Ostatnimi czasy słowo
to jest przez naszych rodzimych autorów odmieniane w każdym z możliwych przypadków.
Jakże niesłusznie wydzieliny ludzkiego ciała mają negatywny wymiar. Publikacja
nosząca tytuł „Ciemna materia. Historia gówna” ukazuje się w idealnym momencie.
Może być ona wielce pomocna przy tworzeniu kolejnych tekstów i zweryfikuje pogląd
na temat ekskrementów, którymi obrzucają się niemiłosiernie pisarze i pisarki
na łamach prasy. Florian Werner, niemiecki pisarz i dziennikarz, postanowił
przyjrzeć się łajnu, roli jaką odegrało i odgrywa w naszym życiu codziennym,
lecz również w kulturze, nauce i sztuce. Poniżej zamieszczam fragment odnoszący
się akurat do religii: „W dawnych czasach zresztą wiara w cudowną moc świętego gówna
– niezależnie od tego, czy pochodziło od samego Zbawiciela, czy też od prostych
duchownych – była szeroko rozpowszechniona. Kiedy na początku VII wieku Aed
Uaridnach, późniejszy król Irlandii, przejeżdżał przez miasto Othna Muru, jeden
z jego ludzi ostrzegł go, by nie mył rąk w przepływającej przez nie rzece.
Dlaczego? – miał zapytać Aed. Rycerz odpowiedział po chwili wahania, że nieco w
górę jej biegu na brzegu znajduje się ubikacja miejscowego księdza i woda
zanieczyszczona jest ekskrementami. Dowiedziawszy się, że święty człowiek sra
do rzeki, Aed natychmiast postanowił się w niej umyć. <<Nie tylko umyję w
niej twarz – cytuje staroirlandzki manuskrypt – wezmę ją także do ust i napiję
się (wziął trzy głębokie hausty), bo woda, do której wpadają jego odchody, jest
dla mnie jak sakrament>>. Innymi słowy: ekskrementy księdza to swego
rodzaju hostia. Widząc tak głęboką pobożność, duchowny przepowiedział Aedowi
Uaridnachowi władzę nad całą Irlandią i długie życie, a po prowizorycznej fekalnej
wieczerzy podał mu komunię”. I jak tu mówić o przysłowiowej „gównianej sprawie”,
kiedy bohater opowieści za sprawą gówna zostaje królem?
poniedziałek, 31 marca 2014
sobota, 29 marca 2014
Bogusław Chrabota „Königsberg. Historia rodzinna”
Wczorajszego
popołudnia wybrałem się na ulicę Radiową, przy której, jak łatwo się domyślić,
znajduje się siedziba Radia Olsztyn. Sala konferencyjna była zapełniona do
ostatniego miejsca. Gościem dziennikarki Ewy Zdrojkowskiej był pisarz, poeta i
dziennikarz Bogusław Chrabota. Szerzej znany jednak jako redaktor naczelny
„Rzeczpospolitej”. Jak się wkrótce okazało, jego twórczość literacka zupełnie
niesłusznie jest wymieniana jako zajęcie drugorzędne. Fragmenty książki pt. „Königsberg.
Historia rodzinna” w interpretacji aktorki Teatru im. Stefana Jaracza Ireny
Telesz i związanego z Radiem Olsztyn Jaromira Wroniszewskiego zrobiły duże
wrażenie na publiczności. Publikacja Chraboty jest próbą literackiego zapisu losów
mieszkańców Königsberga z czasów dla tego miasta najbardziej tragicznych, bo
związanych z oblężeniem przez Armię Czerwoną. Autor ma bardzo emocjonalny
stosunek do tego miejsca. W Kaliningradzie mieszkała jego babka, przesiedlona
po wojnie do założonego przez Krzyżaków miasta. Miasta, które przez wieki
przechodziło we władanie Polaków, Niemców, a obecnie należy do Rosjan. Ci
ostatni zniszczyli je prawie całkowicie, nie pozostawiając śladów po dawnej
świetności. Na spotkaniu z dziennikarzem jednej z największych polskich gazet
nie mogło obyć się bez pytań o przyszłość polityczno-gospodarczą Kaliningradu i
całego regionu bezpośrednio sąsiadującego z Warmią i Mazurami. Chrabota poddał
w wątpliwość aktualność planów stworzenia z tego regionu europejskiego odpowiednika
Hong Kongu, strefy wolnego handlu, przepływu ludzi i technologii, poszerzonych
kontaktów z krajami Unii Europejskiej. Wydarzenia ostatnich tygodni na Ukrainie
skutecznie proces ten odsunęły, być może na długie lata. Na koniec warto dodać,
że Königsberg to ciągle miejsce słabo opisane przez literaturę. To tam mieszkał
przez całe swoje życie filozof Immanuel Kant – rektor słynnej Albertyny. Dyrektorem
tamtejszego teatru był kompozytor Richard Wagner, dzieciństwo spędziła Hannah
Arendt, urodził się Abraham van den Blocke – projektant i wykonawca gdańskiego
Neptuna, Złotej Bramy i Wielkiej Zbrojowni. Z Königsberga pochodzi fizyk
Kirchhoff, którego dwa słynne prawa musi znać każdy uczeń (przynajmniej w
teorii), wybitni matematycy: Hilbert i Goldbach, sławni architekci, lekarze, prawnicy,
rzeźbiarze, malarze, naukowcy, pisarze, laureaci Nagrody Nobla. Szkoda, że
przez dziesięciolecia, jak widać skutecznie, przemilczano wielką historię tego
miasta. Niedawno pisałem na tym blogu o książce Hansa von Lehndorffa, który w
swoim dzienniku z Prus Wschodnich opisał potworności wojny widziane z
perspektywy Niemca – mieszkańca tych ziem. Książka Chraboty w pewnym sensie
wchodzi w dialog z tamtą publikacją. Tutaj również mamy do czynienia z opisem
bestialstwa i towarzyszącego mu ludzkiego dramatu.
| Bogusław Chrabota |
| Irena Telesz |
| Jaromir Wroniszewski |
czwartek, 27 marca 2014
Michael Hesemann „Kłamstwa Hitlera”
Czytam „Kłamstwa
Hitlera” autorstwa Michaela Hesemanna i nie mogę wyjść ze zdumienia, jak
człowiek, który był od początku swojego życia zaprzeczeniem męża stanu, wodza i
przywódcy, mógł tak łatwo oszukać własny naród, zdobyć władzę, by potem
przynieść światu najstraszniejszą z wojen. Hesemann, punkt po punkcie, obala
mity narosłe wokół osoby tyrana. Cytuje oficjalne materiały nazistowskiej
propagandy oraz samego Hitlera. Dociera do dokumentów, które hitlerowcy
próbowali zniszczyć, bądź zataić. Podaje nazwiska ludzi świadczących o
faktycznej biografii największego zbrodniarza w dziejach ludzkości, zmuszanych
do milczenia zwykle poprzez fizyczną eliminację. Hesemann pisze: „Hitler zimę
1909/1910 roku spędził jako miejski włóczęga. Żywił się w kuchni dla ubogich,
spał w przytułku dla bezdomnych na Meidlingu. Tam też spotkał innego włóczęgę,
Reinholda Hanischa (…) Obaj mężczyźni połączyli siły. Hitler malował akwarele
według motywów z wiedeńskich widokówek, a Hanisch sprzedawał je handlarzom
obrazów”. Potem Hitler ucieka z Wiednia do Monachium, by uniknąć powołania do
wojska. Aresztowany, kłamie w austriackim konsulacie, że zgłosił się na komisję
poborową, lecz ktoś tego nie odnotował. Próbuje uniknąć wojska. W rezultacie zostaje
uznany za nienadającego się do służby frontowej, niezdolnego do noszenia broni.
Jest wątły, cherlawy i wydelikacony. Pół roku później zaciąga się jednak do
armii Cesarstwa Niemieckiego. Armia przyjmuje każdego, zaczyna się wszak wojna.
Adiutant pułku, w którym służy, tak o nim mówi: „Hitler naprawdę nie miał
wówczas według pojęcia wojskowego żadnych zadatków na przełożonego […] w końcu
żołnierz musi się jakoś nadawać na <<dowodzącego>>”. Potem trafia w
okolice Szczecina, do Pasewalku, gdzie mieści się lazaret. Powodem jest rzekoma
ślepota, spowodowana atakiem gazu musztardowego. W „Mein Kampf” pisze, że
podczas pobytu miał doświadczyć „przebudzenia” w stylu legend o świętych
chrześcijańskich. „Cudem” odzyskuje wzrok. Dr Edmund Forster, naczelny lekarz
neurolog w Pasewalku pisze o Hitlerze: „Psychopata z objawami histerii”.
