzebę autonomii zagraża ładowi i przyjętym zasadom. Może go zniszczyć jedynie barbarzyństwo. August nie będzie cieszył się widokiem pięknych koni. On i jego bliscy w finałowej scenie trafią do klatki z dzikimi zwierzętami. Świat może odetchnąć. Znowu jest przewidywalny. Znowu stał się (nie)ludzki.

niedziela, 9 lutego 2014

Rok 2025, a potem koniec?

Luty trwa w najlepsze, a ja dopiero czytam jesienny numer czasopisma „Rita Baum” (29/2013). Tym razem redaktorzy zajęli się problemem dramatycznie spadających nakładów pism wydawanych w formie papierowej. Numer otwiera tekst autorstwa Piotra Czerniawskiego pod wiele mówiącym tytułem „Prosektorium”. Autor pokazuje mechanizmy, które stały za dramatycznym spadkiem nakładów. W pewnej chwili pisze, że „upadek prasy papierowej w Polsce jest przesądzony (firma Future Exploration szacuje, że nastąpi on w 2025 roku)”. Autor uważa, że „jedyną szansą na przetrwanie czasopism w formule zbliżonej do dzisiejszej jest sprzedaż wersji cyfrowej na tablety”. Kolejny teksty zamieszczony w „Ricie Baum” jest utrzymany w równie ponurym tonie. „Prasa papierowa umiera” pisze Katarzyna Paprota. Jak ją uratować? Autorka stawia śmiałą tezę, że „To, co być może przedłużyłoby agonię prasy, to umiejętność uczenia się od blogerów, sięganie po ich sposoby sprawdzania informacji i pozyskiwania wiadomości, opanowanie serwisów społecznościowych z całą ich specyfiką. Z całą pewnością nie zaszkodziłoby też odświeżenie stylu, bo nadęte, tłuste, paraliterackie frazy lub też sztywne, schematyczne zdania rodem z polskiej szkoły pisania listów nadal straszą na łamach publikowanych dziś gazet, zamiast pozostać tam, gdzie ich miejsce – w lekturach szkolnych”. Tu bym był ostrożniejszy. Mając do wyboru chociażby recenzje zamieszczane w papierowych „Nowych Książkach”, a te z działu kultury na „Wirtualnej Polsce”, póki co wybieram te pierwsze.

piątek, 7 lutego 2014

Czubaj po angielsku

Ze stolicy przywiozłem powieść kryminalną Mariusza Czubaja pt. „21:37”. Przypomnę, że za tę książkę autor otrzymał Nagrodę Wielkiego Kalibru. Wieczorem, w kameralnym gronie, miałem przyjemność wysłuchać relacji samego pisarza, który opowiedział o promocji książki w Londynie. Pretekstem była premiera angielskiego wydania „21:37”, z której właśnie wrócił. Moją uwagę zwróciło zamieszczenie na stronie tytułowej nazwiska tłumaczki, czyli Anny Hyde. U nas to ciągle rzadkość, a przecież dobry tłumacz to połowa sukcesu. Życzę autorowi aby kolejne jego powieści ukazywały się w krajach anglojęzycznych i nie tylko. Póki co, czekam na nową książkę, którą zapowiada wydawnictwo Albatros. Nosi ona tytuł „Martwe popołudnie” i ma pojawić się jeszcze w pierwszej połowie tego roku.

czwartek, 6 lutego 2014

Polukrowane pola

Dwa dni spędziłem w Warszawie. Jadąc obserwowałem pola, które w słonecznym świetle wyglądały tak, jakby ktoś polał je gigantyczną ilością lukru, który zdążył już zgęstnieć. Zdjęcie zrobione telefonem nie oddaje niezwykłych obrazów, lecz myślę, że chociaż namiastka tego, co widoczne było przez dziesiątki kilometrów na nim jest.


wtorek, 4 lutego 2014

„Zadra” się trzyma

Właśnie ukazało się najnowsze wydanie krakowskiego kwartalnika, od kilku lat ukazującego się tak naprawdę jako półrocznik, „Zadra”. To numer 3-4 z 2013 roku. Mały poślizg w przypadku czasopisma społeczno-kulturalnego nie dziwi. Warto natomiast odnotować, że pomimo trudnej sytuacji tego typu tytułów w Polsce, „Zadrze” udała się rzecz bardzo ciekawa, a mianowicie włączenie czytelniczek we współfinansowanie pisma. Ogłoszona w minionym roku akcja 500 prenumerat okazała się strzałem w dziesiątkę. Dzięki czytelniczkom pismo przetrwało, jest i, miejmy nadzieję, nadal będzie. Akcja jest nadal aktualna, bo z oczywistych względów jest inicjatywą coroczną. W numerze dużo tekstów poświęconych absurdalnej debacie o tworze trudnym do zdefiniowania, czyli o tzw. ideologii gender. Moją uwagę zwrócił jednak tekst wybitnej kryminolożki, prof. Moniki Płatek, pt. „Historie wyszeptane w bieli”. Autorka odwołując się także do własnej biografii przygląda się dzieciom urodzonym pomimo królującego zła i braku nadziei na lepszy świat. Jej brat przyszedł na świat w obozie koncentracyjnym. On i wiele innych dzieci nie umieją zrozumieć, jak to jest rodzić się w czasie wojny – z miłości, z gwałtu, z obowiązku państwowego (przypadek Lebensbornów). Płatek upomina się o prawo kobiet do decydowania o swoim ciele, ale też – niejako na marginesie „Ostatnich świadków” Swietłany Aleksijewicz – namawia dorosłe dziś dzieci do zaakceptowania tego, że przyszło im pojawić się na świecie właśnie wtedy, gdy wokół dominowała śmierć. 

