poniedziałek, 31 marca 2014

Gówno

Ostatnimi czasy słowo to jest przez naszych rodzimych autorów odmieniane w każdym z możliwych przypadków. Jakże niesłusznie wydzieliny ludzkiego ciała mają negatywny wymiar. Publikacja nosząca tytuł „Ciemna materia. Historia gówna” ukazuje się w idealnym momencie. Może być ona wielce pomocna przy tworzeniu kolejnych tekstów i zweryfikuje pogląd na temat ekskrementów, którymi obrzucają się niemiłosiernie pisarze i pisarki na łamach prasy. Florian Werner, niemiecki pisarz i dziennikarz, postanowił przyjrzeć się łajnu, roli jaką odegrało i odgrywa w naszym życiu codziennym, lecz również w kulturze, nauce i sztuce. Poniżej zamieszczam fragment odnoszący się akurat do religii: „W dawnych czasach zresztą wiara w cudowną moc świętego gówna – niezależnie od tego, czy pochodziło od samego Zbawiciela, czy też od prostych duchownych – była szeroko rozpowszechniona. Kiedy na początku VII wieku Aed Uaridnach, późniejszy król Irlandii, przejeżdżał przez miasto Othna Muru, jeden z jego ludzi ostrzegł go, by nie mył rąk w przepływającej przez nie rzece. Dlaczego? – miał zapytać Aed. Rycerz odpowiedział po chwili wahania, że nieco w górę jej biegu na brzegu znajduje się ubikacja miejscowego księdza i woda zanieczyszczona jest ekskrementami. Dowiedziawszy się, że święty człowiek sra do rzeki, Aed natychmiast postanowił się w niej umyć. <<Nie tylko umyję w niej twarz – cytuje staroirlandzki manuskrypt – wezmę ją także do ust i napiję się (wziął trzy głębokie hausty), bo woda, do której wpadają jego odchody, jest dla mnie jak sakrament>>. Innymi słowy: ekskrementy księdza to swego rodzaju hostia. Widząc tak głęboką pobożność, duchowny przepowiedział Aedowi Uaridnachowi władzę nad całą Irlandią i długie życie, a po prowizorycznej fekalnej wieczerzy podał mu komunię”. I jak tu mówić o przysłowiowej „gównianej sprawie”, kiedy bohater opowieści za sprawą gówna zostaje królem?

sobota, 29 marca 2014

Bogusław Chrabota „Königsberg. Historia rodzinna”

Wczorajszego popołudnia wybrałem się na ulicę Radiową, przy której, jak łatwo się domyślić, znajduje się siedziba Radia Olsztyn. Sala konferencyjna była zapełniona do ostatniego miejsca. Gościem dziennikarki Ewy Zdrojkowskiej był pisarz, poeta i dziennikarz Bogusław Chrabota. Szerzej znany jednak jako redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”. Jak się wkrótce okazało, jego twórczość literacka zupełnie niesłusznie jest wymieniana jako zajęcie drugorzędne. Fragmenty książki pt. „Königsberg. Historia rodzinna” w interpretacji aktorki Teatru im. Stefana Jaracza Ireny Telesz i związanego z Radiem Olsztyn Jaromira Wroniszewskiego zrobiły duże wrażenie na publiczności. Publikacja Chraboty jest próbą literackiego zapisu losów mieszkańców Königsberga z czasów dla tego miasta najbardziej tragicznych, bo związanych z oblężeniem przez Armię Czerwoną. Autor ma bardzo emocjonalny stosunek do tego miejsca. W Kaliningradzie mieszkała jego babka, przesiedlona po wojnie do założonego przez Krzyżaków miasta. Miasta, które przez wieki przechodziło we władanie Polaków, Niemców, a obecnie należy do Rosjan. Ci ostatni zniszczyli je prawie całkowicie, nie pozostawiając śladów po dawnej świetności. Na spotkaniu z dziennikarzem jednej z największych polskich gazet nie mogło obyć się bez pytań o przyszłość polityczno-gospodarczą Kaliningradu i całego regionu bezpośrednio sąsiadującego z Warmią i Mazurami. Chrabota poddał w wątpliwość aktualność planów stworzenia z tego regionu europejskiego odpowiednika Hong Kongu, strefy wolnego handlu, przepływu ludzi i technologii, poszerzonych kontaktów z krajami Unii Europejskiej. Wydarzenia ostatnich tygodni na Ukrainie skutecznie proces ten odsunęły, być może na długie lata. Na koniec warto dodać, że Königsberg to ciągle miejsce słabo opisane przez literaturę. To tam mieszkał przez całe swoje życie filozof Immanuel Kant – rektor słynnej Albertyny. Dyrektorem tamtejszego teatru był kompozytor Richard Wagner, dzieciństwo spędziła Hannah Arendt, urodził się Abraham van den Blocke – projektant i wykonawca gdańskiego Neptuna, Złotej Bramy i Wielkiej Zbrojowni. Z Königsberga pochodzi fizyk Kirchhoff, którego dwa słynne prawa musi znać każdy uczeń (przynajmniej w teorii), wybitni matematycy: Hilbert i Goldbach, sławni architekci, lekarze, prawnicy, rzeźbiarze, malarze, naukowcy, pisarze, laureaci Nagrody Nobla. Szkoda, że przez dziesięciolecia, jak widać skutecznie, przemilczano wielką historię tego miasta. Niedawno pisałem na tym blogu o książce Hansa von Lehndorffa, który w swoim dzienniku z Prus Wschodnich opisał potworności wojny widziane z perspektywy Niemca – mieszkańca tych ziem. Książka Chraboty w pewnym sensie wchodzi w dialog z tamtą publikacją. Tutaj również mamy do czynienia z opisem bestialstwa i towarzyszącego mu ludzkiego dramatu.


Bogusław Chrabota


Irena Telesz

Jaromir Wroniszewski


Ewa Zdrojkowska


czwartek, 27 marca 2014

Michael Hesemann „Kłamstwa Hitlera”

Czytam „Kłamstwa Hitlera” autorstwa Michaela Hesemanna i nie mogę wyjść ze zdumienia, jak człowiek, który był od początku swojego życia zaprzeczeniem męża stanu, wodza i przywódcy, mógł tak łatwo oszukać własny naród, zdobyć władzę, by potem przynieść światu najstraszniejszą z wojen. Hesemann, punkt po punkcie, obala mity narosłe wokół osoby tyrana. Cytuje oficjalne materiały nazistowskiej propagandy oraz samego Hitlera. Dociera do dokumentów, które hitlerowcy próbowali zniszczyć, bądź zataić. Podaje nazwiska ludzi świadczących o faktycznej biografii największego zbrodniarza w dziejach ludzkości, zmuszanych do milczenia zwykle poprzez fizyczną eliminację. Hesemann pisze: „Hitler zimę 1909/1910 roku spędził jako miejski włóczęga. Żywił się w kuchni dla ubogich, spał w przytułku dla bezdomnych na Meidlingu. Tam też spotkał innego włóczęgę, Reinholda Hanischa (…) Obaj mężczyźni połączyli siły. Hitler malował akwarele według motywów z wiedeńskich widokówek, a Hanisch sprzedawał je handlarzom obrazów”. Potem Hitler ucieka z Wiednia do Monachium, by uniknąć powołania do wojska. Aresztowany, kłamie w austriackim konsulacie, że zgłosił się na komisję poborową, lecz ktoś tego nie odnotował. Próbuje uniknąć wojska. W rezultacie zostaje uznany za nienadającego się do służby frontowej, niezdolnego do noszenia broni. Jest wątły, cherlawy i wydelikacony. Pół roku później zaciąga się jednak do armii Cesarstwa Niemieckiego. Armia przyjmuje każdego, zaczyna się wszak wojna. Adiutant pułku, w którym służy, tak o nim mówi: „Hitler naprawdę nie miał wówczas według pojęcia wojskowego żadnych zadatków na przełożonego […] w końcu żołnierz musi się jakoś nadawać na <<dowodzącego>>”. Potem trafia w okolice Szczecina, do Pasewalku, gdzie mieści się lazaret. Powodem jest rzekoma ślepota, spowodowana atakiem gazu musztardowego. W „Mein Kampf” pisze, że podczas pobytu miał doświadczyć „przebudzenia” w stylu legend o świętych chrześcijańskich. „Cudem” odzyskuje wzrok. Dr Edmund Forster, naczelny lekarz neurolog w Pasewalku pisze o Hitlerze: „Psychopata z objawami histerii”. Forster w roku 1933, jak wielu znających Hitlera z przeszłości, popełnia samobójstwo. Zdąży jednak przekazać protokół badania swojemu koledze, który również za jakiś czas odbiera sobie życie. A jak przedstawia się kwestia jego antysemityzmu? W 1919 roku Karl Mayr, dowódca monachijskiego Wydziału Informacji, zatrudnia Hitlera w służbie propagandowej. Sam będąc antysemitą, tak mówi o przyszłym wodzu: „był tylko jednym z tysięcy byłych żołnierzy, którzy znaleźli się na ulicy i szukali pracy […]. W tym czasie Hitler przyjąłby posadę od kogokolwiek, kto byłby do niego przyjaźnie usposobiony […]. Dla żydowskiego czy francuskiego zleceniodawcy pracowałby równie chętnie, jak dla Aryjczyka. Kiedy spotkałem go po raz pierwszy, przypominał zmęczonego, wałęsającego się psa, który szuka swojego pana”. Kolejne strony książki Hesemanna obalają legendę człowieka, który kłamał konsekwentnie przez całe swoje życie. Tworzył swój wizerunek na półprawdach i zmyśleniach. W istocie był upokarzanym odludkiem z poczuciem niższości, rozpieszczanym przez matkę, siostrę Paulę i niedorozwiniętą umysłowo ciotkę. Słabym uczniem (dwukrotnie powtarzał klasy, nie zrobił matury), podawał się za pisarza, artystę malarza, a nawet architekta. Żadnego z tych zawodów nigdy nie wykonywał. By pozyskać względy robotników, głosił, że w młodości pracował jako pomocnik na budowie, w istocie „brzydził się wszelkim pospolitym zawodem uprawianym dla chleba”. Czytam książkę Hesemanna, a w miarę lektury pytanie postawione na początku powraca z coraz większą mocą. Jak to wszystko było możliwe?!