Forster w roku 1933, jak wielu znających Hitlera z przeszłości, popełnia
samobójstwo. Zdąży jednak przekazać protokół badania swojemu koledze, który również
za jakiś czas odbiera sobie życie. A jak przedstawia się kwestia jego
antysemityzmu? W 1919 roku Karl Mayr, dowódca monachijskiego Wydziału
Informacji, zatrudnia Hitlera w służbie propagandowej. Sam będąc antysemitą,
tak mówi o przyszłym wodzu: „był tylko jednym z tysięcy byłych żołnierzy,
którzy znaleźli się na ulicy i szukali pracy […]. W tym czasie Hitler przyjąłby
posadę od kogokolwiek, kto byłby do niego przyjaźnie usposobiony […]. Dla żydowskiego
czy francuskiego zleceniodawcy pracowałby równie chętnie, jak dla Aryjczyka. Kiedy
spotkałem go po raz pierwszy, przypominał zmęczonego, wałęsającego się psa,
który szuka swojego pana”. Kolejne strony książki Hesemanna obalają legendę człowieka,
który kłamał konsekwentnie przez całe swoje życie. Tworzył swój wizerunek na
półprawdach i zmyśleniach. W istocie był upokarzanym odludkiem z poczuciem
niższości, rozpieszczanym przez matkę, siostrę Paulę i niedorozwiniętą umysłowo
ciotkę. Słabym uczniem (dwukrotnie powtarzał klasy, nie zrobił matury), podawał
się za pisarza, artystę malarza, a nawet architekta. Żadnego z tych zawodów
nigdy nie wykonywał. By pozyskać względy robotników, głosił, że w młodości pracował
jako pomocnik na budowie, w istocie „brzydził się wszelkim pospolitym zawodem
uprawianym dla chleba”. Czytam książkę Hesemanna, a w miarę lektury pytanie
postawione na początku powraca z coraz większą mocą. Jak to wszystko było możliwe?!
środa, 26 marca 2014
Wczoraj mnisi się wściekli!
Jak wiadomo
wczorajszego wieczora Manchester City dokopał Manchesterowi United 3:0. Nie
wszyscy jednak wiedzą, że oznacza to wielki smutek w Tybecie, a przynajmniej
wśród tamtejszych mnichów. Skąd to wiem? Colin Thubron odbył niezwykłą podróż,
którą nazwał pielgrzymką na święty szczyt. „Góra w Tybecie” to książka napisana
kunsztownym, przepięknym językiem. Słynny brytyjski pisarz i podróżnik wśród
zachwycających opisów krainy zawieszonej wśród chmur, pod samym niebem,
umieścił także niewielką scenkę. To rozmowa jaką przeprowadził z mnichem Taszi:
„- Oglądają dużo
telewizji? – pytam, nieco zdziwiony.
- O, tak. Mnisi
bardzo się podniecają – zaśmiał się Taszi. – Wczoraj wieczorem wszyscy mnisi
się wściekli.
- Dlaczego? –
Wiedziałem, że ich spokój mógł być złudny. W Tybecie mnisi nadal stanowili
zarzewie protestów politycznych, a przed wiekami klasztory ogarniał szał bratobójczych
wojen.
- Chodzi o Manchester
United. Wszyscy mnisi uwielbiają piłkę nożną. Wczoraj złościli się podczas meczu
Ligi Mistrzów. Barcelona pokonała Manchester United, a wszyscy mnisi kochają
Manchester United. Szkoda, że nie widziałeś, jak sprzeczali się przed
telewizorem. Uważali, że sędzia jest stronniczy… Wściekali się, kiedy dawał
kartki. Zaczęli krzyczeć.
- Sądziłem, że
wieczorem mnisi się modlą – mówię, potrząsając głową.
- Cóż, może to
taki rodzaj medytacji. Koncentrują się na piłce, a reszta świata znika…”
wtorek, 25 marca 2014
Kryminalna Piła - finaliści
Warszawa, Lwów,
Lublin, Grodzisk Wielkopolski i maleńkie Krotowice. Wszystkie te miejsca łączy
jeden temat. Jest nim przestrzeń miejska, w której osadzono kryminalną intrygę,
a ściślej rzecz ujmując, umieszczono w tych miastach akcję książek autorów
powieści z dreszczykiem. Wymienię po kolei finalistów konkursu na najlepszą
powieść miejską „Kryminalna Piła” oraz ich książki: Tadeusz Cegielski „Tajemnica
pułkownika Kowadły”, Ryszard Ćwirlej „Śmiertelnie poważna sprawa”, Wojciech
Chmielarz „Farma lalek”, Paweł Jaszczuk „Akuszer śmierci” oraz Marcin Wroński „Pogrom
w przyszły wtorek”. Cóż można powiedzieć o finałowej piątce? Zwraca uwagę fakt,
że tylko jedna z książek ma akcję rozgrywającą się współcześnie, to powieść
Chmielarza. Pozostałe rozgrywają się tuż przed II wojną światową (Jaszczuk),
chwilę po jej zakończeniu (Wroński), w latach pięćdziesiątych (Cegielski) i
osiemdziesiątych (Ćwirlej). Wszystkie wyszły w dużych wydawnictwach. Wśród finalistów
nie ma kobiet. Autorzy nie są debiutantami. Cieszy mnie obecność pisarza z Olsztyna, czyli Pawła Jaszczuka. Wszystkim finalistom, rzecz jasna,
gratuluję. Kto zdobędzie pierwszą w historii „Kryminalną Piłę” dowiemy się
czwartego kwietnia.
niedziela, 23 marca 2014
Zjeść ciastko i ciągle je mieć
„Gazeta.pl”
zamieszcza dzisiaj tekst traktujący o polskich kryminałach, w którym pojawia
się teza o rosnącej potędze naszych rodzimych autorów. Dziennikarz kryjący się
pod skrótem mwi wymienia z nazwiska pisarzy, opisuje sytuację jeszcze sprzed
kilku lat, kiedy to piszących kryminały było ledwie kilku. Wylicza kraje, w
których ukazały się albo ukażą polskie powieści kryminalne, przywołuje do tego
nakłady i plany filmowców pragnących twórczość polskich autorów kryminalnych
przenieść na duży ekran. Wszystko to wygląda pięknie i okazale, nakazuje widzieć
przyszłość w tęczowych barwach. Mnie jednak uporczywie dręczy myśl o natrętnym,
nie pierwszy zresztą raz, promowaniu nazwisk twórców przeze mnie cenionych, acz
z kryminałem mających związek, by tak rzec, wątły. Cenię Joannę Bator za książki
z Wałbrzychem w tle, nijak jednak nie mogę uznać ostatniej pozycji autorki,
która wyszła w cenionej w środowisku serii „Archipelagi” z założenia
prezentującej książki o zupełnie innym profilu, za powieść kryminalną. Można w
tym miejscu złośliwie powiedzieć, że „jeszcze się taki nie narodził, co by
kryminał Nagrodą Nike nagrodził”. Joanna Bator za „Ciemno, prawie noc” tę
prestiżową nagrodę otrzymała, zaś przywołana „Gazeta Wyborcza” dzień po
wręczeniu pisarce lauru porównała jej metodę pisania do strategii stosowanych
przez Tadeusza Konwickiego, którego za twórcę kryminałów uznać raczej trudno.
Inny z naszych czołowych „kryminalistów” to Michał Witkowski. Tutaj odsyłam na
stronę Instytutu Książki – oficjalnej tuby promującej polskich autorów w kraju i
za granicą, prezentującej ich książki w katalogach pokazywanych na
międzynarodowych targach. Oto recenzent „Drwala” tak pisze o tej pozycji: „Drwal jest świetną prozą najeżoną
absurdem i groteską, jednak rozpatrywany osobno jako kryminał absolutnie się
nie sprawdza. Wątek kryminalny jest płaski, nad logiczną strukturą narracji
górę biorą chaotyczne dygresje”. Witkowski za tę książkę nominację do Nike
dostał, nic mi nie wiadomo natomiast o jakichkolwiek laurach w środowisku
kryminalnym. A przecież autor, jako mieszkaniec Wrocławia, na finałową galę
miałby zdecydowanie bliżej niż chociażby Paweł Jaszczuk z Olsztyna – laureat Nagrody Wielkiego Kalibru,
tłumaczony na język niemiecki w prestiżowym monachijskim wydawnictwie DTV. Słowa
jednak w tekście o autorze lwowskiej serii nie ma. Zapewne z braku miejsca. Myślę też, że takie pseudopromocyjne działania mogą tylko polskiemu kryminałowi zaszkodzić. Zrazić czytelników do gatunku, który po latach powraca. Niemcy
w takich sytuacjach mówią: „Nie możesz tańczyć na dwóch weselach jednocześnie”.
U nas wygląda to inaczej. Mam wrażenie, że gdyby naszym pisarzom za jakiś czas
opłacało się zostać autorami wziętych romansów, szybko by im to umożliwiono, napisano
kolejny entuzjastyczny tekst, nie przestając, rzecz jasna, rozpatrywać ich
kandydatur do Nike.
czwartek, 20 marca 2014
Przyganiał szowinista szowiniście
Jakiś czas temu
Małgorzata Kalicińska, odnosząc się do nominacji do Nike, upomniała się o
optymizm w literaturze. Ten blogowy wpis poczytnej autorki literatury kobiecej wywołał
reakcję Ignacego Karpowicza, który komentując jej twórczość, nie przebierał w
słowach. „Stolarz rzekłby: »Z gówna nie da się zrobić coś«” – puentował.
