Dumas, Mankell,
Krajewski, Kuczok. Co łączy te nazwiska? Prócz tego, że to świetni pisarze,
wspólnym spoiwem jest też osoba Marcina Popczyńskiego, aktora i lektora, absolwenta
wrocławskiej PWST, który udzielił swojego głosu przy nagrywaniu audiobooków
tych pisarzy. Miło mi, że znakomity lektor czyta również „Powróz”. Premiera
audiobooka już za dwa tygodnie, tj. 13 kwietnia. Cena czytanej książki jest
bardzo atrakcyjna, bo wynosi niecałe dwadzieścia złotych. Myślę, że może to być miły prezent na wiosnę, książka do samochodu, czy też do słuchania wieczorem na
kanapie. Nagrania jeszcze nie słyszałem i, rzecz jasna, bardzo jestem go
ciekaw. Opowieść o Idze Spicy w wykonaniu mężczyzny to może być spore
zaskoczenie.
niedziela, 29 marca 2015
poniedziałek, 23 marca 2015
Jana Beñova „Café Hiena (Plan odprowadzania)”
Czy pamiętacie
Państwo „Ulicę” Daniela Odiji? Niewielką książkę wydaną czternaście lat temu
(jak ten czas szybko biegnie!). Pierwsze zdanie brzmiało następująco: „Ulica Długa wcale nie jest długa”. Ulica była częścią miasta, którego nazwa w książce
nie pada. Można się tylko domyślać, że jest to bliski autorowi Słupsk. „Café
Hiena (Plan odprowadzania)” Jany Beñovej rozpoczyna się od scen rozgrywających
się w Bratysławie, ściślej na dzielnicy Petržalka. Każdy kto był w Bratysławie
musiał widzieć to blokowisko. Setki domów z wielkiej płyty oddzielone od reszty
miasta Dunajem. Kilka lat temu wybrałem się do Bratysławy, widziałem Petržalkę
z perspektywy pasażera samochodu. Zupełnie nie byłem jej ciekaw. Betonowy świat
zwyczajnie mnie odrzucał. Beñova w swojej niepozornej książce opisuje życie
ludzi tam mieszkających. Opis to bardzo surowy i bolesny. Jedna z bohaterek, Elza
pisze powieść. W pewnej chwili słyszy: „(…) Petržalka wcale aż taka nie jest. Naprawdę
nie wiem, gdzie pani mieszka, oszołomów spotyka się na każdym kroku, ale coś
takiego! Co to, to nie!” W rzeczywistości jest znacznie gorzej. Powieściowa
Elza pisze o księżycowym krajobrazie, przez który jej Ian na krótko oślepł. O
ludziach – naleśnikach, napakowanych osiłkach z łysymi głowami i tatuażami
wątpliwej urody na odkrytych ramionach. Pijanych robotnikach zaczepiających
pasażerów w tramwajach. Małych chłopcach, młodocianych führerach wykrzykujących
faszystowskie pozdrowienia. W tym świecie żyją nadwrażliwcy, bratysławscy desperados,
jak nazywają siebie Ian i Elza. „Niektórzy dostają sraczki, jak pojadą do
Egiptu. Myśmy zawsze ją mieli, wracając do domu. Na Petržalkę”. W takim miejscu
życie tej pary staje się odarte z piękna i intymności. „Krzyki. Wyzwiska. Jest
jesień. Powoli robi się ciemno. Rozkosz kobiety i mężczyzny miesza się z
wulgarnym krzykiem wyrostków. Kochają się po cichu, skromnie. Patrzą sobie w
oczy. Jak Żydzi ukrywający się w piwnicy”. Rytm życia w Bratysławie jest stały
i niezmienny. Elza wyznaje: „To małe miasto. Ledwie ruszysz w drogę, już masz
większą część za sobą. Kto chce u nas snuć się bez celu, musi chodzić w koło,
jak konik na maneżu, a po drodze ciągle natyka się na inne snujące się koniki”.
Ostatecznie bohaterowie zmierzają do tytułowej „Café Hiena”, gdzie czytają,
piszą, spotykają się z innymi artystami, sporo piją, jedzą, kłócą, czasami
wrzeszczą. Jak mówią o sobie „uzgadniają strategię”. Polega ona na tym, że
jedno z nich zdobywa pieniądze, by pozostała trójka mogła oddawać się
tworzeniu. Są swoistymi stypendystami, a przynajmniej za takich uchodzą w oczach
gości lokalu. To właśnie w kawiarni powstaje „Plan odprowadzania”, powieść
Elzy. Książkę Jany Beñovej czyta się błyskawicznie. Jest pełna znakomitych
obserwacji, gorzkiego humoru, napisana świetnym językiem. Powieściowe miasto
przeraża, irytuje, zastanawia i zostaje w pamięci. W pewnej chwili autorka
cytuje Freuda przesłuchiwanego przez gestapo. Lekarz może wyjechać z Wiednia pod
warunkiem, że podpisze dokument, w którym przyzna, że nic złego go nie
spotkało. Freud zatem pisze: „Gestapo mogę z ręką na sercu każdemu polecić”.
Bohaterka Jany Beñovej mówi: „Petržalkę mogę z ręką na sercu każdemu polecić”.
Ja zaś, już bez tej ironii, polecam ten tytuł, który zdobył nie byle jakie
wyróżnienie, bo Nagrodę Literacką Unii Europejskiej. Naprawdę warto!
środa, 18 marca 2015
Kryminalna Piła – finaliści
Pięciu autorów
znalazło się w finale nagrody dla najlepszej miejskiej powieści kryminalnej.
Wśród nich wypatrzyłem ubiegłorocznego laureata, czyli Marcina Wrońskiego z
powieścią „Haiti”. Drugim finalistą został Mariusz Czubaj, podobnie jak i
Wroński laureat Nagrody Wielkiego Kalibru. Jury doceniło jego powieść „Martwe
popołudnie”. Kolejnym wyróżnionym jest Wojciech Chmielarz za książkę pt. „Przejęcie”.
Czwarty finalista to Ryszard Ćwirlej i jego „Błyskawiczna wypłata”. Zarówno on
jak i Chmielarz byli nominowani również w ubiegłym roku. Ostatnim autorem,
który może wyjechać z Piły z nagrodą, jest Mateusz M. Lemberg nominowany za kryminał „Zasługa
nocy”. To twórca najmniej znany w tym towarzystwie. Ma na koncie
dwie powieści. Cóż można powiedzieć o finałowej piątce? Wszystkie książki
wyszły w wielkich wydawnictwach. Nie nominowano żadnej kobiety. Regulamin zakłada,
że akcja powieści musi toczyć się w mieście. Mamy zatem dekoracje warszawskie,
poznańskie i lubelskie. Tych pierwszych jest najwięcej. Aż trzech z pięciu tegorocznych finalistów było nominowanych w ubiegłym roku. Jak to się zatem ma do głoszonej wszem i wobec teorii o rosnącym w siłę polskim kryminale? O świetnych debiutach (jedna jaskółka wiosny nie czyni)? Nominacje tych samych twórców temu przeczą. Kto otrzyma nagrodę? Moim
zdaniem ktoś z pary Czubaj – Chmielarz. Osobiście życzę zwycięstwa temu
pierwszemu. Pisałem o „Martwym popołudniu” na tym blogu tutaj: http://tomaszbialkowski.blogspot.com/2014/06/mariusz-czubaj-martwe-popoudnie.html
Laureata nagrody poznamy w kwietniu.
poniedziałek, 16 marca 2015
Dzień jak co dzień
Pracuję bardzo
intensywnie nad nowym tekstem. Projekt absorbuje mnie bez reszty, stąd rzadsze
wpisy na blogu. Obiecuję poprawę, lecz to dopiero za czas jakiś. Póki co,
czytam i piszę.