środa, 26 marca 2014

Wczoraj mnisi się wściekli!

Jak wiadomo wczorajszego wieczora Manchester City dokopał Manchesterowi United 3:0. Nie wszyscy jednak wiedzą, że oznacza to wielki smutek w Tybecie, a przynajmniej wśród tamtejszych mnichów. Skąd to wiem? Colin Thubron odbył niezwykłą podróż, którą nazwał pielgrzymką na święty szczyt. „Góra w Tybecie” to książka napisana kunsztownym, przepięknym językiem. Słynny brytyjski pisarz i podróżnik wśród zachwycających opisów krainy zawieszonej wśród chmur, pod samym niebem, umieścił także niewielką scenkę. To rozmowa jaką przeprowadził z mnichem Taszi:
„- Oglądają dużo telewizji? – pytam, nieco zdziwiony.
- O, tak. Mnisi bardzo się podniecają – zaśmiał się Taszi. – Wczoraj wieczorem wszyscy mnisi się wściekli.
- Dlaczego? – Wiedziałem, że ich spokój mógł być złudny. W Tybecie mnisi nadal stanowili zarzewie protestów politycznych, a przed wiekami klasztory ogarniał szał bratobójczych wojen.
- Chodzi o Manchester United. Wszyscy mnisi uwielbiają piłkę nożną. Wczoraj złościli się podczas meczu Ligi Mistrzów. Barcelona pokonała Manchester United, a wszyscy mnisi kochają Manchester United. Szkoda, że nie widziałeś, jak sprzeczali się przed telewizorem. Uważali, że sędzia jest stronniczy… Wściekali się, kiedy dawał kartki. Zaczęli krzyczeć.
- Sądziłem, że wieczorem mnisi się modlą – mówię, potrząsając głową.

- Cóż, może to taki rodzaj medytacji. Koncentrują się na piłce, a reszta świata znika…”

wtorek, 25 marca 2014

Kryminalna Piła - finaliści

Warszawa, Lwów, Lublin, Grodzisk Wielkopolski i maleńkie Krotowice. Wszystkie te miejsca łączy jeden temat. Jest nim przestrzeń miejska, w której osadzono kryminalną intrygę, a ściślej rzecz ujmując, umieszczono w tych miastach akcję książek autorów powieści z dreszczykiem. Wymienię po kolei finalistów konkursu na najlepszą powieść miejską „Kryminalna Piła” oraz ich książki: Tadeusz Cegielski „Tajemnica pułkownika Kowadły”, Ryszard Ćwirlej „Śmiertelnie poważna sprawa”, Wojciech Chmielarz „Farma lalek”, Paweł Jaszczuk „Akuszer śmierci” oraz Marcin Wroński „Pogrom w przyszły wtorek”. Cóż można powiedzieć o finałowej piątce? Zwraca uwagę fakt, że tylko jedna z książek ma akcję rozgrywającą się współcześnie, to powieść Chmielarza. Pozostałe rozgrywają się tuż przed II wojną światową (Jaszczuk), chwilę po jej zakończeniu (Wroński), w latach pięćdziesiątych (Cegielski) i osiemdziesiątych (Ćwirlej). Wszystkie wyszły w dużych wydawnictwach. Wśród finalistów nie ma kobiet. Autorzy nie są debiutantami. Cieszy mnie obecność pisarza z Olsztyna, czyli Pawła Jaszczuka. Wszystkim finalistom, rzecz jasna, gratuluję. Kto zdobędzie pierwszą w historii „Kryminalną Piłę” dowiemy się czwartego kwietnia. 

niedziela, 23 marca 2014

Zjeść ciastko i ciągle je mieć

„Gazeta.pl” zamieszcza dzisiaj tekst traktujący o polskich kryminałach, w którym pojawia się teza o rosnącej potędze naszych rodzimych autorów. Dziennikarz kryjący się pod skrótem mwi wymienia z nazwiska pisarzy, opisuje sytuację jeszcze sprzed kilku lat, kiedy to piszących kryminały było ledwie kilku. Wylicza kraje, w których ukazały się albo ukażą polskie powieści kryminalne, przywołuje do tego nakłady i plany filmowców pragnących twórczość polskich autorów kryminalnych przenieść na duży ekran. Wszystko to wygląda pięknie i okazale, nakazuje widzieć przyszłość w tęczowych barwach. Mnie jednak uporczywie dręczy myśl o natrętnym, nie pierwszy zresztą raz, promowaniu nazwisk twórców przeze mnie cenionych, acz z kryminałem mających związek, by tak rzec, wątły. Cenię Joannę Bator za książki z Wałbrzychem w tle, nijak jednak nie mogę uznać ostatniej pozycji autorki, która wyszła w cenionej w środowisku serii „Archipelagi” z założenia prezentującej książki o zupełnie innym profilu, za powieść kryminalną. Można w tym miejscu złośliwie powiedzieć, że „jeszcze się taki nie narodził, co by kryminał Nagrodą Nike nagrodził”. Joanna Bator za „Ciemno, prawie noc” tę prestiżową nagrodę otrzymała, zaś przywołana „Gazeta Wyborcza” dzień po wręczeniu pisarce lauru porównała jej metodę pisania do strategii stosowanych przez Tadeusza Konwickiego, którego za twórcę kryminałów uznać raczej trudno. Inny z naszych czołowych „kryminalistów” to Michał Witkowski. Tutaj odsyłam na stronę Instytutu Książki – oficjalnej tuby promującej polskich autorów w kraju i za granicą, prezentującej ich książki w katalogach pokazywanych na międzynarodowych targach. Oto recenzent „Drwala” tak pisze o tej pozycji: „Drwal jest świetną prozą najeżoną absurdem i groteską, jednak rozpatrywany osobno jako kryminał absolutnie się nie sprawdza. Wątek kryminalny jest płaski, nad logiczną strukturą narracji górę biorą chaotyczne dygresje”. Witkowski za tę książkę nominację do Nike dostał, nic mi nie wiadomo natomiast o jakichkolwiek laurach w środowisku kryminalnym. A przecież autor, jako mieszkaniec Wrocławia, na finałową galę miałby zdecydowanie bliżej niż chociażby Paweł Jaszczuk z Olsztyna – laureat Nagrody Wielkiego Kalibru, tłumaczony na język niemiecki w prestiżowym monachijskim wydawnictwie DTV. Słowa jednak w tekście o autorze lwowskiej serii nie ma. Zapewne z braku miejsca. Myślę też, że takie pseudopromocyjne działania mogą tylko polskiemu kryminałowi zaszkodzić. Zrazić czytelników do gatunku, który po latach powraca. Niemcy w takich sytuacjach mówią: „Nie możesz tańczyć na dwóch weselach jednocześnie”. U nas wygląda to inaczej. Mam wrażenie, że gdyby naszym pisarzom za jakiś czas opłacało się zostać autorami wziętych romansów, szybko by im to umożliwiono, napisano kolejny entuzjastyczny tekst, nie przestając, rzecz jasna, rozpatrywać ich kandydatur do Nike. 

czwartek, 20 marca 2014

Przyganiał szowinista szowiniście

Jakiś czas temu Małgorzata Kalicińska, odnosząc się do nominacji do Nike, upomniała się o optymizm w literaturze. Ten blogowy wpis poczytnej autorki literatury kobiecej wywołał reakcję Ignacego Karpowicza, który komentując jej twórczość, nie przebierał w słowach. „Stolarz rzekłby: »Z gówna nie da się zrobić coś«” – puentował. Niektórzy uznali go wówczas za szowinistę. Niektórzy, czyli chociażby autorzy manifestu „Alice Munro nie miałaby u nas szans”. Co ciekawe, motyw gówna okazuje się całkiem nośny. Kaja Malanowska w szeroko komentowanym wpisie na Facebooku, w którym użala się nad stanem swoich finansów, kilkakrotnie używa tego określenia, popisując się prawdziwą finezją słowa. W minionym tygodniu o gównie akcentowanym przez Malanowską, w „Dużym Formacie” napisał Krzysztof Varga. W typowo felietonowej stylistyce pozwolił sobie na dość jednoznaczne sugestie (strzelenie sobie w łeb) i także zwrócił uwagę na wyjątkowo wyszukany sposób wypowiadania się autorki. Vargę również uznano za szowinistę. Między innymi zrobiła to Eliza Szybowicz, stając w obronie obrażonej koleżanki z Krytyki Politycznej. Aż wreszcie Karpowicz, nazywany szowinistą, zdecydował, że szowinistą większym jest Varga. Nie omieszkał tego zaznaczyć w polemicznym felietonie w dzisiejszym „Dużym Formacie”. I tak znane przysłowie: „przyganiał kocioł garnkowi” po raz kolejny okazało się bardzo realistyczne. Szowinista szowiniście przygania, a gówno, najistotniejsze w tej sprawie, ma się całkiem dobrze. 