Niektórzy uznali go wówczas za szowinistę. Niektórzy, czyli chociażby autorzy
manifestu „Alice Munro nie miałaby u nas szans”. Co ciekawe, motyw gówna
okazuje się całkiem nośny. Kaja Malanowska w szeroko komentowanym wpisie na
Facebooku, w którym użala się nad stanem swoich finansów, kilkakrotnie używa
tego określenia, popisując się prawdziwą finezją słowa. W minionym tygodniu o
gównie akcentowanym przez Malanowską, w „Dużym Formacie” napisał Krzysztof
Varga. W typowo felietonowej stylistyce pozwolił sobie na dość jednoznaczne
sugestie (strzelenie sobie w łeb) i także zwrócił uwagę na wyjątkowo wyszukany
sposób wypowiadania się autorki. Vargę również uznano za szowinistę. Między
innymi zrobiła to Eliza Szybowicz, stając w obronie obrażonej koleżanki z
Krytyki Politycznej. Aż wreszcie Karpowicz, nazywany szowinistą, zdecydował, że
szowinistą większym jest Varga. Nie omieszkał tego zaznaczyć w polemicznym
felietonie w dzisiejszym „Dużym Formacie”. I tak znane przysłowie: „przyganiał
kocioł garnkowi” po raz kolejny okazało się bardzo realistyczne. Szowinista
szowiniście przygania, a gówno, najistotniejsze w tej sprawie, ma się całkiem
dobrze.
środa, 19 marca 2014
Peter May „Czarny dom”
„Fin myślał o
tym, jak smutne jest życie tej młodzieży. Niewiele albo nic do roboty, presja
społeczności, którą wciąż pętała surowa i posępna religia. Kryzys ekonomiczny,
wysokie bezrobocie. Alkoholizm na porządku dziennym, współczynnik samobójstw
znacznie powyżej średniej krajowej”. To fragment powieści Petera Maya pt. „Czarny
dom”. Powieściowy Fin jest policjantem, który dzieciństwo i młodość spędził na
wyspie Lewis. Po latach przybywa w rodzinne strony, żeby rozwiązać zagadkę brutalnego
morderstwa. Dodam, że ofiara to, jak wszyscy tutaj, znajomy Fina z lat szkolnych.
Zbrodnia bardzo przypomina inną, dokonaną w stolicy Szkocji, Edynburgu. Pytanie
tylko, czy stoi za nią ten sam sprawca? „Czarny dom” to pierwsza część
kryminalnej trylogii z Finem Macleodem – bystrym inspektorem krążącym po
mrocznej wyspie między ludźmi, którzy pogodzili się ze swoim losem i zostali na
Lewis. Mnie powieściowy świat Maya przypomina biedne rejony naszego kraju, takie
jak chociażby popegeerowskie wsie i miasteczka Warmii i Mazur, których obraz
jest uparcie zakłamywany przez bzdurne historyjki o „prowincji pełnej miodu i
mleka”. Peter May to świetny rzemieślnik. Jego opis sekcji zwłok zamordowanego
może skutecznie zniechęcić do spożywania posiłków przez resztę dnia. Autor w
Wielkiej Brytanii ma status literackiej gwiazdy, trylogia rozeszła się w milionowym
nakładzie. Dobrze to świadczy o gustach brytyjskich czytelników, którzy prócz doskonałej
historii detektywistycznej otrzymują barwny, mocny obraz szkockiej prowincji. Powtórzę
więc: Peter May „Czarny dom”, szczerze polecam!
poniedziałek, 17 marca 2014
Oglądać siebie za kilka lat, czyli poniedziałkowa melancholia
Miłą niespodziankę
sprawił mi olsztyński oddział TVP. Po zestawie płyt z programem „Bookriders”, w
którym swego czasu wspólnie z Włodzimierzem Kowalewskim odpowiadałem na pytania
Joanny Wilengowskiej, niedawno otrzymałem płyty DVD z materiałem o „Książkach
pod żaglami”. Tutaj miałem przyjemność opowiadać o swoich powieściach kryminalnych
w towarzystwie Pawła Jaszczuka. Czas płynie bardzo szybko. Za kilka lat zasiądę
przed telewizorem, będę słuchał ludzi, którzy uczestniczyli w tych projektach.
Patrzył na siebie młodszego, widzącego sprawy z ówczesnej perspektywy. Będę obserwował
miasto i miejsca, które, jak wszystko dookoła, podlegają upływowi czasu, jego
nieuchronności. Zapewne zmienią się. Co wtedy o sobie pomyślę? Jak ocenię ten
czas? Czy dobrze go wykorzystałem? Czy decyzje wówczas podjęte były słuszne?
sobota, 15 marca 2014
„Rebelia” w Katowicach
Jedni płaczą nad
swoją sytuacją na rynku książki, inny zwyczajnie pracują. Pisałem kilka dni
temu o sukcesie Włodzimierza Kowalewskiego jakim zapewne będzie film na
podstawie jego powieści. Dzisiaj informuję o kolejnym wydarzeniu związanym z
twórczością moich olsztyńskich kolegów po piórze. Oto już za niecały tydzień,
bo 21 marca, w katowickim Teatrze Śląskim, odbędzie się premiera sztuki opartej
na powieści pt. „Rebelia” Mariusza Sieniewicza. Pisarz za swoją antyutopię o świecie opętanym kultem
młodości otrzymał kilka znaczących wyróżnień, bo za takie uznać należy nominacje
do Nagrody Nike i Paszportów Polityki. Twórcy spektaklu mieli zatem dobry
materiał do pracy. Jak im to wyszło, okaże się wkrótce. Do Katowic z Olsztyna
droga daleka, mam zatem nadzieję, że uda się ściągnąć sztukę za jakiś czas do
rodzinnego miasta pisarza i pokazać ją również tutaj.
piątek, 14 marca 2014
Las, las. Ch… po pas!
Głośno się zrobiło o
lamencie pewnej autorki trzech pozycji książkowych, która domaga się dużych pieniędzy
za swoją twórczość. Sieciowi interlokutorzy owej twórczyni sugerują m.in. żeby
próbowała pozyskać jakieś stypendium twórcze. Warto wiedzieć, że otrzymać stypendium
można po złożeniu odpowiedniej aplikacji. Bywa też, że potencjalny stypendysta
musi przedstawić szanownej komisji stypendialnej swój projekt osobiście. Być
może autorka trzech pozycji książkowych uczestniczyła w takim castingu na
stypendystkę i ma awersję do pozyskiwania środków finansowych w ten sposób. Tutaj
ją rozumiem. W olsztyńskim ratuszu, dekadę temu, wyglądało to mniej więcej tak:
„Wbiegłem na drugie
piętro. Połowę korytarza wypełniali ludzie.
- Nowy? – Zapytała mnie leciwa sprzątaczka poprawiająca szmatę
stanowiącą granicę oddzielającą schody umazane białą mazią od piętra.
- Nowy – rzuciłem sapiąc, chociaż czułem, że moja odpowiedź jest bez
związku.
- Toż widzę, że nowy. Bo bym znała przecież. – Kategorycznym ruchem
nakazała mi wytrzeć obuwie. To po co pytasz, pomyślałem sprawdzając podeszwy.
Jak wiesz. Przezornie jednak zachowałem tę uwagę dla siebie.
– Na co bierze? – Rzuciła bez większego zainteresowania. Odłożyła
szmatę, poprawiła chustkę na głowie.
Milczałem.
- Bo taki malarz Laszczyk to robi w piasku, ale on to sobie piasek
zniósł we workach, a teraz się turlał będzie. Koncepcyjnie. – Skierowała wzrok
na tłum pod drzwiami. Na faceta siedzącego po kolana w piachu jak dzieciak w
piaskownicy.
Teraz i ja uważniej
obejrzałem zebranych. Byli to ludzie w różnym wieku, młodzi i starzy, płci
obojga. Jedni siedzieli na krzesłach w milczeniu, nad czymś głęboko rozmyślali.
Inni krążyli mrucząc coś pod nosem. Byli i tacy, którzy ściskali się za ręce,
poklepywali serdecznie. Dostrzegłem ludzi z wielkimi czarnymi teczkami. Ludzi
skrobiących coś maczkiem na dłoniach. Ludzi wykonujących jakieś skomplikowane
figury akrobatyczne. Ktoś klęczał przed ścianą, ktoś płakał, inny się śmiał.
Grupa ludzi otoczyła faceta, który śpiewał jakąś wiązankę pieśni
patriotycznych.
Sprzątaczka przepytywała mnie dalej.
– A on nie chce powiedzieć? – Teraz w jej oczach dostrzegłem
autentyczną ciekawość.
- Będę pisał książkę. – Wypaliłem wreszcie.
- A jak będzie pisał, to niby gdzie? Że niby tu? Na betonowej posadzce?
A niby jak? Niby czym?
- No, jak tak mówię ogólnie – Odparłem ogólnie. Teraz obok mnie
przebiegło smagłe dziecko w jednym bucie.
- Gdzie mi tu! – Sprzątaczka machnęła szmatą za biegnącym – Cyganiaki
cholerne! Do roboty by matka z ojcem poszły, a nie dzieci na żebry posyłają.
Stypendysty pieprzone! Już ja bym wam dała stypendia! – Omiotła wzrokiem tłum –
Wszystkim wam bym dała, nieroby jebane! Po państwowe łapy wyciągają. Dwa, trzy
etaty każden bierze, w telewizji mordy pokazują. Ten siwy z brodą, ten na
fotelu, rok w rok przyłazi i rok w rok dostaje. Artysta. Puszkę butaprenu kupi,
połowę wywącha a na drugą kwiaty z trawnika przyklei. Dzieło sztuki. Tfu!