środa, 11 marca 2015
„Drzewo morwowe” – „Der Maulbeerbaum” – „Mulberry Tree”?
Jutro zaczynają
się w Lipsku międzynarodowe targi książki. Będzie tam również prezentowana moja
powieść „Der Maulbeerbaum”. Pojawi się w towarzystwie innych pozycji
berlińskiego wydawcy. Ponoć jest spora szansa na kolejne tłumaczenia. Proszę
zatem trzymać kciuki!
niedziela, 8 marca 2015
Quiz, czyli kabaret
Olsztyńskie internetowe
wydanie „Gazety Wyborczej” chyba z okazji Dnia Kobiet postanowiło przeprowadzić
quiz, dotyczący wiedzy na temat kobiet tworzących tutejszą kulturę. Pytań jest
dziesięć, co można by potraktować jako symboliczne odtworzenie dziesięciu muz. To,
jak się okazuje, skojarzenie nieco na wyrost. Owszem, wśród postaci ważnych
znalazły się: piosenkarka, malarka, aktorka, tancerka, historyczka sztuki.
Zabrakło, niestety, przedstawicielki literatury. W jej miejsce pojawił się za
to zburzony gmach kina (sic!) i występujący wśród kobiet mężczyzna
współtworzący kabaret. Gratuluję pomysłowości i wyobraźni organizatorom quizu.
Wszak jak kabaret to kabaret. Chętnych do rozwiązania konkursu odsyłam tutaj: http://olsztyn.gazeta.pl/olsztyn/0,35202,8137458.html?bo=1#quiz
Zaś wszystkie pisarki i poetki olsztyńskie pozdrawiam serdecznie w dniu ich
święta!
czwartek, 5 marca 2015
O rzeczywistości w teatrze
Wygląda na to,
że Scena Margines olsztyńskiego Teatru im. S. Jaracza staje się jednym z
najciekawszych miejsc w mieście nad Łyną, które prezentują literaturę
najnowszą. Dopiero co odbyła się premiera sztuki na podstawie książki Swietłany
Aleksijewicz, a już teatr zapowiada spotkania z gwiazdami polskiej literatury.
Pierwszym z zaproszonych gości będzie Krzysztof Varga, którego „Trociny” staną się
tematem zapewne ciekawej rozmowy. Sygnalizowane spotkanie odbędzie się już w
najbliższy poniedziałek, czyli 09.03. Następni twórcy to równie interesujący
autorzy, chociaż lepiej byłoby napisać autorki. Do Olsztyna, przyjadą: Inga
Iwasiów i Magdalena Tulli. Ostatnim z zaproszonych gości będzie Jacek
Żebrowski. Warto skorzystać z okazji i zarezerwować sobie poniedziałkowe
wieczory (spotkania będą odbywały się właśnie w ten dzień). Dodatkową atrakcją może być prezentacja na scenie fragmentów książek zaproszonych gości.
poniedziałek, 2 marca 2015
Po premierze
| Źródło: Teatr im. S. Jaracza |
Ze spektaklu pt.
„Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” wyszedłem targany sprzecznymi uczuciami. Z
jednej strony widziałem dobrze wykonaną pracę reżysera i pozostałych członków
ekipy, z drugiej zaś drażnił mnie sposób prezentacji tekstu wybitnej autorki,
bo za taką bez dwóch zdań należy uważać Swietłanę Aleksijewicz. Bohaterki
reportażu opowiadają o swojej walce w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej –
doświadczeniu, które je ukształtowało. Taki czas nigdy się nie powtórzy,
wszystkie są tego świadome. Sztuka z kolei została pomyślana jako uniwersalna
opowieść o szaleństwie wojny, jej nieprzystawalności do jakiegokolwiek innego
doświadczenia człowieka. Reżyser, czyli Krzysztof Popiołek, miał takie prawo i
taką metodę opowiadania obrał. Mówi o tym w wywiadzie udzielonym lokalnej
gazecie: „Nie jest to spektakl historyczny”. Już sam początek spektaklu, kiedy
widz słyszy współczesną muzykę na to wskazuje. Pytanie, czy taka ahistoryczność
jest możliwa, skoro przedstawienie jest adaptacją książki. Następuje odwrócenie
ról.
Oto do młodej reporterki, w którą wcieliła się studentka Studium Aktorskiego
Joanna Graczyk, przybywa starsza kobieta, uczestniczka działań wojennych.
Przypomnę, że w książce Aleksijewicz to reporterka jeździ po terenach kiedyś
będących ZSRR i namawia do opowiedzenia swoich historii dojrzałe kobiety, które
doświadczyły koszmaru wojny. Rola reporterki jest tak odegrana, że widzimy
młodą, nieco naiwną kobietę. Jest to mało przekonujące – ani Aleksijewicz we
wstępie swojej książki taka nie jest, ani żadna dziennikarka nie zachowywałaby
się w ten sposób, bo przygotowałaby się do rozmowy. Pomysł Popiołka ma tę konstrukcyjną
wadę, że jest psychologicznie mało wiarygodny. Kobiety, które nie chcą opowiadać
o szaleństwie wojny, zabijaniu ludzi i zwierząt, gwałtach, nagle z jakiegoś
powodu przychodzą do reporterki i zaczynają się zwierzać. Rozumiem, że z perspektywy
twórców spektaklu trudno zbudować podobną sytuację jak ta w książce. Może
należałoby zatem zupełnie zrezygnować z reporterki i oddać głos będącym na
scenie kobietom? Te, w osobach: Hanny Wolickiej, Mileny Gauer, Joanny Fertacz,
Alicji Kochańskiej, Ewy Pałuskiej, Katarzyny Kropidłowskiej i Aleksandry Kolan,
z każdą minutą odsłaniają coraz bardziej koszmarne i dramatyczne epizody z
czasu apokalipsy.
Jedynie Wolicka przywołuje dobre wspomnienia. Zmysł praktyczny granej
przez nią byłej żołnierki sprawił, że potrafiła z narzędzi służących do prowadzenia
walki stworzyć przedmioty użytku codziennego. Nadać im intymny charakter.
Bohaterka Wolickiej z wojskowej mapy zrobiła prześcieradło, z oczyszczonych bandaży
uszyła suknię ślubną. Oswoiła wojnę, stworzyła pozór normalności i szczęścia.
Wspomniana suknia z bandażu powraca w sztuce, aktorka przywołuje ją w chwilach,
kiedy opowieści innych o piekle są już nie do zniesienia. Lecz jej deklaracja istnienia
miłości w czasach wojennej zarazy brzmi jak tęsknota za światem pokoju. Wolicka
gra tak, że ma się wrażenie, że to, co przywołuje, jest pomiędzy prawdą a
zmyśleniem. Nie jest w stanie zrównoważyć dramatu.