poniedziałek, 3 lutego 2014

LGM - Kilka słów podsumowania

„Szlag by trafił te wszystkie Olsztyny!” pisze jeden z autorów tekstów, które są owocem Literackiej Gry Miejskiej. Okrutna to ocena. Przewrotnie, obraz miasta jaki wyłania się z nadesłanych prac Olsztynowi jako miejscu do tworzenia kryminalnych intryg sprzyja jak najbardziej. Zaś wizja miasta na północy kraju, z wiecznym mrokiem, chłodem, wiatrem szarpiącym poły płaszczów, poczuciem zamknięcia i izolacji oraz odczuwalnym zagrożeniem, może być pociągająca i inspirująca. Tutaj płoną kamienice i samochody. Ociekające krwią trupy wiszą pod Mostem Jana, ciała spadają z ratuszowej wieży, można je znaleźć na zdewastowanym Stadionie Leśnym, czasem pływają w Łynie, głębokim stawie i jednym z licznych jezior. Grupy przestępcze wybijają się seriami z broni palnej na Targu Rybnym. Skarby kryje drewniana podłoga w Teatrze Jaracza, gmachy bibliotek, a nawet pusty akademik przy ulicy Niepodległości. Zbrodniarze posługują się nie tylko bronią palną. Lubią porywać. Można ich spotkać z kijem bejsbolowym i pogrzebaczem w ręku. Mordują nożem, krzesłem, kocem, polewają benzyną, a kiedy brakuje pomysłu, obijają nieszczęsne ofiary buciorami. Czasem, dla większego efektu, odcinają ręce. Zdarza się im dokonać dekapitacji metalowym ostrzem szpadla, którym wcześniej kopią na podolsztyńskich działkach groby. Kiedy indziej bezdomny zostanie zepchnięty z mostu w nurt zimnej, rwącej rzeki, zaś poczucie winy popchnie do zażycia trującej substancji wrażliwą dziewczynę. Powracają w historiach czasy milicji obywatelskiej, Pewexów i restauracji „Andromeda”. Mordercą może być każdy, chociażby dziennikarka, z którą sypia bohater. Tu morduje się bez taryfy ulgowej. Z zemsty, zranionej dumy, odrzuconego uczucia i, rzecz jasna, dla pieniędzy. Brat zabija siostrę, chłopak dziewczynę. Oczywiście, autor autorowi nierówny. Widać braki warsztatowe, styl szwankuje, z ortografią też nie najlepiej. Nie w tym jednak rzecz. Chodzi w tym przypadku o dobrą zabawę, uruchomienie pokładów wyobraźni, dowcip i inteligencję. Tego odmówić twórcom nie mogę. Dziękuję za udział w projekcie i zachęcam do wędrówek po mieście. Gdyż jak napisał przywołany na wstępie jeden z uczestników gry, „Nad ranem niemal wył z bólu, nienawidził Olsztyna z całego serca i tysiąc razy obiecywał sobie wybrać się do tego cholernego miasta”. Ot, taki paradoks.

sobota, 1 lutego 2014

Znawcy

„Sprawa się rypła” podobnie jak i „Zaborcza miłość” otrzymały najniższą z możliwych ocen, czyli jedną gwiazdkę. Równie „wysoko” oceniono „Człowieka widmo” i „Saharę”. Co nie znaczy, że nie trafiały się dwie, a nawet trzy gwiazdki. Sugerowano, aby nie przegapić „Małej miss” – cztery gwiazdki, animowanego „Grobowca świetlików” i „Pierre Boulez – pewna droga” – opowieści o kompozytorze. Oba te filmy w pięciopunktowej skali „Gazety TV” otrzymały noty bliskie doskonałości. Pomimo tego szukałem czegoś innego. Zagłębiłem się w szczegółowy spis programów na piątek. Moją uwagę zwróciło słowo, które pojawia się wcale nie tak rzadko w tytułach filmowych. Jest to „tatuaż”. Wymieniany jako pojedyncze słowo, a czasem w wersji rozbudowanej. Jest zatem tatuaż ostatni, diabła, żeglarza. Wyprodukowano nawet „Człowieka z tatuażem”. Tego, którym się zainteresowałem, recenzenci nie ocenili w żaden sposób. Nie zamieścili odsyłacza do spisu znajdującego się na wcześniejszej stronie. Nie istniał. Czyżby było to aż takie dno? Na szczęście podano nazwisko reżysera, a raczej reżyserki. „Tatuaż” jest dziełem Jane Campion. Dziwne, pomyślałem. Campion otrzymała „Złotą Palmę” w Cannes, „Srebrnego Lwa” w Wenecji. Czyżby jej „Tatuaż” to jakieś twórcze nieporozumienie? Zdarza się wszak najlepszym. Postanowiłem jednak zaryzykować. Moje zdumienie rosło w miarę śledzenia fabuły. Oto scenarzystką „Tatuażu” była Susanna Moore. Pobiegłem między regały i odnalazłem niewielką książeczkę jej autorstwa. Wydało ją u nas na podłym papierze w roku 1998 wydawnictwo Zysk i S-ka. Czyżby zatem film, który zdaniem recenzenta „Gazety Wyborczej” nie zasługiwał na jakiekolwiek odnotowanie, był filmową adaptacją powieści Moore, którą amerykański „Newsweek” określił „Wirtuozersko skonstruowaną tajemnicą morderstwa”, a „Time” nazwał „Zadziwiającym… skomplikowanym thrillerem, który wykorzystuje najgłębsze potencjały literatury”? Wyglądało na to, że chodzi o tę samą książkę. Dalej było jeszcze ciekawiej. Zdjęcia do „Tatuażu” zrobił Dion Beebe. Tak, tak, ten sam, który za „Wyznania gejszy” dostał Oskara. Zapragnąłem dowiedzieć się, kim jest autor pięknej muzyki niepokojąco pobrzmiewającej z ekranu telewizora. Facet nazywa się Hilmarsson. To urodzony w Reykjaviku twórca ścieżki dźwiękowej do chociażby historii o staroangielskim bohaterze poematów Boewulfie. Teraz aktorzy. Meg Ryan (gdzież jej tam do aktorów z „Człowieka widmo”!). Partneruje jej w roli policjanta Mark Rufallo, który zagrał chociażby w „Mieście ślepców”. Kolejni nieznani to grająca siostrę głównej bohaterki Jennifer Jason Leight. Zaś krążący po ulicach z psem na rękach lekko psychopatyczny osobnik to nikt inny jak Kevin Bacon. Jednym słowem – amatorka. Bo kto by zwracał uwagę na takie byle co, jak film Jane Campion. Spece z „Wyborczej TV” wiedzą co należy oglądać, a czego nie. Chronią mnie przed miernotą, skwapliwie ją przemilczając. Chwała im za to!