Cyganiaki znowóż na buty biorą. Tancerze. Nazłaziło się dziadostwa za osiemset
dwadzieścia cztery brutto. Na pół roku bierą, a taki Laszczyk to i dłużej nawet
W zeszłym roku śniegu naznosił, kulek nalepił i w rurki, takie jak w lotto
mają, wkładał. Mieszał ze sadzą i wypuszczał z drugiej strony dzieło sztuki.
Ile ja się potem musiałam korytarz naczyścić! Cyganiaki to tylko na dwa
miesiące, dlatego w jednym bucie każden gania. Za miesiąc przyniosą drugi. Nogi
by brudasy pomyły. Albo ta sucha przy poręczy. Wiersze pisze. Łąka, las,
jezioro. Jezioro, łąka, las. Las, las. Chuj
po pas! Takie wiersze to i ja mogę pisać. Tyle, że mnie osiemset dwadzieścia
cztery żaden urzędnik nie da. A on mówi, że na książkę? – znów spojrzała na
mnie - Ho, ho, cwaniak musi być niezły! To czym będzie pisał? Łapki ma
delikatne. Jeszcze se pokaleczy, odcisków narobi. A takie ręce do sztuki to
widział? – I wystawiła pazury tuż przed moim nosem.
Bardzo szybko zbiegłem po schodach”.
czwartek, 13 marca 2014
wtorek, 11 marca 2014
Jadymy durch
„Jo jada durch
Bo to jest życio
smak
Niy stowom niy
Do przodku
zawsze chca
Niy patrza w tył”
Jeśli macie
kiepski dzień, brakuje wam energii, polecam terapię wstrząsową. Polega ona na mocnym
przekręceniu gały we wzmacniaczu (średnio nie wystarczy) i wcześniejszym
sprawdzeniu, czy wasze okna są solidnie zamocowane. Wizyta sąsiadów bardzo
prawdopodobna. Może okazać się trudną. Mimo wszystko, a może tym bardziej,
warto sięgnąć po debiut muzyczny górnośląskiego „Oberschlesien”, który ostatnio
zachwalał sam Wojciech Mann. Płyta jest pięknie wydana, nie ustępuje topowym,
zagranicznym produkcjom. Znakomicie to wszystko razem brzmi, soczyście,
równiutko, przypomina niemiecki „Rammstein”, lecz traktuje o trudnym losie ludzi i historiach dziejących się u nas, a ściślej na śląskiej ziemi. Dodam, że wokalista
zespołu, czyli Michał Stawiński, siłą swojego głosu mógłby przewracać meble.
Prawdę powiedziawszy właśnie to uczynił.
poniedziałek, 10 marca 2014
Kryminalna Piła – konkurs
Jak podają
organizatorzy nowego konkursu dla powieści kryminalnej, czyli Kryminalna Piła, do pierwszej edycji zostało zakwalifikowanych dwadzieścia jeden książek. Dużo to czy mało? Dużo, bo
kryterium kwalifikacyjnym było umiejscowienie akcji w przestrzeni miejskiej. Nie
każdy wychodzący w Polsce kryminał rozgrywa się na ulicach miast, a co za tym
idzie część książek nie spełnia warunków regulaminu. Mało, ponieważ w zeszłym
roku wydawnictwa opublikowały grubo ponad sto książek w tym gatunku. Najwyraźniej
niektórzy wydawcy przespali czas na zgłoszenie. Na liście tytułów wypatrzyłem
autorów już uznanych i cenionych. Są też twórcy rozpoczynający swoją pisarską
drogę. Oczywiście, automatycznie pojawiają się porównania z Nagrodą Wielkiego
Kalibru. Organizatorzy Kryminalnej Piły zrezygnowali z terminu „nagroda” na
rzecz „konkursu”. Drugą zasadniczą różnicą jest brak wskazania książek nominowanych.
To posunięcie nieco ryzykowne, wszak potencjalna nominacja oznacza
zwielokrotnienie działań na polu promocyjnym. Każdy wydawca chętnie pochwali
się nominowanym autorem i jego książką. Tu mamy tylko i aż laureata. Z jednej
strony to większy prestiż dla zwycięzcy, z drugiej zaś ryzyko słabego
oddziaływania medialnego. Jak będzie czas pokaże. Najlepszy kryminał miejski
poznamy już za niecały miesiąc.
piątek, 7 marca 2014
Antologia
Zamieszczałem informacje
dotyczące tego wydarzenia, a teraz mogę już ogłosić, że Miejska Biblioteka
Publiczna w Olsztynie, zgodnie z zapowiedzią, wydała antologię opowiadań
kryminalnych, które są owocem gry miejskiej. Teksty można przeczytać zaglądając
na stronę biblioteki, tutaj: http://mbpol.internetdsl.pl/wwwmbp/ak/antologia_kryminalna.pdf
czwartek, 6 marca 2014
Błąd
Popełniłem błąd
pisząc wczoraj o czwórce Polaków nominowanych do Nagrody im. Ryszarda
Kapuścińskiego. W rzeczywistości naszych rodaków jest piątka. Dionisios Sturis
urodził się w Salonikach, lecz mieszka i pracuje w Polsce. Jest reporterem i
dziennikarzem Radia Tok FM. W wywiadzie udzielonym dla „Onet.pl” pytany, czy
odkrył w sobie Greka, mówi: „Nie, ja jestem stuprocentowym Polakiem”.
Przepraszam zatem autora książki „Grecja. Gorzkie pomarańcze” Na swoje
usprawiedliwienie napiszę, że debiut reportażowy Sturisa umknął mojej uwadze w
wielości wydawanych każdego dnia książek. Po prostu sugerowałem się nazwiskiem reportera.
środa, 5 marca 2014
Piąta edycja Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego
Po raz piąty
ogłoszono listę finalistów międzynarodowej nagrody dla reportażystów, czyli
Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. Pośród dziesięciu tytułów wypatrzyłem cztery teksty autorów z naszego kraju, a zatem mniej niż w roku ubiegłym. Piszę o tym dlatego,
że wśród laureatów naszego rodaka ciągle nie ma. Może piąta edycja okaże się szczęśliwą
dla kogoś z czwórki: Krysowata, Jagielski, Springer, Wasielewski? W zeszłym
roku aż siedem z dziesięciu książek wydało wydawnictwo Czarne. Teraz tak
wyraźnej dominacji tego wydawcy już nie widać. Ciągle to jednak cztery tytuły,
czyli blisko połowa. W finale są książki z bardzo dużych wydawnictw, bo prócz
przywołanego Czarnego (już dawno przestało być niewielkim wydawnictwem)
nominowano książki z W.A.B., Znaku, Świata Książki, Wielkiej Litery. Jedynym
małym wydawcą w tym towarzystwie jest Karakter. Kto otrzyma w tym roku nagrodę
w wysokości 50 tysięcy złotych? Moim cichym faworytem jest Maciej Wasielewski z
książką pt. „Jutro przypłynie królowa”. Pisałem o niej na tym blogu jakiś czas
temu. http://tomaszbialkowski.blogspot.com/2013/08/maciej-wasielewski-jutro-przypynie.html
Opowieść o mieszkańcach wyspy Pitcairn może poruszyć nawet najbardziej
obojętnych. Zwycięzcę poznamy podczas majowych Targów Książki w Warszawie.
wtorek, 4 marca 2014
Gdańskie widoki z wysokiego okna
Podczas
zeszłotygodniowego pobytu w Gdańsku mieszkałem w Bibliotece im. Josepha Conrada
Korzeniowskiego przy Targu Rakowym. Pokój znajdował się na poddaszu, skąd było
widać całkiem spory fragment centrum miasta, a nawet stocznię. Sam budynek
wygląda bardzo okazale. Dużo też się w nim dzieje. Widziałem zapowiedzi wielu
spotkań z autorami książek. Warto zajrzeć w to miejsce będąc w Trójmieście.
niedziela, 2 marca 2014
„Excentrycy” na wielkim ekranie
To już
informacja potwierdzona. Powstanie film na podstawie powieści olsztyńskiego
pisarza Włodzimierza Kowalewskiego. „Excentrycy”, bo o nich mowa, otrzymali
dofinansowanie z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej w wysokości trzech
milionów złotych. Budżet na cały film to blisko siedem milionów. Na polskie
warunki to całkiem spora suma, która może być gwarancją odtworzenia powojennego
(lata pięćdziesiąte minionego wieku) Ciechocinka, do którego przybywa bohater
powieści – Fabian. Reżyserii filmu podjął się sławny reżyser Janusz Majewski,
znany chociażby z takich obrazów jak „Zaklęte rewiry” czy „C.K. Dezerterzy”.