Setki świadectw kobiet z książki Aleksijewicz zostały w spektaklu
przefiltrowane i przypisane siedmiu bohaterkom. W tym wypadku siódemka nie może
być szczęśliwa. Życie tych kobiet zmieniło się bezpowrotnie. Koszmaru i
szaleństwa nigdy nie uda się oswoić i w pełni opisać. Trudno go zrozumieć
młodej kobiecie z magnetofonem. Reasumując, warto pójść i wsłuchać się w głosy
kobiet – uczestniczek tamtych dramatycznych wydarzeń. Aktorsko są to role
zagrane bez zarzutu. Czy jednak jest to opowieści uniwersalna o wojnie? Czy
można ją odczytywać w kontekście aktualnych wydarzeń na Ukrainie? W innych
krajach ogarniętych działaniami wojennymi? Raczej nie, co może wyszło sztuce
tylko na dobre.
piątek, 27 lutego 2015
Po spotkaniu - fotorelacja
Wczorajsze
spotkanie z uczestnikami konkursu prozatorskiego było kameralne i miłe. Autorzy
tekstów prezentowali całkiem wysoki poziom. Zwyciężczyni, czyli Zuzanna Drząszcz,
przebiła konkurencję otrzymując głosy jurorów i publiczności. Jej „Ustawienia”
powinny być opublikowane w prasie literackiej. Niewykluczone, że tak się
stanie, bo na sali dostrzegłem redaktorkę pisma "VariArt", które objęło konkurs
patronatem. Fotorelację autorstwa B. Wawrzyniewicza można zobaczyć zaglądając
tutaj: http://www.mok.olsztyn.pl/aktualne_zdjecia.html [Rzeźnia Literacka nr 2 - proza 2015-02-26].
czwartek, 26 lutego 2015
Wybieram się
„Po wojnie przez
kilka lat nie mogłam uwolnić się od zapachu krwi, prześladował mnie bardzo
długo. Ledwie zacznę prać bieliznę – czuję ten zapach, zacznę gotować obiad –
znowu czuję. Ktoś mi podarował czerwoną bluzkę, a wtedy to była taka rzadkość,
brakowało materiału, ale nie nosiłam jej, bo była czerwona. Tego koloru już nie
mogłam znieść. Nie mogłam chodzić do sklepów po zakupy. Do działu mięsnego.
Szczególnie latem… I widzieć kurze mięso, rozumiesz, ono jest bardzo podobne…
tak samo białe, jak ludzkie… Mój mąż chodził do sklepu… Latem zupełnie nie
mogłam zostawać w mieście, starałam się gdzieś wyjechać. Kiedy nadchodzi lato,
od razu wydaje mi się, że tylko patrzeć, jak wybuchnie wojna. Kiedy słońce
nagrzewało wszystko: drzewa, domy, asfalt – wszystko to miało zapach krwi,
wszystko nią pachniało. Cokolwiek jadłam, piłam, nie mogłam uwolnić się od tego
zapachu!”. To fragment książki Swietłany Aleksijewicz pt. „Wojna nie ma w sobie
nic z kobiety”. W najbliższą sobotę w olsztyńskim Teatrze im. Stefana Jaracza
odbędzie się premiera spektaklu pod takim właśnie tytułem. Reżyseruje Krzysztof
Popiołek. Ciekaw jestem jak sobie poradzi z tym niesamowitym, wstrząsającym
zapisem rozmów z kobietami, które przeszły piekło wojny.
wtorek, 24 lutego 2015
Czwartkowy konkurs
Przypominam Państwu
o czwartkowym konkursie w sali kameralnej pod olsztyńskim amfiteatrem. Zdradzę,
że przeczytam fragment „Wyspy” – mojej najnowszej powieści. Oczywiście, inny
niż ten, który zamieściłem na blogu kilka dni temu. Szczegóły czwartkowej imprezy znajdują
się tutaj: http://www.mok.olsztyn.pl/akt_winieta_3.html#AKTUALNOŚCI
niedziela, 22 lutego 2015
Wyspa
Z lądu wyspę
widać całkiem dobrze. Aby do niej dotrzeć, należy pokonać kilometrową
odległość. Bonelski, chociaż posiada wszelkie cechy kamuflującego się
alkoholika, jako organizator radzi sobie bardzo dobrze. Widać, że póki co
częste picie nie zniszczyło w znacznym stopniu jego szarych komórek. Wynajął
solidną, szybką łódź, którą obsługuje pięćdziesięcioletni, doświadczony
żeglarz. O tej porze roku łodzie zwykle są ściągane na brzeg w obawie przed
lodem i niszczycielską siłą zimy. Bonelski musiał zadać sobie sporo trudu, żeby
zdobyć łódź. Pieniądze mogły nie wystarczyć. Cóż zatem zaproponował jeszcze?
Mężczyzna nakazuje im wejść pod pokład, do kabiny. Tutaj nie dociera zimne
powietrze, które jest wyjątkowo ostre. Kobieta zakrywa usta szalikiem, zakłada
przyciemniane okulary. Chronią ją przed łzawieniem. Właściciel łodzi zostaje na
pokładzie. Stamtąd kieruje jednostką. Czwórka ludzi płynie w kierunku pokrytej
drzewami wyspy. Są to prawie wyłącznie drzewa liściaste, które o tej porze roku
straciły poszycie. Ponure, łyse gałęzie wyglądają groźnie i przygnębiająco.
Wyspa z każdą minutą rośnie coraz bardziej. Kobieta patrzy na nią z niepokojem,
który pojawia się bez większej przyczyny. Łódź jest bezpieczna, żeglarz
doświadczony, nie ma mgły, a zza chmur przebijają się niezdarnie kontury
słońca. Skąd zatem ten niepokój? To ptaki. Ich czarne stado krążące nad
drzewami. Wydają przy tym jakiś przeraźliwy pisk. Ptaszyska kołują nad wyspą.
Kręcą się w koło niczym gigantyczny wirnik. Z daleka przypominają ruchomą grudę
smoły, którą właśnie roztopiono. Co jakiś czas czarne stado nurkuje między
drzewa, znika między nimi. W tym miejscu musi być jakaś polana. Inaczej ptaki
ginęłyby w zderzeniu z ostrymi konarami drzew. Czy to jakiś ptasi rytuał? To
możliwe. Niezaludniona wyspa zapewne stanowi ich dom. Czy są jej jedynymi
mieszkańcami? Dotarcie na wyspę przez wodę dla innych zwierząt jest prawie
niemożliwe. Trudno wyobrazić sobie lisa, czy wilka płynącego setki metrów.
Niechby i nawet latem, kiedy jezioro się nagrzewa. Zima tego roku jest bardzo
łagodna. Lód nie pokrył tafli, po której mogłyby dostać się na wyspę. W tej
chwili kobieta zaczyna nerwowo się uśmiechać. Przychodzi jej bowiem do głowy
myśl o ludziach, którzy ukryci przed światem spędzają tutaj czas. Przemykają
pomiędzy drzewami, są niczym duchy. Czekają na nich żeby zrobić im jakąś
krzywdę. Ta niedorzeczna myśl rozrasta się w jej mózgu coraz bardziej. Kiedy
łódź dopływa do brzegu, kobieta nie potrafi się poruszyć. Wczepia się palcami w
jakaś niklowaną rurkę, trzyma się jej kurczowo.
- Co z panią? Wychodzimy! –
Bonelski patrzy na nią z góry, właśnie wyszedł na mokry pokład.
- Zaraz…
- Czy pani musi zawsze być w
opozycji? Może wreszcie zacznie pani bardziej się angażować!