środa, 19 marca 2014

Peter May „Czarny dom”

„Fin myślał o tym, jak smutne jest życie tej młodzieży. Niewiele albo nic do roboty, presja społeczności, którą wciąż pętała surowa i posępna religia. Kryzys ekonomiczny, wysokie bezrobocie. Alkoholizm na porządku dziennym, współczynnik samobójstw znacznie powyżej średniej krajowej”. To fragment powieści Petera Maya pt. „Czarny dom”. Powieściowy Fin jest policjantem, który dzieciństwo i młodość spędził na wyspie Lewis. Po latach przybywa w rodzinne strony, żeby rozwiązać zagadkę brutalnego morderstwa. Dodam, że ofiara to, jak wszyscy tutaj, znajomy Fina z lat szkolnych. Zbrodnia bardzo przypomina inną, dokonaną w stolicy Szkocji, Edynburgu. Pytanie tylko, czy stoi za nią ten sam sprawca? „Czarny dom” to pierwsza część kryminalnej trylogii z Finem Macleodem – bystrym inspektorem krążącym po mrocznej wyspie między ludźmi, którzy pogodzili się ze swoim losem i zostali na Lewis. Mnie powieściowy świat Maya przypomina biedne rejony naszego kraju, takie jak chociażby popegeerowskie wsie i miasteczka Warmii i Mazur, których obraz jest uparcie zakłamywany przez bzdurne historyjki o „prowincji pełnej miodu i mleka”. Peter May to świetny rzemieślnik. Jego opis sekcji zwłok zamordowanego może skutecznie zniechęcić do spożywania posiłków przez resztę dnia. Autor w Wielkiej Brytanii ma status literackiej gwiazdy, trylogia rozeszła się w milionowym nakładzie. Dobrze to świadczy o gustach brytyjskich czytelników, którzy prócz doskonałej historii detektywistycznej otrzymują barwny, mocny obraz szkockiej prowincji. Powtórzę więc: Peter May „Czarny dom”, szczerze polecam!

poniedziałek, 17 marca 2014

Oglądać siebie za kilka lat, czyli poniedziałkowa melancholia

Miłą niespodziankę sprawił mi olsztyński oddział TVP. Po zestawie płyt z programem „Bookriders”, w którym swego czasu wspólnie z Włodzimierzem Kowalewskim odpowiadałem na pytania Joanny Wilengowskiej, niedawno otrzymałem płyty DVD z materiałem o „Książkach pod żaglami”. Tutaj miałem przyjemność opowiadać o swoich powieściach kryminalnych w towarzystwie Pawła Jaszczuka. Czas płynie bardzo szybko. Za kilka lat zasiądę przed telewizorem, będę słuchał ludzi, którzy uczestniczyli w tych projektach. Patrzył na siebie młodszego, widzącego sprawy z ówczesnej perspektywy. Będę obserwował miasto i miejsca, które, jak wszystko dookoła, podlegają upływowi czasu, jego nieuchronności. Zapewne zmienią się. Co wtedy o sobie pomyślę? Jak ocenię ten czas? Czy dobrze go wykorzystałem? Czy decyzje wówczas podjęte były słuszne? 

sobota, 15 marca 2014

„Rebelia” w Katowicach

Jedni płaczą nad swoją sytuacją na rynku książki, inny zwyczajnie pracują. Pisałem kilka dni temu o sukcesie Włodzimierza Kowalewskiego jakim zapewne będzie film na podstawie jego powieści. Dzisiaj informuję o kolejnym wydarzeniu związanym z twórczością moich olsztyńskich kolegów po piórze. Oto już za niecały tydzień, bo 21 marca, w katowickim Teatrze Śląskim, odbędzie się premiera sztuki opartej na powieści pt. „Rebelia” Mariusza Sieniewicza. Pisarz za swoją antyutopię o świecie opętanym kultem młodości otrzymał kilka znaczących wyróżnień, bo za takie uznać należy nominacje do Nagrody Nike i Paszportów Polityki. Twórcy spektaklu mieli zatem dobry materiał do pracy. Jak im to wyszło, okaże się wkrótce. Do Katowic z Olsztyna droga daleka, mam zatem nadzieję, że uda się ściągnąć sztukę za jakiś czas do rodzinnego miasta pisarza i pokazać ją również tutaj. 

piątek, 14 marca 2014

Las, las. Ch… po pas!

Głośno się zrobiło o lamencie pewnej autorki trzech pozycji książkowych, która domaga się dużych pieniędzy za swoją twórczość. Sieciowi interlokutorzy owej twórczyni sugerują m.in. żeby próbowała pozyskać jakieś stypendium twórcze. Warto wiedzieć, że otrzymać stypendium można po złożeniu odpowiedniej aplikacji. Bywa też, że potencjalny stypendysta musi przedstawić szanownej komisji stypendialnej swój projekt osobiście. Być może autorka trzech pozycji książkowych uczestniczyła w takim castingu na stypendystkę i ma awersję do pozyskiwania środków finansowych w ten sposób. Tutaj ją rozumiem. W olsztyńskim ratuszu, dekadę temu, wyglądało to mniej więcej tak:

„Wbiegłem na drugie piętro. Połowę korytarza wypełniali ludzie.
- Nowy? – Zapytała mnie leciwa sprzątaczka poprawiająca szmatę stanowiącą granicę oddzielającą schody umazane białą mazią od piętra.
- Nowy – rzuciłem sapiąc, chociaż czułem, że moja odpowiedź jest bez związku.
- Toż widzę, że nowy. Bo bym znała przecież. – Kategorycznym ruchem nakazała mi wytrzeć obuwie. To po co pytasz, pomyślałem sprawdzając podeszwy. Jak wiesz. Przezornie jednak zachowałem tę uwagę dla siebie.
– Na co bierze? – Rzuciła bez większego zainteresowania. Odłożyła szmatę, poprawiła chustkę na głowie.
Milczałem.
- Bo taki malarz Laszczyk to robi w piasku, ale on to sobie piasek zniósł we workach, a teraz się turlał będzie. Koncepcyjnie. – Skierowała wzrok na tłum pod drzwiami. Na faceta siedzącego po kolana w piachu jak dzieciak w piaskownicy.
Teraz i ja uważniej obejrzałem zebranych. Byli to ludzie w różnym wieku, młodzi i starzy, płci obojga. Jedni siedzieli na krzesłach w milczeniu, nad czymś głęboko rozmyślali. Inni krążyli mrucząc coś pod nosem. Byli i tacy, którzy ściskali się za ręce, poklepywali serdecznie. Dostrzegłem ludzi z wielkimi czarnymi teczkami. Ludzi skrobiących coś maczkiem na dłoniach. Ludzi wykonujących jakieś skomplikowane figury akrobatyczne. Ktoś klęczał przed ścianą, ktoś płakał, inny się śmiał. Grupa ludzi otoczyła faceta, który śpiewał jakąś wiązankę pieśni patriotycznych.
Sprzątaczka przepytywała mnie dalej.
– A on nie chce powiedzieć? – Teraz w jej oczach dostrzegłem autentyczną ciekawość.
- Będę pisał książkę. – Wypaliłem wreszcie.
- A jak będzie pisał, to niby gdzie? Że niby tu? Na betonowej posadzce? A niby jak? Niby czym?
- No, jak tak mówię ogólnie – Odparłem ogólnie. Teraz obok mnie przebiegło smagłe dziecko w jednym bucie.
- Gdzie mi tu! – Sprzątaczka machnęła szmatą za biegnącym – Cyganiaki cholerne! Do roboty by matka z ojcem poszły, a nie dzieci na żebry posyłają. Stypendysty pieprzone! Już ja bym wam dała stypendia! – Omiotła wzrokiem tłum – Wszystkim wam bym dała, nieroby jebane! Po państwowe łapy wyciągają. Dwa, trzy etaty każden bierze, w telewizji mordy pokazują. Ten siwy z brodą, ten na fotelu, rok w rok przyłazi i rok w rok dostaje. Artysta. Puszkę butaprenu kupi, połowę wywącha a na drugą kwiaty z trawnika przyklei. Dzieło sztuki. Tfu! Cyganiaki znowóż na buty biorą. Tancerze. Nazłaziło się dziadostwa za osiemset dwadzieścia cztery brutto. Na pół roku bierą, a taki Laszczyk to i dłużej nawet W zeszłym roku śniegu naznosił, kulek nalepił i w rurki, takie jak w lotto mają, wkładał. Mieszał ze sadzą i wypuszczał z drugiej strony dzieło sztuki. Ile ja się potem musiałam korytarz naczyścić! Cyganiaki to tylko na dwa miesiące, dlatego w jednym bucie każden gania. Za miesiąc przyniosą drugi. Nogi by brudasy pomyły. Albo ta sucha przy poręczy. Wiersze pisze. Łąka, las, jezioro. Jezioro, łąka, las. Las, las. Chuj po pas! Takie wiersze to i ja mogę pisać. Tyle, że mnie osiemset dwadzieścia cztery żaden urzędnik nie da. A on mówi, że na książkę? – znów spojrzała na mnie - Ho, ho, cwaniak musi być niezły! To czym będzie pisał? Łapki ma delikatne. Jeszcze se pokaleczy, odcisków narobi. A takie ręce do sztuki to widział? – I wystawiła pazury tuż przed moim nosem.
Bardzo szybko zbiegłem po schodach”.