Znani są również odtwórcy głównych ról. Fabiana zagra Maciej Stuhr, zaś
partnerować mu będzie Sonia Bohosiewicz. Wydana przez Kowalewskiego w 2007 roku
powieść w roku następnym została nagrodzona najważniejszym wyróżnieniem w
regionie, czyli Literacką Nagrodą Warmii i Mazur Wawrzyn. Zdjęcia do filmu
ruszą wkrótce. Sukces Kowalewskiego, który jest również autorem scenariusza do
filmu, jest tym większy, że jest on pierwszym pisarzem z Olsztyna, którego
twórczość zostanie sfilmowana.
sobota, 1 marca 2014
7,45
Za tę kwotę
można właśnie kupić serię przygód dziennikarza śledczego Pawła Werensa. Cena niewiarygodnie
niska, a to za sprawą promocji, którą ogłosiło Publio.pl. Nie wiem ile czasu
będzie trwała, zatem warto się pospieszyć. E-booki są dostępne w formatach EPUB
oraz MOBI. Szczegóły znajdują się tutaj: http://www.publio.pl/drzewo-morwowe-tomasz-bialkowski,p86636.html
piątek, 28 lutego 2014
Darska w Oliwskim Klubie Kryminału
Właśnie wróciłem z Gdańska. Wczoraj moja żona spotkała się z członkami Oliwskiego Klubu Kryminału oraz tymi, którzy kryminały czytają i mają ochotę o nich dyskutować. Bernadetta Darska w ramach promowania swojej książki "Śledztwo i płeć. O bohaterkach powieści kryminalnych" (Wyd. Oficynka, Gdańsk 2013) wygłosiła wykład pt. "Dopuścić do głosu trupa. Specjalistki od ciał i od kości na tropach zbrodni".
| Spotkania Oliwskiego Klubu Kryminału odbywają się w gościnnych murach Biblioteki Oliwskiej. |
| Przestępstwom lepiej zapobiegać, niż je później karać. Zabezpieczenie przed kradzieżą. :) |
| Wykład dotyczył twórczości Patricii Cornwell, Kathy Reichs i Karin Slaughter. |
| Był też czas na autografy i rozmowy kuluarowe. |
środa, 26 lutego 2014
Dan Brown o samoograniczeniu, promocji i sosach do kurczaka
Marcowy „KSIĄŻKI.
Magazyn do czytania” (12/2014) zamieszcza m.in. wywiad z Danem Brownem. Autor
bestsellerowych powieści rozmawia z Wojciechem Orlińskim w Pradze, co może
sugerować, że Brown akcję swojej kolejnej książki umieści właśnie w tym
mieście. Sam autor temu zaprzecza i twierdzi, że przebywa na wakacjach. „Umiem
tylko pisać książki i uczyć dzieci”, zaznacza w odpowiedzi na pytanie o hipotetyczną
możliwość wpływania na sprawy społeczne i polityczne. „Mam awersję do sytuacji,
w których celebryta zabiera głos na istotny temat. Kiedy muzyk występuje z
hasłem: „Apartheid jest zły”, zawsze budzi to we mnie podejrzenie: „OK., to
jasne, że apartheid jest zły, ale czy tu chodzi bardziej o apartheid, czy o
promocję nowej płyty?”. Nieco wcześniej pisarz pyta dziennikarza: „Ludzie
żyjący tak jak ja czy pan konsumują dziesięć razy więcej zasobów niż mieszkańcy
ubogiego Południa. Ale czy jesteśmy gotowy na rozwiązanie polegające na
samoograniczeniu? Na jedzenie ryżu i fasoli, branie prysznica raz na tydzień,
zamieszkanie w ciasnej klatce z obcymi ludźmi?” Pytany o inwigilację Internetu
przez NSA, mówi: „Śmieszą mnie jednak ludzie demonstrujący z plakatami: „NSA,
przestań czytać moje maile!”. Ileż egocentryzmu jest w przekonaniu, że agencję
wywiadu naprawdę interesuje twój sekretny przepis na sos do kurczaka czy
najnowsza plotka o niewierności małżeńskiej sąsiada!”.
poniedziałek, 24 lutego 2014
Rodzina ponad wszystko
Przypomniał mi się inny fragment „Mistrzostwa Świata”, będący opowieścią
o szalonej misji polskich działaczy piłkarskich, którzy postanowili pozyskać do
gry w naszej kadrze sławy światowej piłki. Temat aktualny, wszak wczoraj odbyło
się losowanie grup eliminacyjnych do Mistrzostw Europy. Kolejny powód jest związany
z osobą ukraińskiego geniusza futbolu, którym przez lata zachwycał się cały
świat. Ukraina miała w swojej historii wielu świetnych sportowców, jednym z
nich był pewien piłkarz. Myślę, że odrobina humoru na początek tygodnia nie
zaszkodzi:
„Któż nie zna Andrija Szewczenko? Nie mylić z Tarasem, tragicznym
autorem wielkiej liczby poematów, powieści, dramatów, pamiętników i świetnej
liryki. To był żart. Andrij, czasami nazywany Szewa, to niewątpliwie chluba i
cudowne dziecko Ukrainy. Napastnik kompletny, wirtuoz piłki kopanej. Znany ze
swej skromności piłkarz zaczynał pod okiem geniusza trenerskiego Walerija
Łobanowskiego. Kiedy miał czternaście lat, dostał buty od słynnego Walijczyka
Iana Rusha. Nie, żeby Szewa nie miał w czym chodzić, on dostał te buciory, gdyż
wpadł w oko tamtemu. Co by to nie znaczyło. Andrij błyskawicznie rozwijał swój
talent, wszystkie największe kluby Europy wyciągały łapy po piłkarza Dynamo.
Ale on stanowczo mówił, nie. Brało się to z umiłowania przez szesnastolatka,
tak ostatnio skopanych, wartości rodzinnych. Przyjaźni, szacunku dla bliskich.
Za skromną willę, mercedesa klasy E i symboliczne sto tysięcy dołków rocznie
został w Kijowie. Kiedy jednak jeden z członków rodziny zapragnął nauczyć się
języka włoskiego, Szewa nie mógł mu odmówić. Co by to nie znaczyło. Rodzina
spakowała rzeczy i wyjechała do Mediolanu. A że przy okazji chłopiec podpisał
kontrakt na dwadzieścia sześć milionów dołków, to inna sprawa. Wszystko szło
dobrze, Szewa dwa razy został królem strzelców Serie A, dostał Złotą Piłkę od "France Football". Co by to nie znaczyło, wszak stać go było na zakup stu złotych
piłek. Wygrał z zespołem też Ligę Mistrzów. Rozdawał autografy i dawał się
fotografować. Ta tania popularność nie przesłoniła mu jednak sprawy najważniejszej
- rodziny. Na prośbę innego członka rodziny o umożliwienie nauki języka
angielskiego, przenieśli się do Londynu. A że przy okazji dostał trzydzieści
milionów funciaków od Chelsea, to inna sprawa. Obecnie jego były klub z Milanu
za machloje przy kasie być może poleci na ryj do niższej grupy rozgrywek, na
ulicy mówi się, że ktoś na pewno pójdzie siedzieć. Szewa jednak ma się
znakomicie. To wartości rodzinne uchroniły go przed złem.
Kiedy przybyli do niego smutni działacze polskiego piłkarstwa, przyjął ich
prawie rodzinnie. Co by to nie znaczyło. Interesuję się kosmosem, zaczął jakby
bez związku. Wycofał się i zaczął od nowa. Jak wiecie, bardzo cenię wartości
rodzinne. Pochodzę z Dwirkiwszczyny. Obok moich dziadków mieszkali ludzie,
którzy nazywali się Lewczuk. Mieli dwie córki. Jedna z dziewcząt wyszła za syna
brata mojego dziadka. Druga z dziewczyn związała się z człowiekiem o nazwisku
Derewońko. Ten obywatel miał ojca, którego brata córka wyszła za człowieka o
nazwisku Bykowski. Ten Bykowski urodził się w Pawłowskim Sadzie koło Moskwy.
Jak zapewne wiecie, Walery Fiodorowicz był wielkim kosmonautą i na statkach
Wostok 5, Sojuz 22 i Sojuz 31, zdobywał kosmos. Interesuję się kosmosem,
powtórzył Szewa, już teraz bardziej w związku. Ten Derewońko, kontynuował, miał
córkę, która wyszła za człowieka o nazwisku Białkowski, zamieszkali w
Olsztynie. Nie byłem do końca pewien, czy ci Białkowscy to linia z tych
Derewońko. Ale moje wątpliwości rozwiała ostatnio napisana autobiografia
Bykowskiego, który kiedy przestał latać, został dyrektorem muzeum kosmosu w
Berlinie. Otóż, Bykowski twierdzi, że dnia dwudziestego czwartego października
sześćdziesiątego trzeciego roku, wraz z żoną Walentyną przebywał w Olsztynie.
No to ja się pytam, po co, jak nie u tych Białkowskich! A jak u nich, to
przecież my przez Dwirkiwszczynę z Bykowskim rodzina! A ja tak lubię kosmos! Oczywiście,
panowie, że zagram dla polskiej reprezentacji, zakończył patrząc w gwiazdy”.
piątek, 21 lutego 2014
Czas niezwykły
„Czuje, że
atmosfera w mieście jest napięta, że wszyscy mówią o wyborach, jednak jego to
mało obchodzi. Kiedy przychodzi do hotelu, pada na łóżko i zawijając się w
przepalony w kilku miejscach koc, szybko zasypia. Po południu budzi go
podniecony wielotysięczny oddech za oknem. Podchodzi do okna, patrzy w dół i
widzi tam osiemdziesiąt tysięcy ludzi. No tak, myśli, kiedy spałem, zaczęła się
rewolucja”. To fragment książki mojego ulubionego współczesnego ukraińskiego
pisarza Serhija Żadana. Pochodzi on z napisanej blisko dziesięć lat temu „Anarchy
in the UKR”, którą u nas wydało wydawnictwo Czarne. Wówczas Żadan pisał o innej
rewolucji. Trudno pojąć jak szybko sytuacja się powtórzyła, a nawet przerosła
tamte wydarzenia. Można czekać na rozwój wypadków na Ukrainie, lecz można też
pomóc. W najbliższy poniedziałek na Scenie Margines olsztyńskiego Teatru Jaracza
będą czytane fragmenty twórczości zarówno Żadana, jak i innych ukraińskich
pisarzy. Podczas tej prezentacji można wspomóc akcję zbierania pieniędzy.