piątek, 31 stycznia 2014

Wielkie plagi tańca

„Słuch absolutny” to rozmowa, jaką Jerzy Illg przeprowadził z profesorem Andrzejem Szczeklikiem. Trzeciego lutego miną dwa lata od śmierci legendarnego lekarza. Wśród wielu tematów poruszanych w tej książce natrafiłem na informację, która mogłaby stanowić świetny materiał na powieść. Rzecz traktuje o epidemii tańca. Profesor Szczeklik opowiada: „W czasach nowożytnych w Europie też zdarzały się wielkie plagi tańca. Paracelsus opisał, jak pod koniec XVI czy na początku XVII wieku w zamożnym, mieszczańskim Strasburgu jakaś Frau, w dobrze średnim wieku, chodziła po targu i nagle zaczęła tańczyć w kółeczko. Tańczyła aż do wieczora, póki miała siły. Dowlokła się do domu. Ludzie zapomnieli o wydarzeniu… Dwa dni później wyszła i znowu zaczęła tańczyć – tym razem tańczyła tak, że w ogóle nie mogła się zatrzymać. Parę osób spośród przekupek czy przechodniów przyłączyło się do niej. Tańczyli i szybko tak się to rozszerzyło, że tych ludzi wkrótce było kilkudziesięciu, potem kilkuset. I tańczyli do upadłego, mieli bąble na nogach, zdarte buty, nie można ich było w żadem sposób powstrzymać. Stopniowo wędrowali z miasteczka do miasteczka i ta choreomania ogarnęła kawał Europy. Przerażony burmistrz Strasburga i burmistrzowie innych mniejszych miasteczek zwrócili się o radę do najsłynniejszych konsyliarzy. Oni się zastanawiali, a tamci tańczyli dalej. Padali, ginęli z wycieńczenia”. Nie zdradzę, jak ta historia się zakończyła. Odsyłam do lektury znakomitej rozmowy. Naprawdę warto. 

środa, 29 stycznia 2014

„To nie jest kraj dla starych ludzi”

Wydawnictwo Literackie konsekwentnie przybliża polskim czytelnikom twórczość Cormaca McCarthy’ego. Najnowsza propozycja nosi tytuł „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Mocno wypromował tę powieść film braci Coen. Książka w tłumaczeniu Roberta Sudóła robi, rzecz jasna, jeszcze większe wrażenie. McCarthy właściwie całkowicie zrezygnował z lirycznych opisów, które we wcześniejszych powieściach tworzyły niezwykły świat. W tej powieści postawił na krótkie, mocne dialogi, opisy miejsc i ludzi ograniczył do niezbędnego minimum. Czasem oddaje głos staremu policjantowi, który toczy niespieszną opowieść o swoim życiu, lecz również i o Ameryce. Niewielki fragment: „Jakiś czas temu przeczytałem w gazecie, że nauczyciele natknęli się gdzieś na sondaż, co go rozesłano w latach trzydziestych do niektórych szkół w całym kraju. To był taki kwestionariusz o tym, jakie są problemy z nauką w szkołach. No i natrafili na te formularze, wypełnione i przysłane z różnych zakątków kraju z odpowiedziami na pytania. No i najważniejszymi problemami, które wyszły, były takie rzeczy, jak rozmawianie w klasie i bieganie po korytarzu. Żucie gumy. Ściąganie. Tego rodzaju sprawy. No to wzięli jeden formularz, który był pusty, wydrukowali ileś kopii i wysłali do tych samych szkół. Czterdzieści lat później. No i nadeszły odpowiedzi. Gwałty, podpalenia, morderstwa. Narkotyki. Samobójstwa. No i tak sobie rozmyślam. Bo często, jak gadam cośkolwiek o tym, że świat schodzi na psy, ludzie się uśmiechają i mówią mi, że się starzeję. Że to jeden z objawów. Ale mnie się widzi, że jak ktoś nie umie odróżnić gwałtu i zabijania ludzi od żucia gumy, to ma sporo większy problem niż ja”.