wtorek, 11 marca 2014

Jadymy durch

„Jo jada durch
Bo kocham to
Bo to jest życio smak
Niy stowom niy
Do przodku zawsze chca
Niy patrza w tył”

Jeśli macie kiepski dzień, brakuje wam energii, polecam terapię wstrząsową. Polega ona na mocnym przekręceniu gały we wzmacniaczu (średnio nie wystarczy) i wcześniejszym sprawdzeniu, czy wasze okna są solidnie zamocowane. Wizyta sąsiadów bardzo prawdopodobna. Może okazać się trudną. Mimo wszystko, a może tym bardziej, warto sięgnąć po debiut muzyczny górnośląskiego „Oberschlesien”, który ostatnio zachwalał sam Wojciech Mann. Płyta jest pięknie wydana, nie ustępuje topowym, zagranicznym produkcjom. Znakomicie to wszystko razem brzmi, soczyście, równiutko, przypomina niemiecki „Rammstein”, lecz traktuje o trudnym losie ludzi i historiach dziejących się u nas, a ściślej na śląskiej ziemi. Dodam, że wokalista zespołu, czyli Michał Stawiński, siłą swojego głosu mógłby przewracać meble. Prawdę powiedziawszy właśnie to uczynił.

poniedziałek, 10 marca 2014

Kryminalna Piła – konkurs

Jak podają organizatorzy nowego konkursu dla powieści kryminalnej, czyli Kryminalna Piła, do pierwszej edycji zostało zakwalifikowanych dwadzieścia jeden książek. Dużo to czy mało? Dużo, bo kryterium kwalifikacyjnym było umiejscowienie akcji w przestrzeni miejskiej. Nie każdy wychodzący w Polsce kryminał rozgrywa się na ulicach miast, a co za tym idzie część książek nie spełnia warunków regulaminu. Mało, ponieważ w zeszłym roku wydawnictwa opublikowały grubo ponad sto książek w tym gatunku. Najwyraźniej niektórzy wydawcy przespali czas na zgłoszenie. Na liście tytułów wypatrzyłem autorów już uznanych i cenionych. Są też twórcy rozpoczynający swoją pisarską drogę. Oczywiście, automatycznie pojawiają się porównania z Nagrodą Wielkiego Kalibru. Organizatorzy Kryminalnej Piły zrezygnowali z terminu „nagroda” na rzecz „konkursu”. Drugą zasadniczą różnicą jest brak wskazania książek nominowanych. To posunięcie nieco ryzykowne, wszak potencjalna nominacja oznacza zwielokrotnienie działań na polu promocyjnym. Każdy wydawca chętnie pochwali się nominowanym autorem i jego książką. Tu mamy tylko i aż laureata. Z jednej strony to większy prestiż dla zwycięzcy, z drugiej zaś ryzyko słabego oddziaływania medialnego. Jak będzie czas pokaże. Najlepszy kryminał miejski poznamy już za niecały miesiąc. 

piątek, 7 marca 2014

Antologia

Zamieszczałem informacje dotyczące tego wydarzenia, a teraz mogę już ogłosić, że Miejska Biblioteka Publiczna w Olsztynie, zgodnie z zapowiedzią, wydała antologię opowiadań kryminalnych, które są owocem gry miejskiej. Teksty można przeczytać zaglądając na stronę biblioteki, tutaj: http://mbpol.internetdsl.pl/wwwmbp/ak/antologia_kryminalna.pdf


czwartek, 6 marca 2014

Błąd

Popełniłem błąd pisząc wczoraj o czwórce Polaków nominowanych do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. W rzeczywistości naszych rodaków jest piątka. Dionisios Sturis urodził się w Salonikach, lecz mieszka i pracuje w Polsce. Jest reporterem i dziennikarzem Radia Tok FM. W wywiadzie udzielonym dla „Onet.pl” pytany, czy odkrył w sobie Greka, mówi: „Nie, ja jestem stuprocentowym Polakiem”. Przepraszam zatem autora książki „Grecja. Gorzkie pomarańcze” Na swoje usprawiedliwienie napiszę, że debiut reportażowy Sturisa umknął mojej uwadze w wielości wydawanych każdego dnia książek. Po prostu sugerowałem się nazwiskiem reportera. 

środa, 5 marca 2014

Piąta edycja Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego

Po raz piąty ogłoszono listę finalistów międzynarodowej nagrody dla reportażystów, czyli Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. Pośród dziesięciu tytułów wypatrzyłem cztery teksty autorów z naszego kraju, a zatem mniej niż w roku ubiegłym. Piszę o tym dlatego, że wśród laureatów naszego rodaka ciągle nie ma. Może piąta edycja okaże się szczęśliwą dla kogoś z czwórki: Krysowata, Jagielski, Springer, Wasielewski? W zeszłym roku aż siedem z dziesięciu książek wydało wydawnictwo Czarne. Teraz tak wyraźnej dominacji tego wydawcy już nie widać. Ciągle to jednak cztery tytuły, czyli blisko połowa. W finale są książki z bardzo dużych wydawnictw, bo prócz przywołanego Czarnego (już dawno przestało być niewielkim wydawnictwem) nominowano książki z W.A.B., Znaku, Świata Książki, Wielkiej Litery. Jedynym małym wydawcą w tym towarzystwie jest Karakter. Kto otrzyma w tym roku nagrodę w wysokości 50 tysięcy złotych? Moim cichym faworytem jest Maciej Wasielewski z książką pt. „Jutro przypłynie królowa”. Pisałem o niej na tym blogu jakiś czas temu. http://tomaszbialkowski.blogspot.com/2013/08/maciej-wasielewski-jutro-przypynie.html Opowieść o mieszkańcach wyspy Pitcairn może poruszyć nawet najbardziej obojętnych. Zwycięzcę poznamy podczas majowych Targów Książki w Warszawie.

wtorek, 4 marca 2014

Gdańskie widoki z wysokiego okna

Podczas zeszłotygodniowego pobytu w Gdańsku mieszkałem w Bibliotece im. Josepha Conrada Korzeniowskiego przy Targu Rakowym. Pokój znajdował się na poddaszu, skąd było widać całkiem spory fragment centrum miasta, a nawet stocznię. Sam budynek wygląda bardzo okazale. Dużo też się w nim dzieje. Widziałem zapowiedzi wielu spotkań z autorami książek. Warto zajrzeć w to miejsce będąc w Trójmieście.




niedziela, 2 marca 2014

„Excentrycy” na wielkim ekranie

To już informacja potwierdzona. Powstanie film na podstawie powieści olsztyńskiego pisarza Włodzimierza Kowalewskiego. „Excentrycy”, bo o nich mowa, otrzymali dofinansowanie z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej w wysokości trzech milionów złotych. Budżet na cały film to blisko siedem milionów. Na polskie warunki to całkiem spora suma, która może być gwarancją odtworzenia powojennego (lata pięćdziesiąte minionego wieku) Ciechocinka, do którego przybywa bohater powieści – Fabian. Reżyserii filmu podjął się sławny reżyser Janusz Majewski, znany chociażby z takich obrazów jak „Zaklęte rewiry” czy „C.K. Dezerterzy”. Znani są również odtwórcy głównych ról. Fabiana zagra Maciej Stuhr, zaś partnerować mu będzie Sonia Bohosiewicz. Wydana przez Kowalewskiego w 2007 roku powieść w roku następnym została nagrodzona najważniejszym wyróżnieniem w regionie, czyli Literacką Nagrodą Warmii i Mazur Wawrzyn. Zdjęcia do filmu ruszą wkrótce. Sukces Kowalewskiego, który jest również autorem scenariusza do filmu, jest tym większy, że jest on pierwszym pisarzem z Olsztyna, którego twórczość zostanie sfilmowana. 

sobota, 1 marca 2014

7,45

Za tę kwotę można właśnie kupić serię przygód dziennikarza śledczego Pawła Werensa. Cena niewiarygodnie niska, a to za sprawą promocji, którą ogłosiło Publio.pl. Nie wiem ile czasu będzie trwała, zatem warto się pospieszyć. E-booki są dostępne w formatach EPUB oraz MOBI. Szczegóły znajdują się tutaj: http://www.publio.pl/drzewo-morwowe-tomasz-bialkowski,p86636.html

piątek, 28 lutego 2014

Darska w Oliwskim Klubie Kryminału

Właśnie wróciłem z Gdańska. Wczoraj moja żona spotkała się z członkami Oliwskiego Klubu Kryminału oraz tymi, którzy kryminały czytają i mają ochotę o nich dyskutować. Bernadetta Darska w ramach promowania swojej książki "Śledztwo i płeć. O bohaterkach powieści kryminalnych" (Wyd. Oficynka, Gdańsk 2013) wygłosiła wykład pt. "Dopuścić do głosu trupa. Specjalistki od ciał i od kości na tropach zbrodni".