- Idę…
Kobieta rusza po
kilku stopniach do góry. Wychodzi z kabiny. Przed oczyma ma wyspę w całym jej
ogromie i dzikości. Jeszcze wyżej widzi ptaki. To na nie wskazuje Haman. To w
ich kierunku mają ruszyć. Schodzą z łodzi, na której zostaje tylko jej
właściciel. Kobieta jest przerażona. Obecność tego potężnego mężczyzny mimo
wszystko działała na nią uspokajająco. Teraz została ze starszym panem udającym
młodzieniaszka i jeszcze młodym facetem o manierach starego rozpustnika. Może
zdać się zatem tylko na siebie. Tym bardziej, że, jak przewidywała, Bonelski
sięga do kieszeni po piersiówkę, podaje ją Hamanowi. Piją po głębokim łyku „na
rozgrzewkę”. Ruszają. Bonelski idzie pierwszy, Haman tuż za nim. Kobieta na
końcu. Wąska ścieżka wije się między drzewami, prowadzi w górę. Wyspa ma strome
brzegi. Miejsce, do którego dotarła łódź stanowi wyjątek. Widocznie jest dobrze
znane żeglarzowi. Kobieta wie, że z drugiej strony, wyspa ma dużo łagodniejszą
linię brzegową. To tam kiedyś znajdował się pomost. Dlaczego zatem nie płynęli
od drugiej strony? Odpowiedź przychodzi w następnej chwili.
- Przejdziemy wyspę w
poprzek. – Bonelski prosi o przetłumaczenie słów Hamanowi. – Tam, po drugiej
stronie, będzie czekała na nas łódź.
Wchodzą do lasu.
Drzewa zasłaniają ołowiane chmury zawieszone nisko nad wyspą. Nad wodą wiatr
jest intensywniejszy, czuć go mocnej. Gałęzie pod jego podmuchami wyginają się,
trą jedna o drugą. Powoduje to pełen grozy hałas, jakby jęk ranionych istot,
które zaraz wydobędą korzenie z mokrego gruntu i ruszą wprost do wody.
Wyobraźnia kobiety powołuje do życia kolejne okropieństwa. Idą jedno za drugim.
Zdaje jej się, że kroczą wewnątrz ciemnego tunelu, który runie, przygniecie
ich, błotnista ścieżka rozstąpi się, wciągnie ich mroczna otchłań. Haman ciężko
sapie, to efekt spalania alkoholu. Wielogodzinną euforię wyparło fizyczne
zmęczenie. Prosi Bonelskiego o podanie piersiówki, pije łapczywie. Ptasi jazgot
słychać coraz mocniej. To znak, że polana jest już całkiem blisko. Potwierdza
to Bonelski, który proponuje na niej krótki odpoczynek. Po co właściwie tutaj
przypłynęli? Wyspa to jeden wielki las. Co tu oglądać? Idiotyczny pomysł
starego dziada. Zanim kupi musi obejrzeć, powąchać, dotknąć. Nagle drzewa
znikają, oczy rani światło. Przed nimi rozłożyła się pokryta ciemnozieloną
trawą polana. Trudno uwierzyć, że trawa w grudniu może mieć taką barwę. To
jednak prawda. Widok jest niezwykły. Byłby jeszcze lepszy, gdyby ptaki nie
przesłaniały nieba swoimi skrzydłami. Kobieta zakrywa dłonią oczy, obserwuje
ich lot. Wrony krążą nad polaną, skrzeczą. Potem, jedna za drugą, pikują w
kierunku uschniętego drzewa na skraju polany. Podlatują na bliską odległość, by
zaraz potem wystrzelić w niebo. Kobieta wpatruje się w jeden z konarów. Pomimo
lęku rusza w tym kierunku. Zostawia za sobą mężczyzn. Podchodzi do poziomej
gałęzi. Dłonią, którą zakrywała oczy, teraz osłania usta. To co widzi, sprawia,
że zaczyna rozpaczliwie krzyczeć. Jej pełen przerażenia okrzyk dociera do
ptaków. Wrony w popłochu odlatują znad wyspy. Bonelski z Hamanem podbiegają do
kobiety. Teraz i oni widzą zeschniętą gałąź, na której wiszą dwa martwe psy.
Jeden z nich, ten bliżej pnia, wisi na cienkim, kolorowym kablu. Linka wrzyna
mu się w kark, można mieć wrażenie, że zaraz przetnie szyję i martwe, rozdzielone
na dwie części zwierzę, spadnie w trawę.
- Co to, do cholery, jest? –
Bonelski staje pod drzewem, wpatruje się w linkę. – Wygląda jak kabel do
jakiegoś urządzenia… Zaraz, przecież to są słuchawki! Jezu! Tego psa ktoś
powiesił na kablu ze słuchawkami!
czwartek, 19 lutego 2015
Aż poleje się krew
Wczorajszego
wieczora obejrzałem film Paula Thomasa Andersona pt. „Aż poleje się krew”. Film
pojawił się na ekranach w roku 2007. Reżyser zasłynął wcześniej tworząc
kontrowersyjny „Boogie Nights”, czyli obraz branży filmów porno (1997) i głośną
„Magnolię” (1999), do której sam napisał scenariusz. W „Aż poleje się krew” również
zajmował się scenariuszem, tyle że była to adaptacja powieści. Zaznaczę, że nie
byle jakiej powieści. Autorem książki o tytule „Oil” był Unton Beall Sinclair.
W Polsce książka została wydana tuż po wojnie, czyli w roku 1949 jako „Nafta”.
Tłumaczenia podjęła się Antonina Merkel, ukrywająca się pod pseudonimem
Antonina Sokolicz. Warto dodać, że Sokolicz tłumaczyła wiele utworów Sinclaira.
M.in. powieści „Król węgiel”, „Boston”, czy utwór z gatunku s-f „Millenium”.
Tłumaczka nie dożyła publikacji „Nafty”. Zginęła w obozie koncentracyjnym w Auschwitz w roku
1942. Unton Sinclair również nie obejrzał filmu Andersona. Zmarł w roku 1969,
czyli rok przed przyjściem na świat reżysera. „Aż poleje się krew” rozgrywa się
w Ameryce, ściślej w Nowym Meksyku. Daniel Painview zajmuje się wydobywaniem
ropy. Jest samotnikiem, jego jedynym towarzyszem jest syn. Pewnego dnia Daniel
otrzymuje informację o dużych złożach surowca. Podejmuje ryzyko i wyrusza w
podróż. Czarne złoto nie jest tworem chorego umysłu, chłopak, który za
pieniądze zdradził mu ropodajne miejsce, nie był oszustem. Daniel rozpoczyna
wydobycie. Osada szybko się powiększa. Jest początek wieku XX, ludzie wędrują
za pracą. Szukają również Boga. Kontakt z nim zapewnia im samozwańczy
kaznodzieja Sunday. To on stanie się największym wrogiem Daniela. Konflikt
między tymi mężczyznami z każdą chwilą będzie się pogłębiał. Zdeterminowany
nafciarz zostanie wystawiany na kolejne ciosy. Mały Painview w wyniku wybuchu
wieży wiertniczej straci słuch. Odnaleziony po latach brat Daniela okaże się hochsztaplerem.
Daniel odkryje bolesną prawdę o człowieku, którego przygarnął pod swój dach.
Zabije go i zakopie w dole zalanym wszechobecną ropą. Potem sprowadzi z miasta odtrąconego
syna. By zrealizować projekt ropociągu pozornie pojedna się z kaznodzieją. Da
się ochrzcić. Potem jego również zabije. Zatłucze go po latach w swoim
gigantycznym domu z kręgielnią. Wcześniej zażąda, by tamten wyrzekł się Boga.
Kapitalna jest scena, w której Daniel rozstaje się z synem. To pokaz niewyobrażalnego
okrucieństwa, które pamięta się długo. „Aż poleje się krew” to wielkie kino.