wtorek, 28 stycznia 2014

Nowa nagroda dla powieści kryminalnych

Nie tylko Wrocław ma nagrodę dla powieści kryminalnej. Właśnie powstała nowa, a wymyślono ją w Pile – mieście od lat promującym kryminały. Całkiem niedawno wyszła nawet antologia opowiadań związanych tematycznie z tym miastem, czyli „Błąd w sztuce. Kryminalna Piła”. Jak podają organizatorzy jurorami zostali znawcy tematu w osobach: Wojciecha Burszty, Leszka Koźmińskiego i Roberta Ostaszewskiego. Propozycje można zgłaszać na adres organizatorów do końca lutego. Mogą to zrobić zarówno wydawcy jak i sami autorzy. Wyniki zostaną ogłoszone na początku kwietnia podczas Festiwalu Kryminału „Kryminalna Piła”. Więcej informacji można uzyskać pod adresem: http://www.rck.pila.pl/index.php/kontakttop.html


niedziela, 26 stycznia 2014

Darska o literaturze popularnej

We wczorajszej „Gazecie Wyborczej” Bernadetta Darska ostro wypowiedziała się na temat tworzonej w Polsce pop literatury. Przewodnicząca jedynej obecnie w kraju nagrody dla autorek piszących prozę popularną napisała m.in.: „Zwykle powieści popularne operują mniej skomplikowanym językiem (niż literatura artystyczna – przyp. T.B.), często poprzestają na przekazie jeden do jednego, raczej nie siląc się na oryginalność, zatrzymując się na przeciętności.” Dalej krytyczka przechodzi do konkretów, czyli do nazwisk: „O ile w przypadku przywołanego Zygmunta Miłoszewskiego można mówić o dobrym rzemiośle, o tyle w przypadku Kalicińskiej należałoby powiedzieć o żenującym braku rzemiosła.” Coś jest na rzeczy. Przypomnę, że jurorom festiwalu literatury kobiecej nie udało się w minionym roku wybrać przewidzianej w regulaminie ilości finalistek. Nie świadczy to dobrze o warsztacie piszących, których z takim żarem bronią autorzy tekstu „Alice Munro nie miałaby u nas szans”. Całość tekstu Darskiej tutaj: http://wyborcza.pl/magazyn/1,135763,15287107,Gdzie_artysci__gdzie_pop.html

piątek, 24 stycznia 2014

Spotkanie autorskie Katarzyny Bondy

Wczoraj w Olsztynie panowały prawdziwie zimowe temperatury (prawie -20), za to w Kamienicy Naujacka atmosfera była gorąca. Katarzyna Bonda opowiadała o swoich książkach. Część rozmowy dotyczyła „Polskich morderczyń”. Autorka pytana o emocje towarzyszące powstawaniu książki, wspominała o tym, jak się zmieniały – od lęku i niepewności, przez ciekawość i fascynację po uczucie litości. Mocno akcentowała fakt, iż człowiek, który morduje, także jest ofiarą. „To zabija obie strony” – mówiła. Bondę pytano również o proces tworzenia i o podejście do bohaterów i fabuły. Pisarka nie ukrywała, że pisaniu towarzyszy stan obsesji. Opowiadała o poprzedzających pisanie długotrwałych przygotowaniach i badaniach, dzięki którym świat przedstawiony jest wiarygodny. Wyznała również, że bardzo ważna jest dla niej uczciwość w stosunku do czytelnika. Bardzo udane spotkanie – o rzeczach ważnych i dla odbiorcy, i dla twórcy, a do tego sprawne prowadzenie Piotra Bierżyńskiego, dzięki czemu rozmowa ani na chwilę nie traciła dynamiki. Czegóż chcieć więcej. Tylko lepszej pogody na przyszłość. J






czwartek, 23 stycznia 2014

Bestsellery

To hasło przewodnie najnowszego numeru „Nowej Dekady Krakowskiej” (2013, nr 6). Wybrałem dwa teksty, które szczególnie zwróciły moją uwagę. Pierwszy z nich jest autorstwa Roberta Ostaszewskiego. Krytyk, redaktor, a również autor powieści kryminalnych w artykule pt. „Od zera do bohatera, czyli o modzie na kryminały po polsku” pisze m.in.: „W coraz większym stopniu twórcy kryminałów przejmują od autorów głównego nurtu także zadanie opisywania naszego >tu i teraz<. Pisarze głównonurtowi zdają się koncentrować uwagę na ledwie kilku wybranych tematach, takich jak problemy z tożsamością, dysfunkcjonalne rodziny czy polityczno-ideologiczne przepychanki na linii – powiedzmy, dość umownej – lewica – prawica”. Ostaszewski stawia tezę, że „(…) z niektórych powieści kryminalnych można się dowiedzieć o Polsce i Polakach więcej niż z książek uznawanych za >poważniejsze<”. Drugim tekstem, na który warto zwrócić uwagę jest „Prawie jak moralitet?” autorstwa Anny Pekaniec. Przygląda się w nim sprzedanej w stu tysiącach egzemplarzy powieści Marty Stefaniak pt. „Czary w małym miasteczku”. Rzadko się zdarza, aby na łamach prasy literackiej omawiano książkę z nurtu twórczości popularnej. Pekaniec pisze: „Jako >tekst dobrze zrobiony< pierwsza powieść Marty Stefaniak jest prawie wzorcową realizacją zaproponowanych przez Ewę Kraskowską wyznaczników powieści kobiecej, obejmującej zarówno teksty przynależące do szeroko pojętego kanonu literatury wysokoartystycznej, jak i te, które mieszczą się w coraz bogatszym zbiorze popularnej literatury kobiecej – pisanej przez kobiety i adresowanej dla kobiet.” Stefaniak za swoją powieść otrzymała główną nagrodę na Festiwalu Literatury Kobiecej w Siedlcach. Pekaniec zauważa, że przywołany festiwal po odsunięciu Ingi Iwasiów i Beaty Kozak z jury Nagrody Gryfii jest „jedyną przestrzenią, by tak rzec, konkursową, w której odbywa się dyskusja nad literaturą z kobiecą sygnaturą”. Namawiam do lektury całego numeru, w którym redaktorzy z różnych perspektyw przyglądają się mechanizmom powstawania bestsellerowych książek.