Zostaną one przeznaczone na zakup kamizelek kuloodpornych. Myślę sobie, że to
najbardziej dziwaczna zbiórka o jakiej słyszałem. Co ciekawe, jej cel jest
zrozumiały i słuszny. Oto już nie chleb, koce i odzież, a materiały z
wojskowych fabryk mogą pomóc potrzebującym. Zdaje się, że przyszło nam żyć w
czasach niezwykłych. Po szczegóły odsyłam tutaj: http://olsztyn.gazeta.pl/olsztyn/1,35189,15498119,Artysci_z_Teatru_Jaracza_beda_wspierac_kijowski_Majdan.html#TRLokOlszTxt
środa, 19 lutego 2014
Hans von Lehndorff - „Dziennik z Prus Wschodnich”
Hans von
Lehndorff urodził się w roku 1910. W tym samym roku przyszła na świat moja
babcia – Kamila. Wojenna zawierucha sprawiła, że koniec II wojny światowej dla
niego oznaczał zatrzymanie przez Rosjan, dla niej opuszczenie wschodniej
granicy i wędrówkę na Zachód. Oboje, chociaż zapewne nigdy się nie poznali, lata
które Marcin Zaremba nazwał „Wielką Trwogą” przeżyli w tym samym miejscu – w Prusach
Wschodnich. Ona zamieszkała w miasteczku Seeburg, jemu – potomkowi wielkiego
szlacheckiego rodu - przyszło walczyć o przetrwanie i tułać się po dzisiejszych
Mazurach. Hans von Lehndorff był lekarzem. Umiejętność ratowania ludzkiego
życia pomogła mu przeżyć. Potem wyjechał z Polski, zamieszkał pod Bonn, w
tamtejszym szpitalu był przez lata ordynatorem. Swoje losy spisał w dzienniku. Postanowił
opublikować go dopiero piętnaście lat po wojnie. Sukces jaki osiągnął „Dziennik
z Prus Wschodnich” był niebywały. W ciągu kilku miesięcy sprzedano ponad 100
tysięcy egzemplarzy książki. W czym należało upatrywać tak wielkiego
zainteresowania? Zapewne w podjętej tematyce. Autorka wprowadzenia, czyli Ewa
Czerwiakowska pisze, że autor „dotarł do rozpoznań uniwersalnych”, „utrwalił moment
kresu pewnego świata”. Rzeczywiście, Hans von Lehndorff posiada umiejętność kreślenia w kilku
zdaniach przejmujących obrazów. On nie potrzebuje krwawych opisów, żeby pokazać
ludzki dramat. Oto niewielki fragment: „31 marca. Byłem z panią L. w
Schwalgendorfie – po raz pierwszy we własnoręcznie zrobionych butach. Wyspę na
jeziorze Czerwica zajęły już czaple i kormorany. Te ostatnie rozmnażają się
niepokojąco i częściowo wyparły już czaple na inną wyspę. Ich sposób panoszenia
się przypomina Rosjan. Na Jezioraku leżał jeszcze lód, który stopniał w ciągu
dnia. Kiedy odchodziliśmy, niezliczone drobne fale iskrzyły się w słońcu. Było
już prawie ciemno, kiedy krótko przed Brausenem napadło nas dwóch Rosjan na
koniach. Uderzyli mnie w głowę i porwali za sobą panią L. Skutki były
straszliwe. Potem leżałem, nie śpiąc, całą noc i rozmyślałem, czy potoczyłoby
się to inaczej, gdybym miał ze sobą młotek. Pani L. wkrótce wróciła”. Warto
znać tę książkę. Wydał ją u nas Ośrodek KARTA. Tłumaczenia dokonał Zdzisław Owczarek.
wtorek, 18 lutego 2014
Dzień Kota
W żadnym wypadku
nie zapomniałem, że wczoraj był Światowy Dzień Kota. Jak przystało na
wieloletniego „kociarza” urządziłem swoim pupilom (a jest ich kilku) uroczyste
party. Były kocie przysmaki a potem oglądanie zdjęć, niestety bez udziału głównych
bohaterów, gdyż ci woleli pospać. Patrząc na zamieszczone poniżej zdjęcia trudno
uwierzyć, że maluch na obrazku waży obecnie dobrych pięć kilogramów J.
![]() |
| Zima 2014 |
![]() |
| Lato 2009 |
niedziela, 16 lutego 2014
Paweł Huelle w Olsztynie
Kilka tygodni
temu gościem Radia Olsztyn był Wacław Radziwinowicz, zaś w najbliższy piątek (21.02) będzie okazja uczestniczenia w spotkaniu z Pawłem Huelle. Autor „Weisera
Dawidka” przyjedzie do miasta nad Łyną aby promować swoją najnowszą powieść,
czyli „Śpiewaj ogrody”. Rozmawiać z gdańskim pisarzem będzie Ewa Zdrojkowska.
Pawła Huelle będzie można posłuchać również nie wychodząc z domu, a to za
sprawą relacji na żywo, którą przeprowadzi wspomniana rozgłośnia. Szczegóły tutaj:
http://ro.com.pl/spotkanie-autorskie-z-pawlem-huelle-w-radiu-olsztyn/01107425
piątek, 14 lutego 2014
Dzień zakochanych
![]() |
| Źródło - Wikipedia |
„Zakochałem się
natychmiast. To były cudowne chwile. Całymi godzinami śledziłem wytatuowaną jaszczurkę
na udzie ukochanej. Głaskałem ją i lizałem, tak na wszelki wypadek, żeby
sprawdzić, czy dobrze wydziergana. Niby wszystko było zrobione jak należy, ale
przezorny zawsze ubezpieczony. Lizałem bez opamiętania, aż do bólu jęzora. W
przerwach w lizaniu, piłem kompot ze śliwek i wracałem do kontroli technicznej.
Kiedy teraz próbuję sobie przypomnieć, cóż jeszcze wtedy robiłem, to wyjdzie,
że niewiele ponad to. Po dwóch miesiącach lizania, na naszym związku pojawiła
się rysa, a na moim jęzorze bąbel. Marzenka wracała nieregularnie, często późną
nocą. Którejś z nich nie wsunęła się pod koc, na nasz wąski tapczan, wcale. Bąbel
nieufności urósł, kiedy zaczęła sypiać w bieliźnie, a mi podsunęła pod nos
materac do dmuchania.
-
Co będzie z
jaszczurką? Jak ją mam teraz oglądać przez te majtki? Jak lizać?
Krzyknąłem zrozpaczony, chociaż od jakiegoś czasu już nie lizałem.
Rozumiecie-bąbel.
-
Jaszczurki już
nie ma - powiedziała sucho.
-
Jak to, nie ma?!
- wydarłem się na cały akademik.
-
Nie ma,
usunęłam.
Rycząc, padłem przed nią na kolana.
-
Dlaczegoś to
zrobiła?!
Ona wystukiwała coś na klawiaturze telefonu.
-
Łuskonośne gady
już są niemodne - wytrajkotała i wypuściła gdzieś esemes.
-
A co tu moda ma
do rzeczy? To była m o j a jaszczurka, jakim prawem, dlaczego? Wytłumacz!
Ale ona nie chciała tłumaczyć. Obróciła się na pięcie i wyszła. Wróciła
w nocy, bez słowa przebrała się w pidżamę i wsunęła pod kołdrę. Mnie przypadł
koc. I kiedy już zasypiałem, trąciła mnie łokciem.
-
Wiesz, z
jaszczurką to skłamałam.
Wiedziałem! Zerwałem się z podłogi, bo materac już jakiś czas temu
przetarłem jęzorem i zrobiła się dziura.
-
Pokaż, pokaż ją,
moja kochana!
-
Nie tylko
pokażę, ale i dam. – I wsadziła mi za slipki coś śliskiego i ruchliwego. – Masz
swoją jaszczurkę, poliż sobie. I nakryła głowę kołdrą.
Trudno, pomyślałem,
nasze poczucie humoru jest różne, ale to jeszcze nie powód, żeby się zaraz
rozchodzić. Jaszczurkę wsadziłem do słoika po korniszonach, a zły nastrój
ukochanej postanowiłem przeczekać karmiąc jaszczurkę jabłkami. Nadałem jej
imię, a jakże, Marzenka. Odtąd zawsze Marzenka przy mnie była, a czasami nawet
dwie. Któregoś dnia, Marzenka numer jeden oznajmiła mi, że przyjeżdża do niej
brat i zostanie jeszcze jakiś czas. To masz drugiego brata?, zapytałem
uradowany. Nie dalej jak trzy dni wcześniej poznałem jej pierwszego brata,
odpoczywał w jej siostrzanym objęciu, kiedy wróciłem ze spaceru z Marzenką
numer dwa. Mam, warknęła i wyniosła moje rzeczy na korytarz. Od jakiegoś czasu
ciągle warczała, tłumaczyłem sobie to stresem związanym z sesją egzaminacyjną.