Film zrobiony z niezwykłą precyzją, z zapadającymi w pamięci obrazami, wymagający
całkowitego skupienia. Doceniony na świecie. Grający Painview Daniel Day-Lewis
otrzymał za tę rolę Oscara, Złoty Glob, nagrody BAFTA, IFTA, nagrodę krytyków z
LA, nagrodę dziennikarzy Critics’ Choice. W sumie film otrzymał
nieprawdopodobną ilość 55 nagród na całym świecie. Koniecznie należy obejrzeć!
poniedziałek, 16 lutego 2015
Los kota w Afryce
Jutro będzie
obchodzony w Polsce Światowy Dzień Kota. Warto wiedzieć, że nie wszędzie te
wspaniałe zwierzęta są traktowane tak, jak w naszej części świata. W „Masce Afryki” autorstwa
noblisty V.S. Naipaula znalazłem taki oto fragment dotyczący zwyczajów
panujących w Ghanie: „Z kotami był problem, bo niełatwo je zabić. Koty
wyczuwają, że zostaną zabite na mięso – walczą wtedy o życie i przez parę minut
potrafią być niebezpieczne. Gdy się kogoś zaprosi na obiad i chce się gościowi
zaoszczędzić przykrych scen, najlepiej zabić kota, skręcając mu kark, tak jak w
Anglii zabija się królika. Ale to grozi poważnymi zadrapaniami. Najbezpieczniej
będzie – o ile gospodarz i gość gotowi są znieść związany z tym harmider –
wrzucić kota do worka i zatłuc go kijem. Inną godną polecenia metodą jest
topienie. Na przynętę wrzuca się do pojemnika sardynkę, a potem aż do skutku
wlewa się wodę. Sposób ten ma dodatkową zaletę, bo kot połknie mnóstwo wody, a
opitego kota łatwiej się obdziera ze skóry”. Wstrząsające!
czwartek, 12 lutego 2015
Rzeźnia Literacka, czyli konkurs
Równo za dwa
tygodnie, tj. 26 lutego, pojawię w sali kameralnej pod olsztyńskim amfiteatrem
im. Czesława Niemena. Będę gościem cyklicznej imprezy pt. „Rzeźnia literacka”.
Opowiem o nowym projekcie, nad którym intensywnie pracuję. Być może znajdzie się
czas na niewielką prezentację fragmentu pisanej powieści. Głównie jednak będę
się zajmował oceną tekstów prozatorskich, które przeczytają uczestnicy
konkursu. Namawiam do przybycia i czynnego udziału. Wystarczy przeczytać fragment
swojej prozy. Nic to nie kosztuje, a może być początkiem pisarskiej kariery.
Szczegóły podam za czas jakiś.
wtorek, 10 lutego 2015
Zmiany i zapowiedź
Dzisiaj mój
licznik odnotował sto tysięcy wyświetleń. Jest to dobra okazja, aby trochę
odświeżyć szatę graficzną. Przy okazji dziękuję Państwu, że zaglądacie w to
miejsce. Mam też informację, która być może niektórych zainteresuje. Już w
kwietniu w salonach książki pojawi się audiobook „Powrozu”. Wydawcą jest Heraclon
International, wydawnictwo specjalizujące się w publikowaniu książek do
słuchania. Zamieszczam okładkę, szczegóły podam wkrótce.
niedziela, 8 lutego 2015
Sukces, szczęście i przypadek
Czytam fragmenty książki „Berlin. Miasto z wyobraźni” autorstwa Rory’ego MacLeana.
Mniej więcej w połowie natrafiłem na taką oto myśl, zamieszczoną w liście z
roku 1928. „Sukces jest chyba kwestią szczęścia lub mody i każdy artysta musi
się z tym pogodzić, bo inaczej oszaleje. Dzięki przypadkowi może zrobić karierę
i przypadek może mu karierę złamać. To on decyduje, czy człowiek utalentowany
znajdzie się w światłach rampy, czy pozostanie zapomniany w cieniu”. List
przedstawia kulisy przygotowań do wystawienia pewnej sztuki. Kończy się
słowami: „(…) przeczytałem pierwsze recenzje. W „Berliner Tageblatt” Alfred
Kerr uznał sztukę za beznadziejną. „Kreuzzeitung” nazwał ją „literacką
nekrofilią”. Wydaje się pewne, że (…) zejdzie z afisza przed następnym
weekendem”. Zdradzę na koniec, że autorem bez talentu był Bertolt Brecht, a sztuka
nosiła tytuł „Opera za trzy grosze”.
piątek, 6 lutego 2015
8,94 zł
To kwota, jaką należy
uiścić za „Drzewo morwowe” oraz pozostałe części trylogii z dziennikarzem
śledczym Pawłem Werensem. Oczywiście, chodzi o wersję e-book (formaty EPUB i
MOBI). Promocja trwa do niedzieli (08.02). Namawiam Państwa, chociaż chyba nie
muszę. Cena jest nieprawdopodobnie niska jak na nasze rodzime warunki. Link do sklepu znajduje się tutaj: http://www.publio.pl/drzewo-morwowe-tomasz-bialkowski,p86636.html#tabreviews
poniedziałek, 2 lutego 2015
Kryminał z historią w tle
Instytut
Książki zamieszcza dzisiaj na swojej stronie pełny tekst recenzji „Powrozu”
autorstwa prof. Sławomira Buryły. Wcześniej znalazł się on w styczniowym
numerze „Nowych Książek”. Ci z Państwa, którzy nie dotarli do papierowego
wydania gazety, mogą go przeczytać zaglądając tutaj: http://www.instytutksiazki.pl/polecane-artykuly,polecamy,32524,kryminal-z-historia-w-tle.html
piątek, 30 stycznia 2015
Bez szans na powrót, czyli nowy Perez - Reverte
Czytam „Cierpliwego
snajpera” Arturo Pereza – Reverte. Zaczyna się prawie klasycznie. On, czyli Sniper
jest uważany w środowisku za wielkiego mistrza i guru graficiarzy. Ona nosi
nazwisko Alejandra Varela, znana jest jednak bardziej jako Lex. Ma tytuł
doktora i specjalizuje się w sztuce nowoczesnej. Pewnego dnia otrzymuje
propozycję odnalezienia ukrywającego się od dwóch lat Snipera. Zleceniodawcą
jest Mauricio Bosque, bogacz, wydawca. Postanowił przygotować kompletny katalog
twórczości Snipera. Ta, jak wiadomo, jest bardzo ulotna. Wszak wrzuty na
ścianach znikają bardzo szybko. Sniper to ktoś „pomiędzy Banksym i Salmanem
Rushdiem”. Legendarny artysta od dwóch lat jest nieuchwytny. Superlider się
ukrywa. Jednym z powodów jest śmierć młodego chłopaka o imieniu Dante. On
również uprawiał graffiti. Spadł z dachu wieżowca. Podjął wyzwanie, które od
czasu do czasu rzucał im Mistrz. Nastolatki w ten sposób sprawdzają „kto ma
jaja”. Rzecz w tym, że młody Dante był synem mafiosa Lorenza Biscarruesa.
Ojciec, rzecz jasna, postanawia wyrównać rachunki. Wszystko to dzieje się w scenerii
wielkich aglomeracji, w półmroku dusznych ulic, tuneli i ruchliwych autostrad.
Perez – Reverte z wielką starannością, plastycznie opisuje świat, w którym żyją
„twardzi młodzi ludzie, bez specjalnych nadziei na przyszłość, nadający na
własnych falach. Bezlitosny rak starego świata, szpica wielorasowej, surowej,
innej Europy. Bez szans na powrót”.