środa, 22 stycznia 2014

Spotkanie z Radziwinowiczem

Kolejny znakomity autor w krótkim odstępie czasu przyjedzie do Olsztyna. Tydzień temu była na spotkaniu z czytelnikami Angelika Kuźniak, jutro opowie o „Polskich morderczyniach” Katarzyna Bonda, a następnego dnia (24 stycznia) Wacław Radziwinowicz będzie gościem Ewy Zdrojkowskiej w Radiu Olsztyn. To z tamtejszej sali konferencyjnej zostanie nadana audycja Wieczór Autorski będąca równocześnie spotkaniem autora z publicznością. Radziwinowicz, wieloletni korespondent „Gazety Wyborczej” w Rosji, jak mało kto potrafi w swoich książkach opowiadać o tym kraju. Jego wcześniejsza pozycja, czyli „Gogol w czasach Google’a”, to przykład świetnej roboty reporterskiej. Wychwalałem tę książkę na tym blogu, umieściłem w podsumowaniu najlepszych tytułów minionego roku napisanych przez twórców związanych z Olsztynem. Nie wyobrażam sobie, żeby zabrakło jej w finale tegorocznego Wawrzynu, czyli Literackiej Nagrody Warmii i Mazur. Na kilka tygodni przed zimową olimpiadą Radziwinowicz proponuje czytelnikom „Soczi. Igrzyska Putina”. Książki jeszcze nie czytałem, chociaż już ją posiadam. Piątkowe spotkanie będzie bezpośrednio wyemitowane na antenie radiowej. Można zatem spotkać się z dziennikarzem nie wychodząc z domu. Wystarczy zajrzeć tutaj: http://ro.com.pl/spotkanie-z-waclawem-radziwinowiczem-w-radiu-olsztyn/01101773

wtorek, 21 stycznia 2014

Bonda w Olsztynie

Katarzyna Bonda
Wszystkich tych, którzy w najbliższy czwartek (23 stycznia) będą w Olsztynie namawiam do odwiedzenia Kamienicy Naujacka, czyli siedziby MOK-u. Tego dnia, o godzinie 18:00, odbędzie się spotkanie z Katarzyną Bondą. Miłośnikom kryminałów autorki przedstawiać nie trzeba. Dla tych, którzy jeszcze jej nie znają zamieszczam kilka informacji, które zaczerpnąłem ze strony maszynadopisania.pl. Bonda jest pisarką, scenarzystką, dokumentalistką, z wykształcenia dziennikarką, ukończyła scenariopisarstwo. Pracowała dla „Newsweeka”, „Wprost” i TVP. Jest wielokrotną stypendystką m.in. europejskiego programu ScriptTeast dla scenarzystów. Jej powieści były nominowane i nagradzane. Ostatnio opublikowała „Polskie morderczynie”, które były wystawiane na deskach teatru oraz prezentowane słuchaczom w formie słuchowiska radiowego. To o tym projekcie, lecz zapewne i o innych rodzajach swojej przebogatej działalności będzie opowiadała na czwartkowym spotkaniu. Warto przyjść i posłuchać.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

„Najlepsze książki roku 2013” - głosowanie

„Kłamca”, czyli druga część trylogii mojego autorstwa, znalazła się wśród książek ubiegających się o tytuł „Najlepszej książki roku 2013”. Konkurs zorganizował portal Granice.pl. Przypomnę, że wcześniej „Kłamca” został wybrany głosami czytelników „Najlepszym kryminałem lata 2013”. Zachęcam do wzięcia udziału w zabawie. Dla uczestników przewidziano nagrody. Głosy można oddawać tutaj: http://www.ksiazkiroku.pl/ksiazka,277021

niedziela, 19 stycznia 2014

Wybory

Wczorajsze popołudnie spędziłem na obradach olsztyńskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Nie będę w tym miejscu pisał o samym zebraniu, bo mało na tego typu spotkaniach jest literatury, a dużo więcej spraw urzędowych, problemów natury technicznej i organizacyjnej. Pragnę natomiast poinformować, że od wczoraj mamy, my twórcy z olsztyńskiego oddziału, nowego prezesa. Miejsce ustępującej Alicji Bykowskiej-Salczyńskiej zajął Krzysztof Szatrawski. Nowy prezes ma tytuł doktora. Pracuje na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Jest poetą, tłumaczył m.in. Whitmana, Eliota, Bukowskiego, Waitsa, Ginsberga, Holza. To również autor tekstów piosenek. W zeszłym roku otrzymał Nagrodę Prezydenta Olsztyna. Jego kadencja potrwa trzy lata.

czwartek, 16 stycznia 2014

Ziemowit Szczerek z „Paszportem”

Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję, że tegoroczny „Paszport Polityki” otrzymał Ziemowit Szczerek za książkę pt. „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian”. Wydawcą nagodzonej pozycji jest krakowski Ha!art. Oficyna ta publikuje głównie dzieła młodych autorów. Najbardziej z nich znani to nagrodzeni „Paszportem” Sylwia Chutnik, Michał Witkowski i Sławomir Shuty. Dwoje pierwszych autorów po sukcesie odeszło z Ha!artu. Shuty  wydał trzy książki w warszawskim wydawnictwie W.A.B. Potem powrócił do krakowskiej oficyny. Warto dodać, że do finału „Paszportów” wchodzi trzech autorów wskazanych przez krytyków. Co istotne, nie uczestniczą oni w wyborze laureata. Tego dokonują redaktorzy „Polityki”. Zwycięstwo Szczerka piszącego o Ukrainie, biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia w tym kraju, rozgłos im towarzyszący, wydaje się być naturalnym. Autorowi, rzecz jasna, gratuluję.