Spotkania Oliwskiego Klubu Kryminału odbywają się w gościnnych murach Biblioteki Oliwskiej.

Przestępstwom lepiej zapobiegać, niż je później karać. Zabezpieczenie przed kradzieżą. :)


Wykład dotyczył twórczości Patricii Cornwell, Kathy Reichs i Karin Slaughter.





Był też czas na autografy i rozmowy kuluarowe.

środa, 26 lutego 2014

Dan Brown o samoograniczeniu, promocji i sosach do kurczaka

Marcowy „KSIĄŻKI. Magazyn do czytania” (12/2014) zamieszcza m.in. wywiad z Danem Brownem. Autor bestsellerowych powieści rozmawia z Wojciechem Orlińskim w Pradze, co może sugerować, że Brown akcję swojej kolejnej książki umieści właśnie w tym mieście. Sam autor temu zaprzecza i twierdzi, że przebywa na wakacjach. „Umiem tylko pisać książki i uczyć dzieci”, zaznacza w odpowiedzi na pytanie o hipotetyczną możliwość wpływania na sprawy społeczne i polityczne. „Mam awersję do sytuacji, w których celebryta zabiera głos na istotny temat. Kiedy muzyk występuje z hasłem: „Apartheid jest zły”, zawsze budzi to we mnie podejrzenie: „OK., to jasne, że apartheid jest zły, ale czy tu chodzi bardziej o apartheid, czy o promocję nowej płyty?”. Nieco wcześniej pisarz pyta dziennikarza: „Ludzie żyjący tak jak ja czy pan konsumują dziesięć razy więcej zasobów niż mieszkańcy ubogiego Południa. Ale czy jesteśmy gotowy na rozwiązanie polegające na samoograniczeniu? Na jedzenie ryżu i fasoli, branie prysznica raz na tydzień, zamieszkanie w ciasnej klatce z obcymi ludźmi?” Pytany o inwigilację Internetu przez NSA, mówi: „Śmieszą mnie jednak ludzie demonstrujący z plakatami: „NSA, przestań czytać moje maile!”. Ileż egocentryzmu jest w przekonaniu, że agencję wywiadu naprawdę interesuje twój sekretny przepis na sos do kurczaka czy najnowsza plotka o niewierności małżeńskiej sąsiada!”.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Rodzina ponad wszystko

Przypomniał mi się inny fragment „Mistrzostwa Świata”, będący opowieścią o szalonej misji polskich działaczy piłkarskich, którzy postanowili pozyskać do gry w naszej kadrze sławy światowej piłki. Temat aktualny, wszak wczoraj odbyło się losowanie grup eliminacyjnych do Mistrzostw Europy. Kolejny powód jest związany z osobą ukraińskiego geniusza futbolu, którym przez lata zachwycał się cały świat. Ukraina miała w swojej historii wielu świetnych sportowców, jednym z nich był pewien piłkarz. Myślę, że odrobina humoru na początek tygodnia nie zaszkodzi:

„Któż nie zna Andrija Szewczenko? Nie mylić z Tarasem, tragicznym autorem wielkiej liczby poematów, powieści, dramatów, pamiętników i świetnej liryki. To był żart. Andrij, czasami nazywany Szewa, to niewątpliwie chluba i cudowne dziecko Ukrainy. Napastnik kompletny, wirtuoz piłki kopanej. Znany ze swej skromności piłkarz zaczynał pod okiem geniusza trenerskiego Walerija Łobanowskiego. Kiedy miał czternaście lat, dostał buty od słynnego Walijczyka Iana Rusha. Nie, żeby Szewa nie miał w czym chodzić, on dostał te buciory, gdyż wpadł w oko tamtemu. Co by to nie znaczyło. Andrij błyskawicznie rozwijał swój talent, wszystkie największe kluby Europy wyciągały łapy po piłkarza Dynamo. Ale on stanowczo mówił, nie. Brało się to z umiłowania przez szesnastolatka, tak ostatnio skopanych, wartości rodzinnych. Przyjaźni, szacunku dla bliskich. Za skromną willę, mercedesa klasy E i symboliczne sto tysięcy dołków rocznie został w Kijowie. Kiedy jednak jeden z członków rodziny zapragnął nauczyć się języka włoskiego, Szewa nie mógł mu odmówić. Co by to nie znaczyło. Rodzina spakowała rzeczy i wyjechała do Mediolanu. A że przy okazji chłopiec podpisał kontrakt na dwadzieścia sześć milionów dołków, to inna sprawa. Wszystko szło dobrze, Szewa dwa razy został królem strzelców Serie A, dostał Złotą Piłkę od "France Football". Co by to nie znaczyło, wszak stać go było na zakup stu złotych piłek. Wygrał z zespołem też Ligę Mistrzów. Rozdawał autografy i dawał się fotografować. Ta tania popularność nie przesłoniła mu jednak sprawy najważniejszej - rodziny. Na prośbę innego członka rodziny o umożliwienie nauki języka angielskiego, przenieśli się do Londynu. A że przy okazji dostał trzydzieści milionów funciaków od Chelsea, to inna sprawa. Obecnie jego były klub z Milanu za machloje przy kasie być może poleci na ryj do niższej grupy rozgrywek, na ulicy mówi się, że ktoś na pewno pójdzie siedzieć. Szewa jednak ma się znakomicie. To wartości rodzinne uchroniły go przed złem.

Kiedy przybyli do niego smutni działacze polskiego piłkarstwa, przyjął ich prawie rodzinnie. Co by to nie znaczyło. Interesuję się kosmosem, zaczął jakby bez związku. Wycofał się i zaczął od nowa. Jak wiecie, bardzo cenię wartości rodzinne. Pochodzę z Dwirkiwszczyny. Obok moich dziadków mieszkali ludzie, którzy nazywali się Lewczuk. Mieli dwie córki. Jedna z dziewcząt wyszła za syna brata mojego dziadka. Druga z dziewczyn związała się z człowiekiem o nazwisku Derewońko. Ten obywatel miał ojca, którego brata córka wyszła za człowieka o nazwisku Bykowski. Ten Bykowski urodził się w Pawłowskim Sadzie koło Moskwy. Jak zapewne wiecie, Walery Fiodorowicz był wielkim kosmonautą i na statkach Wostok 5, Sojuz 22 i Sojuz 31, zdobywał kosmos. Interesuję się kosmosem, powtórzył Szewa, już teraz bardziej w związku. Ten Derewońko, kontynuował, miał córkę, która wyszła za człowieka o nazwisku Białkowski, zamieszkali w Olsztynie. Nie byłem do końca pewien, czy ci Białkowscy to linia z tych Derewońko. Ale moje wątpliwości rozwiała ostatnio napisana autobiografia Bykowskiego, który kiedy przestał latać, został dyrektorem muzeum kosmosu w Berlinie. Otóż, Bykowski twierdzi, że dnia dwudziestego czwartego października sześćdziesiątego trzeciego roku, wraz z żoną Walentyną przebywał w Olsztynie. No to ja się pytam, po co, jak nie u tych Białkowskich! A jak u nich, to przecież my przez Dwirkiwszczynę z Bykowskim rodzina! A ja tak lubię kosmos! Oczywiście, panowie, że zagram dla polskiej reprezentacji, zakończył patrząc w gwiazdy”.