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Nowy blog Bernadetty Darskiej
Sygnalizuję
Państwu pojawienie się w sieci nowego bloga krytycznoliterackiego. „Nowości
książkowe” to miejsce, w którym będą pojawiały się recenzje autorstwa Bernadetty Darskiej. Autorka poczytnego bloga „A to książka właśnie!”, na
którym przez sześć lat zamieściła blisko dwa tysiące tekstów, postanowiła
stworzyć nowy projekt. Od dzisiaj jej teksty o premierach literackich można
czytać tutaj: http://bernadettadarska.blogspot.com/
niedziela, 25 stycznia 2015
Być kotem! Pokonać ból!
Czuję się
okropnie. Od kilku dni bolą mnie nadgarstki, łokcie i ramiona. Odnalazłem w
domowym archiwum zdjęcie naszej kotki o imieniu Jarosław (nie ma pomyłki).
Wykonałem je dzień po bardzo ciężkiej operacji, którą przeszła. Jak widać
wygląda niczym okaz zdrowia. Motywuję się patrząc na to zdjęcie. Jęczę z powodu
byle łokcia, kiedy innych faktycznie poharatano dość konkretnie. Będę kotem,
pokonam ból! J
czwartek, 22 stycznia 2015
Marta Syrwid „Koktajl z maku”
Pisząc niedawno
o książkach, które ukazały się w minionym roku pominąłem publikację Marty
Syrwid. Właśnie trafił w moje ręce wydany w 2014 roku „Koktajl z maku”. Co
stanowi ów koktajl? Najkrócej mówiąc teksty grafomańskie. Oczywiście, nie Marty
Syrwid, bo w moim prywatnym rankingu najmłodszego pokolenia rodzimych autorów
jej dokonania pisarskie umieszczam wysoko. Dość przywołać szeroko omawianą powieść
„Zaplecze”, czy „Bogactwo”. Tę ostatnią pozycję podobnie jak „Koktajl z maku”
wydała oficyna Lampa i Iskra Boża. Warszawski wydawca na czwartej stronie okładki
zamieszcza taką oto myśl Autorki: „(…) wszyscy wciąż żyją, niektórzy zostali nawet
dyrektorami szkół, inni przeszli leczenie psychiatryczne i wzięli śluby,
jeszcze inni znów coś opublikowali. Ta barwna grupa nieustannie się rozrasta i
co rusz wypływają na jej powierzchnię kolejne postacie. Tknięta, szczypnięta,
ukłuta – pieni się i wydziela przykry zapach”. Syrwid postanowiła przejrzeć
swoje publikacje z lat minionych i wydać je właśnie w „Koktajlu z maku”. Czytelnicy
miesięcznika „Lampa” mogli je czytać w rubryce pod identycznym tytułem. Zwykle
zaczynam lekturę tegoż pisma właśnie od przedostatniej strony, gdzie „Koktajl”
się znajduje. To dział „o książkach, których nie da się czytać”. Same książki
bywają nazywane „surowcem”. Autorka we wstępie pisze, że motywuje ją
okrucieństwo. Myślę, że również potrzeba dobrej zabawy, bo widać, że pisarka
tworząc błyskotliwe opowieści o tekstach rodzimych grafomanów bawi się
doskonale. Oczywiście, jej „Koktajl” nie jest czymś nowym w literaturze. O
grafomanach pisali: Barańczak, Słonimski, a z młodszych autorów przychodzi mi
na myśl Jacek Dehnel, który stworzył tom „Młodszy księgowy. O książkach,
czytaniu i pisaniu”, z którego zapamiętałem historię pewnej rodziny pisarzy
zamieszkującej moje miasto. Syrwid w pewnej chwili zauważa: „… spodziewałam się
rychłego wyczerpania zasobów. (surowca – przyp. T.B.) Ileż tego w końcu może
być? – myślałam naiwnie. Polskie pastwisko jest jednak żyzne, a płody jego
obfite. W końcu postanowiłam więc dotrzeć do źródeł klęski urodzaju”. Ciekawe
są również losy twórców. Dobry wydaje mi się poniższy przykład: „artystka
napisała sztukę Czarny zamek, z
której nic nie wyszło, więc rozpisała ją na erotyki, z których też nic nie
wyszło. Erotyki te ma teraz zamiar zamienić w powieść”. Warto zwrócić uwagę na
książkę Marty Syrwid chociażby po to żeby dowiedzieć się czym dla twórcy może
być „dwutlenek bólu”, jaką rolę pełni „kałomocz”. Są w tej książce: poeci,
filozofowie, pisarze, felietoniści, twórcy dzieł historycznych, mitów, eposów, fraszek.
Ich działania dobrze obrazuje dwuwiersz pewnego szczecińskiego autora średniego
pokolenia:
„Chciałbym przelać to, co myślę,
na papieru stronie
By zrozumieć mogło wielu i
przekazać żonie”.
No właśnie.
Polecam i znikam w szczelinie nicości.
wtorek, 20 stycznia 2015
O „Powrozie” w Magazynie Literackim Książki
Pojawienie się
mojej powieści odnotowuje warszawski miesięcznik. Recenzent zauważa: „Przerysowany
obraz warmińskiej małomiasteczkowej społeczności, relacje jakie zachodzą między
mieszkającymi tam ludźmi tworzą coś w rodzaju antyutopii i stoją w zdecydowanej
opozycji do sielskości tych terenów tak chętnie przez ostatnich kilka lat
opisywanych w powieściach obyczajowych. Tu Warmia jest tłem dla zbrodni i
tajemnicy”. poniedziałek, 19 stycznia 2015
Szkice o reportażu w RDC
Sygnalizowałem
ukazanie się tej pozycji już w listopadzie. Teraz zamieszczam link do strony
radia RDC, gdzie posłuchać można wywiadu z autorką, czyli dr Bernadettą Darską.
Do programu Strefa Kultury zaprosiła ją Teresa Drozda i ona właśnie przeprowadziła
rozmowę o książce „Pamięć codzienności, codzienność pamiętania”. Wspomniany
link znajduje się tutaj: http://www.rdc.pl/publikacja/strefa-kultury-przeglad-debiutow-ze-studia-munka-o-stanislawie-baranczaku-szkice-o-polskich-reportazystach/
czwartek, 15 stycznia 2015
poniedziałek, 12 stycznia 2015
O „Powrozie” w „Nowych Książkach”
W cenionym
warszawskim miesięczniku „Nowe Książki” ukazało się obszerne omówienie „Powrozu”
autorstwa prof. Sławomira Buryły. Autor tekstu jest znawcą literatury wojny i
okupacji, a zwłaszcza problematyki Holocaustu. W tekście zatytułowanym „Kryminał
z historią w tle” pisze m.in.: „Tę powieść wypada usytuować w coraz
liczniejszej grupie kryminałów sięgających do dwudziestowiecznej historii
Polski. Ich autorzy często umieszczają akcję w realiach międzywojnia, czasach
okupacji lub w pierwszych latach powojennych. Czynią tak Wroński i Czubaj.