środa, 15 stycznia 2014

Przykład polskiej pogardy

Angelika Kuźniak
Kiedy w listopadzie ubiegłego roku w Olsztynie odbyła się premiera „Papuszy”, reżyser filmu Krzysztof Krauze tak wypowiedział się na temat absencji urzędników miejskich: „Nieobecność na tym wieczorze przedstawicieli władzy to przykład polskiej pogardy dla wszystkich”. Wczorajszego popołudnia miała miejsce druga odsłona opowieści o romskiej poetce, tym razem literacka. W kamienicy Naujacka gościła autorka reportażu o Bronisławie Wajs, czyli Papuszy – Angelika Kuźniak. Czy po ostrych słowach znanego reżysera lokalni notable stawili się na spotkanie mogące stanowić pretekst do głębszej refleksji na temat sytuacji Romów? Rozglądałem się uważnie, lecz prócz kilku dziennikarzy, na sali wypełnionej w zdecydowanej większości osobami w wieku emerytalnym  nie dostrzegłem lokalnej władzy. Prowadząca spotkanie przywitała zgromadzoną publiczność w imieniu dyrektora placówki, którego wymieniła z nazwiska. Jego również zabrakło na widowni. Prawdę mówiąc zabrakło tych wszystkich, którzy na tym spotkaniu być powinni. Studentów dziennikarstwa, wszak Kuźniak to trzykrotna zdobywczyni nagrody Grand Press i jak mało kto zna się na swojej profesji. Nie widziałem młodych literaturoznawców, którzy zapewne wiedzieli, że twórczość Papuszy cenił sam Tuwim. Kuźniak pisała o Jelinek, przeprowadziła wywiad z inną noblistką Hertą Muller. Nie pojawili się na tym spotkaniu miłośnicy kina, chociaż Kuźniak napisała książkę o jednej z największych gwiazd ekranu – Marlenie Dietrich. Nie widziałem miejskich radnych, których temat mniejszości etnicznych powinien interesować szczególnie.

Miałem w tym miejscu napisać kilka zdań o spotkaniu ze znakomitą reporterką. Rezygnuję z tego. Zakończę parafrazując Krzysztofa Krauze. Nieobecność na tym wieczorze studentów, pracowników uniwersytetu, urzędników odpowiedzialnych za kulturę, to przykład polskiej pogardy dla wszystkich.

wtorek, 14 stycznia 2014

„Trilinguis”

Wczorajszego popołudnia wybrałem się do Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej. Pretekstem była premiera serii wydawniczej noszącej tytuł „Trilinguis”. To pomysł polegający na publikacji tekstu w trzech językach . Jest on wydrukowany trakcyjnymi technikami drukarskimi, a każdy egzemplarz został ręcznie numerowany. Pierwsza pozycja serii to „Tyłeczek modelki Herzigowej” autorstwa Marka Barańskiego. Prezentacja została połączona z występem dwojga młodych artystów: Lucyny Kowalskiej i Mateusza Cwalińskiego, którzy zaprezentowali utwory muzyczne do tekstów Barańskiego.

Marek Barański - autor "Tyłeczka modelki Herzigowej"

Prof. dr hab. Zbigniew Chojnowski wygłasza słowo wstepne

Lucyna Kowalska i Mateusz Cwaliński.
Na fotelu Marek Gardzielewski - drukarz, wykonawca publikacji


Dyrektor WBP Andrzej Marcinkiewicz


poniedziałek, 13 stycznia 2014

Gender w „Odrze”

Gorąco polecam lekturę styczniowego numeru miesięcznika „Odra” (1/2014). Pełny spis treści podaję tutaj: http://www.okis.pl/site/w_aktualnym_numerze/n/1/n/1/n/1.html. Zaś w tym miejscu przytoczę fragment tekstu, jaki przygotował Mariusz Urbanek. Nosi on tytuł: „Wszystko co wiesz i czego nie wiesz o gender. Quiz.” Autor zadaje dziesięć pytań związanych z najbardziej gorącym tematem ostatnich tygodni. Możliwości odpowiedzi są w każdym wypadku cztery. Redakcja zaznacza: „O pomoc w ich przygotowaniu oraz sformułowanie możliwych odpowiedzi poprosiliśmy ekspertów od tematu gender: arcybiskupów Józefa Michalika i Henryka Hosera, prof. Magdalenę Środę oraz publicystów Tomasza Terlikowskiego i Kazimierę Szczukę.” Jak widać rozpiętość najszersza z możliwych. Na użytek tego bloga postanowiłem przedstawić wariant, w którym wybrałem pierwszą z możliwych opcji. Zatem zaczynam:
1. Co to jest gender?
- Negowanie płci biologicznej i naturalnych różnic między kobietą i mężczyzną.
2. Do czego prowadzi akceptacja dla gender?
- Do dewastacji rodziny i wynarodowienia Polaków.
3. Kto wymyślił gender?
- Maniacy seksualni i inni zboczeńcy.
4.Dlaczego pojęcie „gender” zrobiło taką karierę?
- Bo stoi za nim lobby ateistyczno-homoseksualne, dominujące w Ameryce i Unii Europejskiej.
5. Do czego można porównać gender?
- Do nazizmu i homoseksualizmu.
6. Po co zostało wymyślone pojęcie „ideologia genderyzmu”?
- Nikt nie musiał niczego wymyślać, ideologia genderyzmu to spisek wymierzony w Kościół.
7. Jakie są skutki szerzenia ideologii gender?
- Transseksualizm i feminizm.
8. Dlaczego gender budzi tyle emocji?
- Bo totalitaryzmowi należy przeciwstawiać się, zanim zmieni się w obowiązujące prawo.
9. Kto się boi gender?
- Agresywnego genderyzmu powinni bać się wszyscy, którzy nie chcą zdominowania ludzkości przez transseksualne, niezdolne do rozmnażania się osobniki.
10. Czy gender jest uleczalne?
- Podstawowym środkiem zapobiegawczym jest izolowanie osób zarażonych gender.