piątek, 21 lutego 2014

Czas niezwykły

„Czuje, że atmosfera w mieście jest napięta, że wszyscy mówią o wyborach, jednak jego to mało obchodzi. Kiedy przychodzi do hotelu, pada na łóżko i zawijając się w przepalony w kilku miejscach koc, szybko zasypia. Po południu budzi go podniecony wielotysięczny oddech za oknem. Podchodzi do okna, patrzy w dół i widzi tam osiemdziesiąt tysięcy ludzi. No tak, myśli, kiedy spałem, zaczęła się rewolucja”. To fragment książki mojego ulubionego współczesnego ukraińskiego pisarza Serhija Żadana. Pochodzi on z napisanej blisko dziesięć lat temu „Anarchy in the UKR”, którą u nas wydało wydawnictwo Czarne. Wówczas Żadan pisał o innej rewolucji. Trudno pojąć jak szybko sytuacja się powtórzyła, a nawet przerosła tamte wydarzenia. Można czekać na rozwój wypadków na Ukrainie, lecz można też pomóc. W najbliższy poniedziałek na Scenie Margines olsztyńskiego Teatru Jaracza będą czytane fragmenty twórczości zarówno Żadana, jak i innych ukraińskich pisarzy. Podczas tej prezentacji można wspomóc akcję zbierania pieniędzy. Zostaną one przeznaczone na zakup kamizelek kuloodpornych. Myślę sobie, że to najbardziej dziwaczna zbiórka o jakiej słyszałem. Co ciekawe, jej cel jest zrozumiały i słuszny. Oto już nie chleb, koce i odzież, a materiały z wojskowych fabryk mogą pomóc potrzebującym. Zdaje się, że przyszło nam żyć w czasach niezwykłych. Po szczegóły odsyłam tutaj: http://olsztyn.gazeta.pl/olsztyn/1,35189,15498119,Artysci_z_Teatru_Jaracza_beda_wspierac_kijowski_Majdan.html#TRLokOlszTxt

środa, 19 lutego 2014

Hans von Lehndorff - „Dziennik z Prus Wschodnich”

Hans von Lehndorff urodził się w roku 1910. W tym samym roku przyszła na świat moja babcia – Kamila. Wojenna zawierucha sprawiła, że koniec II wojny światowej dla niego oznaczał zatrzymanie przez Rosjan, dla niej opuszczenie wschodniej granicy i wędrówkę na Zachód. Oboje, chociaż zapewne nigdy się nie poznali, lata które Marcin Zaremba nazwał „Wielką Trwogą” przeżyli w tym samym miejscu – w Prusach Wschodnich. Ona zamieszkała w miasteczku Seeburg, jemu – potomkowi wielkiego szlacheckiego rodu - przyszło walczyć o przetrwanie i tułać się po dzisiejszych Mazurach. Hans von Lehndorff był lekarzem. Umiejętność ratowania ludzkiego życia pomogła mu przeżyć. Potem wyjechał z Polski, zamieszkał pod Bonn, w tamtejszym szpitalu był przez lata ordynatorem. Swoje losy spisał w dzienniku. Postanowił opublikować go dopiero piętnaście lat po wojnie. Sukces jaki osiągnął „Dziennik z Prus Wschodnich” był niebywały. W ciągu kilku miesięcy sprzedano ponad 100 tysięcy egzemplarzy książki. W czym należało upatrywać tak wielkiego zainteresowania? Zapewne w podjętej tematyce. Autorka wprowadzenia, czyli Ewa Czerwiakowska pisze, że autor „dotarł do rozpoznań uniwersalnych”, „utrwalił moment kresu pewnego świata”. Rzeczywiście, Hans von Lehndorff posiada umiejętność kreślenia w kilku zdaniach przejmujących obrazów. On nie potrzebuje krwawych opisów, żeby pokazać ludzki dramat. Oto niewielki fragment: „31 marca. Byłem z panią L. w Schwalgendorfie – po raz pierwszy we własnoręcznie zrobionych butach. Wyspę na jeziorze Czerwica zajęły już czaple i kormorany. Te ostatnie rozmnażają się niepokojąco i częściowo wyparły już czaple na inną wyspę. Ich sposób panoszenia się przypomina Rosjan. Na Jezioraku leżał jeszcze lód, który stopniał w ciągu dnia. Kiedy odchodziliśmy, niezliczone drobne fale iskrzyły się w słońcu. Było już prawie ciemno, kiedy krótko przed Brausenem napadło nas dwóch Rosjan na koniach. Uderzyli mnie w głowę i porwali za sobą panią L. Skutki były straszliwe. Potem leżałem, nie śpiąc, całą noc i rozmyślałem, czy potoczyłoby się to inaczej, gdybym miał ze sobą młotek. Pani L. wkrótce wróciła”. Warto znać tę książkę. Wydał ją u nas Ośrodek KARTA. Tłumaczenia dokonał Zdzisław Owczarek. 

wtorek, 18 lutego 2014

Dzień Kota

W żadnym wypadku nie zapomniałem, że wczoraj był Światowy Dzień Kota. Jak przystało na wieloletniego „kociarza” urządziłem swoim pupilom (a jest ich kilku) uroczyste party. Były kocie przysmaki a potem oglądanie zdjęć, niestety bez udziału głównych bohaterów, gdyż ci woleli pospać. Patrząc na zamieszczone poniżej zdjęcia trudno uwierzyć, że maluch na obrazku waży obecnie dobrych pięć kilogramów J.

Zima 2014
Lato 2009


niedziela, 16 lutego 2014

Paweł Huelle w Olsztynie

Kilka tygodni temu gościem Radia Olsztyn był Wacław Radziwinowicz, zaś w najbliższy piątek (21.02) będzie okazja uczestniczenia w spotkaniu z Pawłem Huelle. Autor „Weisera Dawidka” przyjedzie do miasta nad Łyną aby promować swoją najnowszą powieść, czyli „Śpiewaj ogrody”. Rozmawiać z gdańskim pisarzem będzie Ewa Zdrojkowska. Pawła Huelle będzie można posłuchać również nie wychodząc z domu, a to za sprawą relacji na żywo, którą przeprowadzi wspomniana rozgłośnia. Szczegóły tutaj: http://ro.com.pl/spotkanie-autorskie-z-pawlem-huelle-w-radiu-olsztyn/01107425

piątek, 14 lutego 2014

Dzień zakochanych

Źródło - Wikipedia
Przypomniał mi się fragment „Mistrzostwa Świata”, który opowiada historię zakochanego mężczyzny. Co prawda, jest to opowieść bez happy endu, lecz jak najbardziej nadaje się na dzisiejszy dzień.

„Zakochałem się natychmiast. To były cudowne chwile. Całymi godzinami śledziłem wytatuowaną jaszczurkę na udzie ukochanej. Głaskałem ją i lizałem, tak na wszelki wypadek, żeby sprawdzić, czy dobrze wydziergana. Niby wszystko było zrobione jak należy, ale przezorny zawsze ubezpieczony. Lizałem bez opamiętania, aż do bólu jęzora. W przerwach w lizaniu, piłem kompot ze śliwek i wracałem do kontroli technicznej. Kiedy teraz próbuję sobie przypomnieć, cóż jeszcze wtedy robiłem, to wyjdzie, że niewiele ponad to. Po dwóch miesiącach lizania, na naszym związku pojawiła się rysa, a na moim jęzorze bąbel. Marzenka wracała nieregularnie, często późną nocą. Którejś z nich nie wsunęła się pod koc, na nasz wąski tapczan, wcale. Bąbel nieufności urósł, kiedy zaczęła sypiać w bieliźnie, a mi podsunęła pod nos materac do dmuchania.
-          Co będzie z jaszczurką? Jak ją mam teraz oglądać przez te majtki? Jak lizać?
Krzyknąłem zrozpaczony, chociaż od jakiegoś czasu już nie lizałem. Rozumiecie-bąbel.
-          Jaszczurki już nie ma - powiedziała sucho.
-          Jak to, nie ma?! - wydarłem się na cały akademik.
-          Nie ma, usunęłam.
Rycząc, padłem przed nią na kolana.
-          Dlaczegoś to zrobiła?!
Ona wystukiwała coś na klawiaturze telefonu.
-          Łuskonośne gady już są niemodne - wytrajkotała i wypuściła gdzieś esemes.
-          A co tu moda ma do rzeczy? To była m o j a jaszczurka, jakim prawem, dlaczego? Wytłumacz!
Ale ona nie chciała tłumaczyć. Obróciła się na pięcie i wyszła. Wróciła w nocy, bez słowa przebrała się w pidżamę i wsunęła pod kołdrę. Mnie przypadł koc. I kiedy już zasypiałem, trąciła mnie łokciem.
-          Wiesz, z jaszczurką to skłamałam.
Wiedziałem! Zerwałem się z podłogi, bo materac już jakiś czas temu przetarłem jęzorem i zrobiła się dziura.
-          Pokaż, pokaż ją, moja kochana!
-          Nie tylko pokażę, ale i dam. – I wsadziła mi za slipki coś śliskiego i ruchliwego. – Masz swoją jaszczurkę, poliż sobie. I nakryła głowę kołdrą.