Na czas wizyty brata zamieszkaliśmy z Marzenką Łuskonośną w kącie, pod oknem.
Ja to rozumiałem, pokój faktycznie był ciasny, a jak mówi przysłowie:
Gość w dom, Bóg w dom. Trudno żeby człowiek
spał na korytarzu. Moja ukochana z bratem zaczepiali się czasem o nas butami,
kiedy wracali nad ranem, bo Marzenka chciała mu pokazać jak najwięcej uroków
miasta. Po dwóch tygodniach jej małomówny brat wyjechał. Nawet nie było okazji
zamienić kilku słów”.
środa, 12 lutego 2014
„Król Tyru” – kolejna ocena
„Pożeracz
Światów… czyli książek”, a tak naprawdę Paweł Richert przeczytał mojego „Króla
Tyru”. Jego zdaniem „Pierwszy kryminał w tym roku – ostatnia część trylogii
Białkowskiego - nie zawiódł. Wartka akcja, znane już oraz nowe postaci i ich
pogmatwane losy, intryga pleciona gęsto i często niespodziewanie zmieniająca
ścieg. Poznajemy dalszy ciąg historii związanej z Montalto i kainitami. Fabuła
idzie zupełnie inną drogą niż poprzednie części, ale jest ona równie wyboista i
pełna zakrętów (…) Pomijając niektóre – według mnie – sztucznie brzmiące
zwroty, świetna lektura”. Całość tutaj: http://slpablos.blogspot.com/2014/01/tomasz-biakowski-krol-tyru.html
wtorek, 11 lutego 2014
„Klaun” Pavla Kohouta
Pavel Kohout
bywa nazywany wybitnym czeskim dramaturgiem. Ja zetknąłem się dotychczas
jedynie z jego twórczością prozatorską. „Kacica”, którą u nas wydało
wydawnictwo Muza blisko dwadzieścia lat temu, to jedna z moich ulubionych
pozycji. Opowieść o Lizince Tacheci, która zostaje uczennicą szkoły dla katów
(sic!), jest niezwykła. Kończy ją zdanie, które wiele mówi, o poczuciu humoru,
jak i podejściu pisarza do materii literackiej. Owo zdanie brzmi: „Nie pierdnął”.
Ot, cały Kohout. Napisałem, że autor „Trzeciej siostry” jest wybitnym
dramaturgiem. Okazją do sprawdzenia tej opinii był niedzielny spektakl w
olsztyńskim Teatrze Jaracza zatytułowany „Klaun”. Tu muszę napisać zdanie o
samym budynku, który przeszedł gruntowny remont i prezentuje się teraz imponująco.
Przedstawienie odbywało się na scenie „Margines”, która wcześniej wyglądała nie
najlepiej Dość powiedzieć, że publiczność zasiadała na drewnianych ławach, a z
ulicy dobiegał miejski hałas. Teraz to scena, której mogą Olsztynowi pozazdrościć
największe polskie teatry. A przecież to tylko jedna z kilku, znacznie
większych scen. Kto nie wierzy, niechaj sam sprawdzi. „Klauna” wyreżyserował
mój ulubiony olsztyński reżyser, a równocześnie dyrektor „Marginesu” Giovanny
Castellanos. Obserwuję jego talent, od kiedy pokazał „Podróż do wnętrza pokoju”
autorstwa Michała Walczaka. Tu ciekawostka, Castellanos występuje również w
tytułowej roli, czyli klauna Augusta. Akcja sztuki rozgrywa się na cyrkowej
arenie. Oto średnio rozgarnięty klaun postanawia zostać dyrektorem cyrku, aby
móc tresować cesarskie lipicany. Ostatnio książkę o tych wspaniałych
zwierzętach pt. „Czysta biała rasa” autorstwa Franka Westermana wydało
wydawnictwo Czarne. Oczywiście, polecam. Cyrk należy do dyrektora Holzknechta,
którego w olsztyńskim przedstawieniu zagrał Cezary Ilczyna. To Dyrektor wymyśla
zabawę, która polega na spełnieniu trzech zadań przez głupiego klauna. Ich
wykonanie oznacza zdobycie władzy nad cyrkiem. Tyle, że klaun nie chce władzy,
on pragnie jedynie tresować piękne zwierzęta. To trudne do pojęcia dla
pragmatycznego dyrektora. Pomocnikiem Holzknechta jest inspektor maneżu świetnie
zagrany przez Marcina Tyrlika. Kohout stworzył swój tekst po tym, jak doświadczył
rozczarowania komunizmem. Opisywał problem władzy, którą mogą sprawować tylko
wybrani. Tresura koni to tak naprawdę sprawowanie rządów nad narodem. Klaun,
aby rządzić, musi mieć rodzinę. Czy ktoś taki, lekkoduch, wieczne dziecko, osobnik
traktowany niepoważnie jest w stanie być odpowiedzialnym? Sprawa zdaje się być
rozstrzygnięta. Lecz August nie poddaje się. Tworzy rodzinę mocą swojej
wyobraźni. Owa wyobraźnia jest jego największą siłą. Chcą go jej pozbawić
zarówno Dyrektor, jak i Inspektor. Lecz fantazji kupić się nie da. Zatem należy
ją zniszczyć. Kohout jest ciągle aktualny. Porusza problem dostępu do piękna i
sztuki. Nie można jej stworzyć mocą dekretu czy ustawy. Bycie artystą to dar.
Artysta przez swoją nieprzewidywalność, wrażliwość i potrzebę autonomii zagraża
ładowi i przyjętym zasadom. Może go zniszczyć jedynie barbarzyństwo. August nie
będzie cieszył się widokiem pięknych koni. On i jego bliscy w finałowej scenie
trafią do klatki z dzikimi zwierzętami. Świat może odetchnąć. Znowu jest
przewidywalny. Znowu stał się (nie)ludzki.
poniedziałek, 10 lutego 2014
niedziela, 9 lutego 2014
Rok 2025, a potem koniec?
Luty trwa w
najlepsze, a ja dopiero czytam jesienny numer czasopisma „Rita Baum” (29/2013).
Tym razem redaktorzy zajęli się problemem dramatycznie spadających nakładów
pism wydawanych w formie papierowej. Numer otwiera tekst autorstwa Piotra
Czerniawskiego pod wiele mówiącym tytułem „Prosektorium”. Autor pokazuje
mechanizmy, które stały za dramatycznym spadkiem nakładów. W pewnej chwili
pisze, że „upadek prasy papierowej w Polsce jest przesądzony (firma Future
Exploration szacuje, że nastąpi on w 2025 roku)”. Autor uważa, że „jedyną szansą
na przetrwanie czasopism w formule zbliżonej do dzisiejszej jest sprzedaż
wersji cyfrowej na tablety”. Kolejny teksty zamieszczony w „Ricie Baum” jest
utrzymany w równie ponurym tonie. „Prasa papierowa umiera” pisze Katarzyna
Paprota. Jak ją uratować? Autorka stawia śmiałą tezę, że „To, co być może
przedłużyłoby agonię prasy, to umiejętność uczenia się od blogerów, sięganie po
ich sposoby sprawdzania informacji i pozyskiwania wiadomości, opanowanie
serwisów społecznościowych z całą ich specyfiką. Z całą pewnością nie
zaszkodziłoby też odświeżenie stylu, bo nadęte, tłuste, paraliterackie frazy
lub też sztywne, schematyczne zdania rodem z polskiej szkoły pisania listów
nadal straszą na łamach publikowanych dziś gazet, zamiast pozostać tam, gdzie ich
miejsce – w lekturach szkolnych”. Tu bym był ostrożniejszy. Mając do wyboru
chociażby recenzje zamieszczane w papierowych „Nowych Książkach”, a te z działu
kultury na „Wirtualnej Polsce”, póki co wybieram te pierwsze.
piątek, 7 lutego 2014
Czubaj po angielsku
Ze stolicy
przywiozłem powieść kryminalną Mariusza Czubaja pt. „21:37”. Przypomnę, że za
tę książkę autor otrzymał Nagrodę Wielkiego Kalibru. Wieczorem, w kameralnym
gronie, miałem przyjemność wysłuchać relacji samego pisarza, który opowiedział
o promocji książki w Londynie. Pretekstem była premiera angielskiego wydania „21:37”, z
której właśnie wrócił. Moją uwagę zwróciło zamieszczenie na stronie tytułowej
nazwiska tłumaczki, czyli Anny Hyde. U nas to ciągle rzadkość, a przecież dobry
tłumacz to połowa sukcesu. Życzę autorowi aby kolejne jego powieści ukazywały
się w krajach anglojęzycznych i nie tylko. Póki co, czekam na nową książkę, którą zapowiada
wydawnictwo Albatros. Nosi ona tytuł „Martwe popołudnie” i ma pojawić się
jeszcze w pierwszej połowie tego roku.