Autor podaje na koniec wyniki quizu, które podzielił na kilka grup. Moje prowokacyjnie dobrane odpowiedzi oznaczają, że: „Potrafisz dostrzec wynikające z gender śmiertelne zagrożenie płynące dla ludzkości, którą wyznawcy tej ideologii prowadzą prostą drogą do samounicestwienia.”

Z tego miejsca lojalnie informuję czytelników bloga, że jako mąż wykładowczyni Gender Studies i feministki, od dawna jestem nosicielem gender. Choroba się rozwija. Mogę zarażać. 

niedziela, 12 stycznia 2014

Kwiatkowski

Napis na paragonie fiskalnym z EMPiK-u był następujący: „Powiedz nam co o nas myślisz! Wejdź na stronę www.iloveempik.pl.” Dalej było jeszcze ciekawiej. Przy skrzyżowaniu Dworcowej i Kołobrzeskiej natrafiłem na gigantyczny tłum młodzieży. Nastolatki zajmowały znaczną część chodnika i wisiały na metalowym ogrodzeniu, żywo o czymś rozprawiając, a w pewnej chwili z setek gardeł wybuchł trudny do wytrzymania pisk. W rozhisteryzowanej masie wypatrzyłem osoby starsze, wyglądały na opiekunów oszalałych dzieci. Zapragnąłem dowiedzieć się, z jakiego powodu ich latorośle okupują klub muzyczny o tak wczesnej porze. Była wszak godzina piętnasta. – To pan nie wie? Kwiatkowski przyjechał. Zacząłem intensywnie grzebać w najgłębszych zakamarkach pamięci. Znałem dwóch Kwiatkowskich, a może i trzech nawet. Pierwszym był wicepremier II Rzeczypospolitej, o którym dowiedziałem się na lekcji historii. Ten z oczywistych powodów odpadał. Drugi napisał scenariusz do „Rękopisu znalezionego w Saragossie”. Również nie żył. Ostatni, jakiego sobie przypomniałem, był w jakimś sensie związany z show businessem. Lecz i jego trudno byłoby posądzać o popularność, którą mógłbym porównać tylko z najlepszymi czasami Beatlesów. Myślałem o bohaterze filmu Kutza, a zatem o postaci fikcyjnej, a do tego reprezentującej równie fikcyjne siły zbrojne, niejakim Pułkowniku Kwiatkowskim. Poddałem się i powróciwszy do domu sprawdziłem w Internecie, kim jest Kwiatkowski? Teraz już wiedziałem, że Dawid to nadzieja polskiej muzyki, osiemnastolatek. Nagrał płytę. Mimo wszystko nie zdecydowałem się na zapoznanie z twórczością artysty. Nie przekonał mnie nawet argument, że Kwiatkowski to „polski Justin Bieber”. Może właśnie ten zadecydował… Przed siedemnastą wyruszyłem w kierunku kina. Dzieci ciągle wisiały na płocie, czekały na gwiazdę. Sala w Heliosie była wypełniona prawie w całości. Śmierdziało rybą i chrupkami, panował upał. Nowy film Scorsese o maklerze giełdowym Belforcie to znakomita satyra na amerykański konsumpcjonizm. Ostatnia scena, w której tytułowy Wilk z Wall Street naucza ludzi (zdecydowanie mniejszą ilość niż pod klubem w Olsztynie) jak handlować, jest wielce wymowna. Scorsese mówi: Potępiacie to, co zrobił Belfort, lecz jesteście gotowi płacić, by znaleźć się na jego miejscu. Film wcale nie tak zabawny. Choć zapewne inaczej myślała znaczna część sali, wyjąc ze śmiechu, kiedy DiCaprio, odurzony narkotykiem, próbuje doczołgać się do limuzyny. Pieszo wróciłem do domu. Fani Kwiatkowskiego już dawno spali, dochodziła  wszak jedenasta. Książki czytać już nie miałem ochoty, w telewizji lała się krew z "Domu złego". Uruchomiłem komputer i wszedłem na YouTube. „Nazywam się Dawid Kwiatkowski, zawsze walczę o swoje i łapie najlepsze momenty życia…” Zacząłem słuchać…