Czyni tak również Białkowski. U Czubaja i Białkowskiego dodatkowo wydarzenia z
przeszłości rzutują na przyszłość. […] Białkowski nie tylko konstruuje ciekawą
opowieść kryminalną, ale też stara się wiernie oddać realia społeczne i
obyczajowe. Zwłaszcza część pierwsza (Wtedy)
wypada przekonująco. Świat powojennej „wielkiej trwogi” przedstawiono niezwykle
sugestywnie”.
niedziela, 11 stycznia 2015
„Powróz” na lubimyczytać.pl
Dzisiaj kilka
opinii czytelników bardzo popularnego portalu, którzy sięgnęli po moją
najnowszą książkę. „Podoba mi się przeplatanie historii z fikcją literacką i
złożona postać głównej bohaterki”, pisze Dariusz Jaroń. Nataśka zachęca do
lektury, pisząc: „warta przeczytania, smutna ale intrygująca, pochłonęłam w
jeden wieczór”. Zaś Magdalena uważa, że „Powróz” to: „Solidna rodzima książka z
historią kryminalną i wątkiem historycznym w tle. Nie trzeba się jej wstydzić.
Czyta się naprawdę dobrze. Zakończenie zaskakuje, są chwile pełne emocji”.
Więcej opinii czytelników znaleźć można tutaj: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/203999/powroz
środa, 7 stycznia 2015
„Powróz” w kolejnym podsumowaniu
Tym razem w
Radiu Olsztyn, gdzie ceniony w kraju pisarz Włodzimierz Kowalewski prowadzi
rubrykę z felietonami. Wśród znakomitych tytułów wymienia moją powieść, o której
pisze: „Tomasz Białkowski wydał „Powróz” – ambitny thriller przynoszący nie
tylko wartką akcję, ale też refleksję na temat zachowań społecznych, historii i
źródeł zła prowadzącego do zbrodni. Białkowski to również jedyny olsztyński
prozaik tłumaczony w zeszłym roku za granicą – w formie e-booka ukazało się
niemieckie wydanie jego kryminału „Drzewo morwowe”. Cały felieton można
przeczytać tutaj: http://ro.com.pl/minal-rok-2014/01180497
wtorek, 6 stycznia 2015
Promocja „Powrozu” na publio.pl
Trwa noworoczna promocja
„Powrozu” na stronie publio.pl. Dzisiaj wersja e-book jest o blisko połowę
tańsza. Warto zajrzeć tutaj: http://www.publio.pl/powroz-tomasz-bialkowski,p108644.html
niedziela, 4 stycznia 2015
piątek, 2 stycznia 2015
„Powróz” na koniec roku
Całkiem miło
zakończył się dla mnie rok 2014. TVP Olsztyn w podsumowaniu ostatnich dwunastu
miesięcy odnotowuje pojawienie się mojej książki. Informacje kulturalne można
zobaczyć tutaj: http://olsztyn.tvp.pl/18222326/281214
Zaś Leszek Koźmiński na Kryminalnej Pile w omówieniu tytułów wydanych w roku
2014 poświęca „Powrozowi” cały akapit pisząc m.in.: „To kryminał o udanej
fabule, niebanalnej zagadce i ciekawym bohaterze. To utwór z podwójnym dnem i
głębszą refleksją o ludzkiej naturze i etycznej trwałości ludzkich zasad”. Całe
podsumowanie prześledzić można zaglądając tutaj: http://kryminalnapila.blogspot.com/2014/12/moj-kryminalno-literacki-rok-2014.htmlwtorek, 30 grudnia 2014
Rok 2014 w literaturze Warmii i Mazur
Kończący się rok
nie był zły dla literatury powstającej na terenie Warmii i Mazur oraz o tym
miejscu traktującej. To ważne rozgraniczenie. Część twórców mieszka bowiem na
Warmii i Mazurach, tutaj właśnie tworzy, inni zaś wracają w swoich książkach do
Olsztyna i okolic. Znalazłem blisko dwadzieścia publikacji z różnych względów godnych
odnotowania. Nie wartościuję ich, nie oceniam. Być może dla niektórych z Państwa
wymienione poniżej tytuły okażą się cenne, chociażby z racji czasowego przebywania
w Krainie Tysiąca Jezior, dla innych zaś będą zwyczajnie nowością. Ale po
kolei.
Lokalsi. Tu na
pierwszym miejscu pragnę wymienić książkę cenionego w kraju prozaika Mariusza
Sieniewicza. „Walizki hipochondryka” są jego siódmą książką. Powieść wydało
krakowskie wydawnictwo Znak. „Terra nullius” to tom poezji Kazimierza
Brakonieckiego, współtwórcy pisma „Borussia”, animatora kultury. Jego tom
wydało wydawnictwo Z bliska. Również książkę poetycką opublikował kustosz
muzeum w Praniu, Wojciech Kass. „Ba!” ukazało się nakładem sopockiego „Toposu”.
Powieść „Bat na koty” wydał Jerzy Niemczuk. Szerokiej publiczności znany jako
scenarzysta popularnego serialu „Ranczo”. Książkę wydało krakowskie Wydawnictwo
Literackie. Elblążanin Tomasz Stężała opublikował powieści historyczne „Aptekarz”
oraz „Kapitanowie 1941”. Obie książki ukazały się w Warszawskim Instytucie Wydawniczym
Erica. Niezwykle popularny na Warmii autor, Edward Cyfus, opublikował
poszerzone wydanie sagi „A życie toczy się dalej”. W tym przypadku wydawcą jest
oficyna Retman. Jeśli jestem przy twórcach poczytnych, muszę odnotować aż dwie
książki Katarzyny Enerlich. Są to „Prowincja pełna czarów” i, żeby nie było
wątpliwości, „Prowincja pełna szeptów”, stanowiące piąty i szósty tom serii
wydawanej przez warszawskie wydawnictwo MG. Skoro już jestem przy literaturze
popularnej, odnotowuję wydanie książki autorki mieszkającej w podolsztyńskim
Barczewie, Renaty Kosin. „Tajemnice Luizy Bein” wydało również warszawskie
wydawnictwo, czyli Nasza Księgarnia. Inny książkowy moloch Buchmann zdecydował
się na opublikowanie książki Joanny Posoch pt. „Lawendowe pole, czyli jak
opuścić miasto na dobre. Poradnik”.
Niektórzy
autorzy wręcz przeciwnie, opuścili prowincję na dobre i zamieszkali chociażby w
Warszawie. Pochodzący z Lidzbarka Warmińskiego profesor Zbigniew Mikołejko opublikował
„We władzy wisielca. Ciemne moce okrutne liturgie”. Drugi tom wyszedł nakładem
gdańskiej oficyny słowo/obraz terytoria. Absolwent olsztyńskiego LO I Jakub
Żulczyk wydał, nominowaną do tegorocznych Paszportów Polityki, powieść „Ślepnąc
od świateł”. To kolejna książka wydana w wielkim wydawnictwie, bo za takie
uznać należy Świat Książki. Również w Warszawie mieszka od lat autor „Pozdrowień
z Londynu” Krzysztof Beśka. Kolejny kryminał retro wydał w poznańskim Domu
Wydawniczym Rebis. W Gdańsku mieszka, chociaż w Warszawie wydaje, Piotr Sender,
do niedawna mieszkaniec podolsztyńskich Giedajt. Jego książka nosi tytuł „Po
drugiej stronie cienia”. Tę powieść wydało wydawnictwo Uroboros. Michał
Olszewski swego czasu opuścił Ełk, by zamieszkać w Krakowie. Debiutował głośnym
„Do Amsterdamu”. Teraz wydał reportaże zatytułowane „Najlepsze buty na świecie”.