Trudno, pomyślałem, nasze poczucie humoru jest różne, ale to jeszcze nie powód, żeby się zaraz rozchodzić. Jaszczurkę wsadziłem do słoika po korniszonach, a zły nastrój ukochanej postanowiłem przeczekać karmiąc jaszczurkę jabłkami. Nadałem jej imię, a jakże, Marzenka. Odtąd zawsze Marzenka przy mnie była, a czasami nawet dwie. Któregoś dnia, Marzenka numer jeden oznajmiła mi, że przyjeżdża do niej brat i zostanie jeszcze jakiś czas. To masz drugiego brata?, zapytałem uradowany. Nie dalej jak trzy dni wcześniej poznałem jej pierwszego brata, odpoczywał w jej siostrzanym objęciu, kiedy wróciłem ze spaceru z Marzenką numer dwa. Mam, warknęła i wyniosła moje rzeczy na korytarz. Od jakiegoś czasu ciągle warczała, tłumaczyłem sobie to stresem związanym z sesją egzaminacyjną. Na czas wizyty brata zamieszkaliśmy z Marzenką Łuskonośną w kącie, pod oknem. Ja to rozumiałem, pokój faktycznie był ciasny, a jak mówi przysłowie: Gość w dom, Bóg w dom. Trudno żeby człowiek spał na korytarzu. Moja ukochana z bratem zaczepiali się czasem o nas butami, kiedy wracali nad ranem, bo Marzenka chciała mu pokazać jak najwięcej uroków miasta. Po dwóch tygodniach jej małomówny brat wyjechał. Nawet nie było okazji zamienić kilku słów”. 

środa, 12 lutego 2014

„Król Tyru” – kolejna ocena

„Pożeracz Światów… czyli książek”, a tak naprawdę Paweł Richert przeczytał mojego „Króla Tyru”. Jego zdaniem „Pierwszy kryminał w tym roku – ostatnia część trylogii Białkowskiego - nie zawiódł. Wartka akcja, znane już oraz nowe postaci i ich pogmatwane losy, intryga pleciona gęsto i często niespodziewanie zmieniająca ścieg. Poznajemy dalszy ciąg historii związanej z Montalto i kainitami. Fabuła idzie zupełnie inną drogą niż poprzednie części, ale jest ona równie wyboista i pełna zakrętów (…) Pomijając niektóre – według mnie – sztucznie brzmiące zwroty, świetna lektura”. Całość tutaj: http://slpablos.blogspot.com/2014/01/tomasz-biakowski-krol-tyru.html

wtorek, 11 lutego 2014

„Klaun” Pavla Kohouta

Pavel Kohout bywa nazywany wybitnym czeskim dramaturgiem. Ja zetknąłem się dotychczas jedynie z jego twórczością prozatorską. „Kacica”, którą u nas wydało wydawnictwo Muza blisko dwadzieścia lat temu, to jedna z moich ulubionych pozycji. Opowieść o Lizince Tacheci, która zostaje uczennicą szkoły dla katów (sic!), jest niezwykła. Kończy ją zdanie, które wiele mówi, o poczuciu humoru, jak i podejściu pisarza do materii literackiej. Owo zdanie brzmi: „Nie pierdnął”. Ot, cały Kohout. Napisałem, że autor „Trzeciej siostry” jest wybitnym dramaturgiem. Okazją do sprawdzenia tej opinii był niedzielny spektakl w olsztyńskim Teatrze Jaracza zatytułowany „Klaun”. Tu muszę napisać zdanie o samym budynku, który przeszedł gruntowny remont i prezentuje się teraz imponująco. Przedstawienie odbywało się na scenie „Margines”, która wcześniej wyglądała nie najlepiej Dość powiedzieć, że publiczność zasiadała na drewnianych ławach, a z ulicy dobiegał miejski hałas. Teraz to scena, której mogą Olsztynowi pozazdrościć największe polskie teatry. A przecież to tylko jedna z kilku, znacznie większych scen. Kto nie wierzy, niechaj sam sprawdzi. „Klauna” wyreżyserował mój ulubiony olsztyński reżyser, a równocześnie dyrektor „Marginesu” Giovanny Castellanos. Obserwuję jego talent, od kiedy pokazał „Podróż do wnętrza pokoju” autorstwa Michała Walczaka. Tu ciekawostka, Castellanos występuje również w tytułowej roli, czyli klauna Augusta. Akcja sztuki rozgrywa się na cyrkowej arenie. Oto średnio rozgarnięty klaun postanawia zostać dyrektorem cyrku, aby móc tresować cesarskie lipicany. Ostatnio książkę o tych wspaniałych zwierzętach pt. „Czysta biała rasa” autorstwa Franka Westermana wydało wydawnictwo Czarne. Oczywiście, polecam. Cyrk należy do dyrektora Holzknechta, którego w olsztyńskim przedstawieniu zagrał Cezary Ilczyna. To Dyrektor wymyśla zabawę, która polega na spełnieniu trzech zadań przez głupiego klauna. Ich wykonanie oznacza zdobycie władzy nad cyrkiem. Tyle, że klaun nie chce władzy, on pragnie jedynie tresować piękne zwierzęta. To trudne do pojęcia dla pragmatycznego dyrektora. Pomocnikiem Holzknechta jest inspektor maneżu świetnie zagrany przez Marcina Tyrlika. Kohout stworzył swój tekst po tym, jak doświadczył rozczarowania komunizmem. Opisywał problem władzy, którą mogą sprawować tylko wybrani. Tresura koni to tak naprawdę sprawowanie rządów nad narodem. Klaun, aby rządzić, musi mieć rodzinę. Czy ktoś taki, lekkoduch, wieczne dziecko, osobnik traktowany niepoważnie jest w stanie być odpowiedzialnym? Sprawa zdaje się być rozstrzygnięta. Lecz August nie poddaje się. Tworzy rodzinę mocą swojej wyobraźni. Owa wyobraźnia jest jego największą siłą. Chcą go jej pozbawić zarówno Dyrektor, jak i Inspektor. Lecz fantazji kupić się nie da. Zatem należy ją zniszczyć. Kohout jest ciągle aktualny. Porusza problem dostępu do piękna i sztuki. Nie można jej stworzyć mocą dekretu czy ustawy. Bycie artystą to dar. Artysta przez swoją nieprzewidywalność, wrażliwość i potrzebę autonomii zagraża ładowi i przyjętym zasadom. Może go zniszczyć jedynie barbarzyństwo. August nie będzie cieszył się widokiem pięknych koni. On i jego bliscy w finałowej scenie trafią do klatki z dzikimi zwierzętami. Świat może odetchnąć. Znowu jest przewidywalny. Znowu stał się (nie)ludzki.

niedziela, 9 lutego 2014

Rok 2025, a potem koniec?

Luty trwa w najlepsze, a ja dopiero czytam jesienny numer czasopisma „Rita Baum” (29/2013). Tym razem redaktorzy zajęli się problemem dramatycznie spadających nakładów pism wydawanych w formie papierowej. Numer otwiera tekst autorstwa Piotra Czerniawskiego pod wiele mówiącym tytułem „Prosektorium”. Autor pokazuje mechanizmy, które stały za dramatycznym spadkiem nakładów. W pewnej chwili pisze, że „upadek prasy papierowej w Polsce jest przesądzony (firma Future Exploration szacuje, że nastąpi on w 2025 roku)”. Autor uważa, że „jedyną szansą na przetrwanie czasopism w formule zbliżonej do dzisiejszej jest sprzedaż wersji cyfrowej na tablety”. Kolejny teksty zamieszczony w „Ricie Baum” jest utrzymany w równie ponurym tonie. „Prasa papierowa umiera” pisze Katarzyna Paprota. Jak ją uratować? Autorka stawia śmiałą tezę, że „To, co być może przedłużyłoby agonię prasy, to umiejętność uczenia się od blogerów, sięganie po ich sposoby sprawdzania informacji i pozyskiwania wiadomości, opanowanie serwisów społecznościowych z całą ich specyfiką. Z całą pewnością nie zaszkodziłoby też odświeżenie stylu, bo nadęte, tłuste, paraliterackie frazy lub też sztywne, schematyczne zdania rodem z polskiej szkoły pisania listów nadal straszą na łamach publikowanych dziś gazet, zamiast pozostać tam, gdzie ich miejsce – w lekturach szkolnych”. Tu bym był ostrożniejszy. Mając do wyboru chociażby recenzje zamieszczane w papierowych „Nowych Książkach”, a te z działu kultury na „Wirtualnej Polsce”, póki co wybieram te pierwsze.

piątek, 7 lutego 2014

Czubaj po angielsku

Ze stolicy przywiozłem powieść kryminalną Mariusza Czubaja pt. „21:37”. Przypomnę, że za tę książkę autor otrzymał Nagrodę Wielkiego Kalibru. Wieczorem, w kameralnym gronie, miałem przyjemność wysłuchać relacji samego pisarza, który opowiedział o promocji książki w Londynie. Pretekstem była premiera angielskiego wydania „21:37”, z której właśnie wrócił. Moją uwagę zwróciło zamieszczenie na stronie tytułowej nazwiska tłumaczki, czyli Anny Hyde. U nas to ciągle rzadkość, a przecież dobry tłumacz to połowa sukcesu. Życzę autorowi aby kolejne jego powieści ukazywały się w krajach anglojęzycznych i nie tylko. Póki co, czekam na nową książkę, którą zapowiada wydawnictwo Albatros. Nosi ona tytuł „Martwe popołudnie” i ma pojawić się jeszcze w pierwszej połowie tego roku.