czwartek, 6 lutego 2014
Polukrowane pola
Dwa dni spędziłem w Warszawie. Jadąc obserwowałem pola, które w słonecznym świetle wyglądały tak, jakby ktoś polał je gigantyczną ilością lukru, który zdążył już zgęstnieć. Zdjęcie zrobione telefonem nie oddaje niezwykłych obrazów, lecz myślę, że chociaż namiastka tego, co widoczne było przez dziesiątki kilometrów na nim jest.
wtorek, 4 lutego 2014
„Zadra” się trzyma
Właśnie ukazało
się najnowsze wydanie krakowskiego kwartalnika, od kilku lat ukazującego się
tak naprawdę jako półrocznik, „Zadra”. To numer 3-4 z 2013 roku. Mały poślizg w
przypadku czasopisma społeczno-kulturalnego nie dziwi. Warto natomiast
odnotować, że pomimo trudnej sytuacji tego typu tytułów w Polsce, „Zadrze”
udała się rzecz bardzo ciekawa, a mianowicie włączenie czytelniczek we
współfinansowanie pisma. Ogłoszona w minionym roku akcja 500 prenumerat okazała
się strzałem w dziesiątkę. Dzięki czytelniczkom pismo przetrwało, jest i,
miejmy nadzieję, nadal będzie. Akcja jest nadal aktualna, bo z oczywistych
względów jest inicjatywą coroczną. W numerze dużo tekstów poświęconych
absurdalnej debacie o tworze trudnym do zdefiniowania, czyli o tzw. ideologii
gender. Moją uwagę zwrócił jednak tekst wybitnej kryminolożki, prof. Moniki
Płatek, pt. „Historie wyszeptane w bieli”. Autorka odwołując się także do własnej
biografii przygląda się dzieciom urodzonym pomimo królującego zła i braku
nadziei na lepszy świat. Jej brat przyszedł na świat w obozie koncentracyjnym.
On i wiele innych dzieci nie umieją zrozumieć, jak to jest rodzić się w czasie
wojny – z miłości, z gwałtu, z obowiązku państwowego (przypadek Lebensbornów).
Płatek upomina się o prawo kobiet do decydowania o swoim ciele, ale też –
niejako na marginesie „Ostatnich świadków” Swietłany Aleksijewicz – namawia dorosłe
dziś dzieci do zaakceptowania tego, że przyszło im pojawić się na świecie
właśnie wtedy, gdy wokół dominowała śmierć.
poniedziałek, 3 lutego 2014
LGM - Kilka słów podsumowania
„Szlag by trafił
te wszystkie Olsztyny!” pisze jeden z autorów tekstów, które są owocem
Literackiej Gry Miejskiej. Okrutna to ocena. Przewrotnie, obraz miasta jaki wyłania
się z nadesłanych prac Olsztynowi jako miejscu do tworzenia
kryminalnych intryg sprzyja jak najbardziej. Zaś wizja miasta na północy kraju, z
wiecznym mrokiem, chłodem, wiatrem szarpiącym poły płaszczów, poczuciem zamknięcia
i izolacji oraz odczuwalnym zagrożeniem, może być pociągająca i inspirująca. Tutaj
płoną kamienice i samochody. Ociekające krwią trupy wiszą pod Mostem Jana,
ciała spadają z ratuszowej wieży, można je znaleźć na zdewastowanym Stadionie
Leśnym, czasem pływają w Łynie, głębokim stawie i jednym z licznych jezior. Grupy
przestępcze wybijają się seriami z broni palnej na Targu Rybnym. Skarby kryje
drewniana podłoga w Teatrze Jaracza, gmachy bibliotek, a nawet pusty akademik
przy ulicy Niepodległości. Zbrodniarze posługują się nie tylko bronią palną. Lubią
porywać. Można ich spotkać z kijem bejsbolowym i pogrzebaczem w ręku. Mordują
nożem, krzesłem, kocem, polewają benzyną, a kiedy brakuje pomysłu, obijają
nieszczęsne ofiary buciorami. Czasem, dla większego efektu, odcinają ręce. Zdarza
się im dokonać dekapitacji metalowym ostrzem szpadla, którym wcześniej kopią na
podolsztyńskich działkach groby. Kiedy indziej bezdomny zostanie zepchnięty z
mostu w nurt zimnej, rwącej rzeki, zaś poczucie winy popchnie do zażycia
trującej substancji wrażliwą dziewczynę. Powracają w historiach czasy milicji obywatelskiej,
Pewexów i restauracji „Andromeda”. Mordercą może być każdy, chociażby dziennikarka,
z którą sypia bohater. Tu morduje się bez taryfy ulgowej. Z zemsty, zranionej
dumy, odrzuconego uczucia i, rzecz jasna, dla pieniędzy. Brat zabija siostrę,
chłopak dziewczynę. Oczywiście, autor autorowi nierówny. Widać braki
warsztatowe, styl szwankuje, z ortografią też nie najlepiej. Nie w tym jednak
rzecz. Chodzi w tym przypadku o dobrą zabawę, uruchomienie pokładów wyobraźni,
dowcip i inteligencję. Tego odmówić twórcom nie mogę. Dziękuję za udział w
projekcie i zachęcam do wędrówek po mieście. Gdyż jak napisał przywołany na
wstępie jeden z uczestników gry, „Nad ranem niemal wył z bólu, nienawidził
Olsztyna z całego serca i tysiąc razy obiecywał sobie wybrać się do tego
cholernego miasta”. Ot, taki paradoks.
sobota, 1 lutego 2014
Znawcy
„Sprawa się rypła”
podobnie jak i „Zaborcza miłość” otrzymały najniższą z możliwych ocen, czyli
jedną gwiazdkę. Równie „wysoko” oceniono „Człowieka widmo” i „Saharę”. Co nie
znaczy, że nie trafiały się dwie, a nawet trzy gwiazdki. Sugerowano, aby nie
przegapić „Małej miss” – cztery gwiazdki, animowanego „Grobowca świetlików” i „Pierre
Boulez – pewna droga” – opowieści o kompozytorze. Oba te filmy w
pięciopunktowej skali „Gazety TV” otrzymały noty bliskie doskonałości. Pomimo
tego szukałem czegoś innego. Zagłębiłem się w szczegółowy spis programów na
piątek. Moją uwagę zwróciło słowo, które pojawia się wcale nie tak rzadko w
tytułach filmowych. Jest to „tatuaż”. Wymieniany jako pojedyncze słowo, a
czasem w wersji rozbudowanej. Jest zatem tatuaż ostatni, diabła, żeglarza.
Wyprodukowano nawet „Człowieka z tatuażem”. Tego, którym się zainteresowałem,
recenzenci nie ocenili w żaden sposób. Nie zamieścili odsyłacza do spisu
znajdującego się na wcześniejszej stronie. Nie istniał. Czyżby było to aż takie
dno? Na szczęście podano nazwisko reżysera, a raczej reżyserki. „Tatuaż” jest
dziełem Jane Campion. Dziwne, pomyślałem. Campion otrzymała „Złotą Palmę” w
Cannes, „Srebrnego Lwa” w Wenecji. Czyżby jej „Tatuaż” to jakieś twórcze
nieporozumienie? Zdarza się wszak najlepszym. Postanowiłem jednak zaryzykować.
Moje zdumienie rosło w miarę śledzenia fabuły. Oto scenarzystką „Tatuażu” była
Susanna Moore. Pobiegłem między regały i odnalazłem niewielką książeczkę jej autorstwa.
Wydało ją u nas na podłym papierze w roku 1998 wydawnictwo Zysk i S-ka. Czyżby
zatem film, który zdaniem recenzenta „Gazety Wyborczej” nie zasługiwał na jakiekolwiek
odnotowanie, był filmową adaptacją powieści Moore, którą amerykański „Newsweek”
określił „Wirtuozersko skonstruowaną
tajemnicą morderstwa”, a „Time” nazwał „Zadziwiającym…
skomplikowanym thrillerem, który wykorzystuje najgłębsze potencjały literatury”?
Wyglądało na to, że chodzi o tę samą książkę. Dalej było jeszcze ciekawiej.
Zdjęcia do „Tatuażu” zrobił Dion Beebe. Tak, tak, ten sam, który za „Wyznania
gejszy” dostał Oskara. Zapragnąłem dowiedzieć się, kim jest autor pięknej
muzyki niepokojąco pobrzmiewającej z ekranu telewizora. Facet nazywa się
Hilmarsson. To urodzony w Reykjaviku twórca ścieżki dźwiękowej do chociażby historii
o staroangielskim bohaterze poematów Boewulfie. Teraz aktorzy. Meg Ryan (gdzież
jej tam do aktorów z „Człowieka widmo”!). Partneruje jej w roli policjanta Mark
Rufallo, który zagrał chociażby w „Mieście ślepców”. Kolejni nieznani to
grająca siostrę głównej bohaterki Jennifer Jason Leight. Zaś krążący po ulicach
z psem na rękach lekko psychopatyczny osobnik to nikt inny jak Kevin Bacon. Jednym
słowem – amatorka. Bo kto by zwracał uwagę na takie byle co, jak film Jane
Campion. Spece z „Wyborczej TV” wiedzą co należy oglądać, a czego nie. Chronią
mnie przed miernotą, skwapliwie ją przemilczając. Chwała im za to!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


