Tutaj wydawcą jest ceniona oficyna Czarne z Wołowca. Jeszcze dalej, bo do
Niemiec, wyjechał przed laty Piotr Piaszczyński. Poeta opublikował wiersze
zebrane w tomie „Przerwa w podróży”. Wydawcą książki jest Mamiko. Wszystkich
przebija mieszkający za Oceanem Atlantyckim Waldemar Kontewicz, autor zbioru wierszy
„Appendix”. Wydawcą jest Polski Fundusz Wydawniczy w Toronto.
Osobnym
nazwiskiem w tym gronie jest Zygmunt Miłoszewski. Autor popularnych kryminałów
napisał powieść „Gniew”, której akcja rozgrywa się w Olsztynie. Wydawcą jest
warszawskie wydawnictwo W.A.B. Warto również zauważyć dwa zbiory opowiadań.
Pierwszym jest „Toystories” – zbiór z gatunku fantastyki zawierający m.in.
teksty olsztyniaków (Wydawnictwo Morpho) oraz „Kryminalny Olsztyn. Koszary” – zbiór
opowiadań z dreszczykiem (Wydawnictwo Oficynka). Na koniec odrobina prywaty – przywołam
też „Powróz”. To powieść, której akcja toczy się w małym warmińskim miasteczku.
Być może jakieś
nazwisko umknęło mojej uwadze. Przepraszam i proszę o wyrozumiałość. Nie da się
dotrzeć do wszystkich tytułów. Myślę jednak, że przedstawiony spis jest
wystarczająco kompletny, aby przybliżyć Państwu dokonania twórców z i o Warmii
i Mazurach piszących.
piątek, 26 grudnia 2014
Choinka
Albo Wielce Subiektywny Wybór Najciekawszych Pozycji Książkowych Mijającego Roku z Uwzględnieniem Dokonań Własnych.
środa, 24 grudnia 2014
Wesołych Świąt!
Życzę Państwu
pięknych, radosnych świąt. Spokoju, bezpieczeństwa i czasu na zadumę. Zdrowia
oraz nadziei, bez której życie jest okaleczone i niepełne. Szczęścia i miłości.
Wesołych Świąt!
wtorek, 23 grudnia 2014
poniedziałek, 22 grudnia 2014
O „Powrozie” z perspektywy piwnicy
Marcin Włodarski
zabrał do piwnicy pełnej książek moją najnowszą powieść. O swoich wrażeniach
pisze na blogu. Przytaczam niewielki fragment: „Lokalność a jednocześnie
uniwersalność tej opowieści stanowi o sile „Powrozu”. Cieszę się, że nie
musiałem brnąć przez szczegółowe opisy miejsc zbrodni, specyfikacji kolejnej
broni palnej, charakterystyk sztuk walki jakie pojął jeden z bohaterów itd.
Tomasz Białkowski zaserwował książkę do pociągu bardzo szybko się czytającą.
Myślę, że w tym gatunku wypracował już swój rozpoznawalny styl. To styl bardzo
oszczędny, omijający konstrukcje z detektywami, prawnikami, medycyną sądową.
Urok tych kryminałów może polegać na podglądaniu zachowań ludzi, ludzi z
naszego otoczenia”. Całość tekstu znajduje się tutaj: http://czytaniewpiwnicy.blogspot.com/2014/12/tomasz-biakowski-powroz.html
sobota, 20 grudnia 2014
wtorek, 16 grudnia 2014
Premiera "Der Maulbeerbaum"
Dziesięć dni
temu wydawca umieścił okładkę książki na swojej stronie. Dzisiaj, tj. 16 grudnia ma premierę „Der Maulbeerbaum” – Ein Masurenkrimi, czyli „Drzewo
morwowe” w języku niemieckim. Pierwsza część trylogii z dziennikarzem śledczym
Pawłem Werensem ma bardzo atrakcyjną cenę. 5,99euro to dla berlińskiego
czytelnika równowartość filiżanki kawy i ciastka. Mam nadzieję, że będzie to
dużą zachętą do sięgnięcia po powieść. Zdaje się, że „Der Maulbeerbaum” jest
pierwszym współczesnym kryminałem polskiego autora, którego akcja toczy się na
Mazurach. Czy to wystarczy, aby zainteresować czytelników zza Odry, czas
pokaże. E-booka można kupić zaglądając tutaj: http://www.shop.schruf-stipetic.de/produkt/maulbeerbaum-ein-masurenkrimi/
sobota, 13 grudnia 2014
Pisarze.pl o „Powrozie”
Na stronie http://pisarze.pl/ znalazła się opinia o „Powrozie”
autorstwa Józefa Jacka Rojka, który tak oto pisze o książce: „(…) mimo, że jest
to powieść z gatunku kryminału, to jednak mamy w niej więcej przesłania
psychologicznego niż intrygi kryminalnej, gatunku prozy psychologicznej niż
wątków „dochodzeniowych” w celu wykrycia zbrodni. I nie tylko. Ba, dodałbym
nawet, że więcej tu przesłanek z gatunku horroru czy nawet z thrillera: wszak
opis „przygotowywania” powieszenia głównej bohaterki ma coś właśnie z tego
gatunku powieściowego, i jest właśnie coraz bardziej „celebrowany” w (...) ostatnich powieściach”.
czwartek, 11 grudnia 2014
Olga Tokarczuk w Olsztynie
Nie mogą narzekać
miłośnicy dobrej literatury w Olsztynie. Po wtorkowym spotkaniu z Zygmuntem
Miłoszewskim następnego dnia mieli okazję posłuchać rozmowy z Olgą Tokarczuk.
Laureatka wielu prestiżowych nagród przyjechała do grodu nad Łyną aby promować
swoją najnowszą książkę, czyli „Księgi Jakubowe”. Dom Mendelsohna był
wypełniony do ostatniego miejsca. Fragmenty powieści przeczytali studenci
Studium Aktorskiego przy Teatrze im. Jaracza. Rozmowę z pisarką poprowadziła
dziennikarka Radia Olsztyn Ewa Zdrojkowska. Tokarczuk opowiedziała o
kontrowersyjnej postaci jaką był Jakub Frank, żyjący w osiemnastym wieku twórca
sekty frankistów, prorok, mistyk i filozof. Były pytania z sali dotyczące pracy
nad dziewięciusetstronicową powieścią, inspiracje i tygiel kulturowo-społeczny
jakim po dzień dzisiejszy jest Europa zwana Środkową. Podobnie jak w przypadku
spotkania z Miłoszewskim zakończę słowami: Kto nie był niechaj żałuje.
środa, 10 grudnia 2014
Zygmunt Miłoszewski w Olsztynie
Wczorajszego
popołudnia wybrałem się na spotkanie z Zygmuntem Miłoszewskim, który promował
swoją najnowszą powieść, czyli „Gniew”. Książnica Polska przeżyła prawdziwe
oblężenie fanów pisarza i serii o prokuratorze Szackim. Spotkanie poprowadziła
dr Bernadetta Darska. Padały pytania o głównego bohatera trylogii, rolę kryminałów, przemoc domową, rolę miasta w
powieściach pisarza, o zło, upodobania lekturowe, wreszcie o wchodzący w
styczniu na ekrany kin film. Padła deklaracja o zaprzestaniu pisania
kryminałów, co publiczność przyjęła z żalem. Autor odpowiadał z właściwą sobie
lekkością, dowcipnie i precyzyjnie. Reasumując, kto nie był niechaj żałuje.
Bardzo udane spotkanie, po którym pisarz dobrą godzinę podpisywał egzemplarze
swoich książek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






