czwartek, 6 lutego 2014

Polukrowane pola

Dwa dni spędziłem w Warszawie. Jadąc obserwowałem pola, które w słonecznym świetle wyglądały tak, jakby ktoś polał je gigantyczną ilością lukru, który zdążył już zgęstnieć. Zdjęcie zrobione telefonem nie oddaje niezwykłych obrazów, lecz myślę, że chociaż namiastka tego, co widoczne było przez dziesiątki kilometrów na nim jest.


wtorek, 4 lutego 2014

„Zadra” się trzyma

Właśnie ukazało się najnowsze wydanie krakowskiego kwartalnika, od kilku lat ukazującego się tak naprawdę jako półrocznik, „Zadra”. To numer 3-4 z 2013 roku. Mały poślizg w przypadku czasopisma społeczno-kulturalnego nie dziwi. Warto natomiast odnotować, że pomimo trudnej sytuacji tego typu tytułów w Polsce, „Zadrze” udała się rzecz bardzo ciekawa, a mianowicie włączenie czytelniczek we współfinansowanie pisma. Ogłoszona w minionym roku akcja 500 prenumerat okazała się strzałem w dziesiątkę. Dzięki czytelniczkom pismo przetrwało, jest i, miejmy nadzieję, nadal będzie. Akcja jest nadal aktualna, bo z oczywistych względów jest inicjatywą coroczną. W numerze dużo tekstów poświęconych absurdalnej debacie o tworze trudnym do zdefiniowania, czyli o tzw. ideologii gender. Moją uwagę zwrócił jednak tekst wybitnej kryminolożki, prof. Moniki Płatek, pt. „Historie wyszeptane w bieli”. Autorka odwołując się także do własnej biografii przygląda się dzieciom urodzonym pomimo królującego zła i braku nadziei na lepszy świat. Jej brat przyszedł na świat w obozie koncentracyjnym. On i wiele innych dzieci nie umieją zrozumieć, jak to jest rodzić się w czasie wojny – z miłości, z gwałtu, z obowiązku państwowego (przypadek Lebensbornów). Płatek upomina się o prawo kobiet do decydowania o swoim ciele, ale też – niejako na marginesie „Ostatnich świadków” Swietłany Aleksijewicz – namawia dorosłe dziś dzieci do zaakceptowania tego, że przyszło im pojawić się na świecie właśnie wtedy, gdy wokół dominowała śmierć. 

poniedziałek, 3 lutego 2014

LGM - Kilka słów podsumowania

„Szlag by trafił te wszystkie Olsztyny!” pisze jeden z autorów tekstów, które są owocem Literackiej Gry Miejskiej. Okrutna to ocena. Przewrotnie, obraz miasta jaki wyłania się z nadesłanych prac Olsztynowi jako miejscu do tworzenia kryminalnych intryg sprzyja jak najbardziej. Zaś wizja miasta na północy kraju, z wiecznym mrokiem, chłodem, wiatrem szarpiącym poły płaszczów, poczuciem zamknięcia i izolacji oraz odczuwalnym zagrożeniem, może być pociągająca i inspirująca. Tutaj płoną kamienice i samochody. Ociekające krwią trupy wiszą pod Mostem Jana, ciała spadają z ratuszowej wieży, można je znaleźć na zdewastowanym Stadionie Leśnym, czasem pływają w Łynie, głębokim stawie i jednym z licznych jezior. Grupy przestępcze wybijają się seriami z broni palnej na Targu Rybnym. Skarby kryje drewniana podłoga w Teatrze Jaracza, gmachy bibliotek, a nawet pusty akademik przy ulicy Niepodległości. Zbrodniarze posługują się nie tylko bronią palną. Lubią porywać. Można ich spotkać z kijem bejsbolowym i pogrzebaczem w ręku. Mordują nożem, krzesłem, kocem, polewają benzyną, a kiedy brakuje pomysłu, obijają nieszczęsne ofiary buciorami. Czasem, dla większego efektu, odcinają ręce. Zdarza się im dokonać dekapitacji metalowym ostrzem szpadla, którym wcześniej kopią na podolsztyńskich działkach groby. Kiedy indziej bezdomny zostanie zepchnięty z mostu w nurt zimnej, rwącej rzeki, zaś poczucie winy popchnie do zażycia trującej substancji wrażliwą dziewczynę. Powracają w historiach czasy milicji obywatelskiej, Pewexów i restauracji „Andromeda”. Mordercą może być każdy, chociażby dziennikarka, z którą sypia bohater. Tu morduje się bez taryfy ulgowej. Z zemsty, zranionej dumy, odrzuconego uczucia i, rzecz jasna, dla pieniędzy. Brat zabija siostrę, chłopak dziewczynę. Oczywiście, autor autorowi nierówny. Widać braki warsztatowe, styl szwankuje, z ortografią też nie najlepiej. Nie w tym jednak rzecz. Chodzi w tym przypadku o dobrą zabawę, uruchomienie pokładów wyobraźni, dowcip i inteligencję. Tego odmówić twórcom nie mogę. Dziękuję za udział w projekcie i zachęcam do wędrówek po mieście. Gdyż jak napisał przywołany na wstępie jeden z uczestników gry, „Nad ranem niemal wył z bólu, nienawidził Olsztyna z całego serca i tysiąc razy obiecywał sobie wybrać się do tego cholernego miasta”. Ot, taki paradoks.

sobota, 1 lutego 2014

Znawcy

„Sprawa się rypła” podobnie jak i „Zaborcza miłość” otrzymały najniższą z możliwych ocen, czyli jedną gwiazdkę. Równie „wysoko” oceniono „Człowieka widmo” i „Saharę”. Co nie znaczy, że nie trafiały się dwie, a nawet trzy gwiazdki. Sugerowano, aby nie przegapić „Małej miss” – cztery gwiazdki, animowanego „Grobowca świetlików” i „Pierre Boulez – pewna droga” – opowieści o kompozytorze. Oba te filmy w pięciopunktowej skali „Gazety TV” otrzymały noty bliskie doskonałości. Pomimo tego szukałem czegoś innego. Zagłębiłem się w szczegółowy spis programów na piątek. Moją uwagę zwróciło słowo, które pojawia się wcale nie tak rzadko w tytułach filmowych. Jest to „tatuaż”. Wymieniany jako pojedyncze słowo, a czasem w wersji rozbudowanej. Jest zatem tatuaż ostatni, diabła, żeglarza. Wyprodukowano nawet „Człowieka z tatuażem”. Tego, którym się zainteresowałem, recenzenci nie ocenili w żaden sposób. Nie zamieścili odsyłacza do spisu znajdującego się na wcześniejszej stronie. Nie istniał. Czyżby było to aż takie dno? Na szczęście podano nazwisko reżysera, a raczej reżyserki. „Tatuaż” jest dziełem Jane Campion. Dziwne, pomyślałem. Campion otrzymała „Złotą Palmę” w Cannes, „Srebrnego Lwa” w Wenecji. Czyżby jej „Tatuaż” to jakieś twórcze nieporozumienie? Zdarza się wszak najlepszym. Postanowiłem jednak zaryzykować. Moje zdumienie rosło w miarę śledzenia fabuły. Oto scenarzystką „Tatuażu” była Susanna Moore. Pobiegłem między regały i odnalazłem niewielką książeczkę jej autorstwa. Wydało ją u nas na podłym papierze w roku 1998 wydawnictwo Zysk i S-ka. Czyżby zatem film, który zdaniem recenzenta „Gazety Wyborczej” nie zasługiwał na jakiekolwiek odnotowanie, był filmową adaptacją powieści Moore, którą amerykański „Newsweek” określił „Wirtuozersko skonstruowaną tajemnicą morderstwa”, a „Time” nazwał „Zadziwiającym… skomplikowanym thrillerem, który wykorzystuje najgłębsze potencjały literatury”? Wyglądało na to, że chodzi o tę samą książkę. Dalej było jeszcze ciekawiej. Zdjęcia do „Tatuażu” zrobił Dion Beebe. Tak, tak, ten sam, który za „Wyznania gejszy” dostał Oskara. Zapragnąłem dowiedzieć się, kim jest autor pięknej muzyki niepokojąco pobrzmiewającej z ekranu telewizora. Facet nazywa się Hilmarsson. To urodzony w Reykjaviku twórca ścieżki dźwiękowej do chociażby historii o staroangielskim bohaterze poematów Boewulfie. Teraz aktorzy. Meg Ryan (gdzież jej tam do aktorów z „Człowieka widmo”!). Partneruje jej w roli policjanta Mark Rufallo, który zagrał chociażby w „Mieście ślepców”. Kolejni nieznani to grająca siostrę głównej bohaterki Jennifer Jason Leight. Zaś krążący po ulicach z psem na rękach lekko psychopatyczny osobnik to nikt inny jak Kevin Bacon. Jednym słowem – amatorka. Bo kto by zwracał uwagę na takie byle co, jak film Jane Campion. Spece z „Wyborczej TV” wiedzą co należy oglądać, a czego nie. Chronią mnie przed miernotą, skwapliwie ją przemilczając. Chwała im za to!