sobota, 11 stycznia 2014

„Atlas zbuntowany” w filmowej adaptacji

Swoją pierwszą powieść Ayn Rand próbowała wydać przez trzy lata. Kolejnych siedem lat musiała czekać na sukces, jakim była publikacja „Źródła”. Ale naprawdę wielką sławę przyniósł jej wydany cztery lata później „Atlas zbuntowany”. Ameryka oszalała na punkcie tej powieści. Powołam się na dane Biblioteki Kongresu USA, wedle których książka Rand jest drugą najczęściej czytaną pozycją w historii. Przed nią jest tylko… Biblia! Pochodząca z Rosji pisarka widziała czym jest bolszewizm, jej rodzina poznała grozę rządów komunistów. Po opuszczeniu Rosji w połowie lat dwudziestych XX wieku zamieszkała w Stanach Zjednoczonych. Wspomnienie niszczenia prywatnej własności, dorobku pokoleń przez oszalałe z nienawiści masy zostało w niej na zawsze. Prócz pisania książek i sztuk teatralnych zajmowała się filozofią. Głosiła tzw. filozofię obiektywną. To tezy w niej zawarte wykorzystała w swojej najsłynniejszej powieści. Fabuła jest niezwykła. Od pewnego czasu znikają przedsiębiorcy, bankierzy, wynalazcy, czyli mówiąc inaczej, ludzie którzy mają realny wpływ na gospodarkę państwa. Pytanie jest następujące: Dlaczego znakomici fachowcy, jeden po drugim, przystępują do tego niezwykłego protestu? Okazuje się, że do porzucenia dotychczasowego życia namawia ich niejaki John Galt. Kim on jest? W jakim celu chce zatrzymać mechanizmy nakręcające tryby świata? Co dzieje się z państwem, gdy jego siły sprawcze podejmują strajk? Tytułowy Atlas nie ma już ochoty dalej dźwigać Ziemi. Polecam powieść, a dla tych, którzy chcieliby poznać losy bohaterów tej książki, lecz przeraża ich perspektywa lektury blisko 1200 gęsto zapisanych stron mam informację. Otóż, wczoraj kanał HBO wyemitował pierwszy odcinek telewizyjnej adaptacji książki. Zapewne będą powtórki, warto poszukać. Film nie powala, lecz to całkiem sprawnie zrobione rzemiosło. Nie wiedzieć „kim jest John Galt?” To przecież niemożliwe!

piątek, 10 stycznia 2014

Magdalena Grochowska - „Wytrąceni z milczenia”

Świetnie się czyta reportaże Magdaleny Grochowskiej zebrane w książce pt. „Wytrąceni z milczenia”. Pierwsze wydanie tej pozycji miało miejsce w roku 2005, teraz pojawiło się drugie, które ukazało się w Wydawnictwie Czarne. Grochowska portretuje wielkie postacie polskiej nauki i sztuki. Zdobywczyni Nagrody Nike czytelników 2010 i Grand Press dociera do ludzi i miejsc niezwykłych. Opisuje gigantów z ich słabościami, nałogami i marzeniami. Co ważne, wypowiedzi i archiwalne materiały bohaterów są bardzo aktualne i dzisiaj, a może szczególnie dzisiaj. Niechaj przykładem będzie fragment artykułu, który filozof profesor Tadeusz Kotarbiński zamieścił jeszcze przed wojną w „Racjonaliście”.: „Uniwersytet ma być przybytkiem wolnej myśli. Tymczasem wstęp nań mają tylko posiadacze stopnia z religii na maturze. W salach powieszono krzyże, rok akademicki zaczyna się od nabożeństw, Senat akademicki kroczy w procesjach. Profesorów kapłanów obowiązuje złożona papieżowi przysięga antymodernistyczna, a przecież naukowiec może się zobowiązywać jedynie do mówienia prawdy. Do szkół wdziera się przymusowe kłamstwo. Nauczyciel powinien być antyreligijny w takim stopniu, w jakim religia jest antynaukowa. Można zachować przyzwoitość z motywów pozareliginych, nie ze strachu przed piekłem”. Polecam!

czwartek, 9 stycznia 2014

Wędrówki ojców i synów

TVP 1 wyemitowała wczoraj „Drogę” na podstawie powieści Cormaca McCarthy’ego o tym samym tytule. Filmu wcześniej nie widziałem. Czytałem natomiast powieść, która co prawda nie jest moją ulubioną książką amerykańskiego pisarza, bo „Krwawy południk” to w moim prywatnym rankingu numer jeden, lecz robi duże wrażenie. Również i ja mam w pisarskim dorobku książkę opartą na motywie wędrówki ojca z synem. To zresztą częsty motyw w literaturze. W 2005 roku opublikowałem „Dłużyzny”. Już myślałem, że świat o tej pozycji zapomniał, a tu proszę. Kilka miesięcy temu w prestiżowym wydawnictwie naukowym Universitas (Kraków 2013) pojawiła się książka autorstwa profesora UAM Tomasza Mizerkiewicza pt. „Literatura obecna. Szkice o najnowszej prozie i krytyce”. W tejże książce autor umieścił szkic o przywołanych „Dłużyznach”. Mizerkiewicz pisze: „[…] rodzi się pokusa, by zinterpretować Dłużyzny jako oryginalną analitykę zła. Jak wiadomo, zwolennicy teodycei, czyli idei mówiącej o doskonałym urządzeniu świata przez Boga, natrafiali z reguły na zarzut o przeoczenie dowodów ludzkiego bestialstwa i musieli ciągle odpowiadać na pytanie: unde malum? Książka Białkowskiego może być, jak podejrzewam, przeczytana jako śmiały eksperyment, w którym autor zastanawia się nad sytuacją odwrotną – jeśli wysłuchamy głosicieli zasady zła, to co będzie przeczyć wstępnym scenariuszom narzucanym przez nich rzeczywistości? Ojciec i syn za takich głosicieli mogą być uznani, gdyż wiele wskazuje na to, iż są oni wewnątrz „dyskursu” zła i poprzez jego „struktury” myślą o świecie. […] Tymczasem lekko satanistyczna para bohaterów zaczyna się jednak coraz częściej potykać”.